[Dziś rano będąc w sklepie dostrzegłem na jednej z półek w „Rejsach”, cotygodniowym dodatku do „Dziennika Bałtyckiego”, wielki tytuł: Zbyszek Cybulski skończyłby dziś 90 lat.

Postać tego aktora, jego losy wykorzystałem kiedyś pisząc monodram poświęcony innemu wielkiemu aktorowi – Bogumiłowi Kobieli. Pomyślałem, że warto przypomnieć ten monodram. Zwłaszcza teraz, na początku miesiąca, w którym szczególnie wracamy pamięcią do naszych bliskich. Tych, którzy odeszli.
Mam nadzieję, że zawarte w tym monodramie przemyślenia w jakiejś mierze pomogą nam zrozumieć tragizm tego dotkniętego wojną (w sposób bezpośredni) pokolenia.]

© Piotr Kotlarz

Tylko wolniej, proszę
[Rzecz o Bogumile Kobieli]

Scena prawie pusta, tylko z lewej strony, (ale blisko centrum), stoi centralnie do widowni duża szafa (na zewnętrznej stronie szafy lustro, z boku przyczepiona na zawiasie deska ok. 1,5 m, która skeczu „Toasty” pełnić będzie rolę bufetu [ewentualnie „Toasty” można odegrać jako rodzaj pantominy. Pod koniec „Toastów” rodzaj walca, wreszcie wypicie ostatniego kieliszka „za pamięć”.], Obok deski na kawiarnianym wieszaku wisi gazeta (z ilustracją Kobieli. Gazety z tekstami do przeczytania mogą też leżeć luźno w szafie]) po prawej stronie pusty stolik, przy nim trzy krzesła (symbol nieobecnych) krzesła. Słychać (głośny) szum morza. Nagle, głośny odgłos wypadku samochodowego. Po chwili z szafy wytacza się Aktor.
Aktor – (Staje. Jakby trzeźwieje.) Pani Bobkowa! Tu jest spektakl! Niech się bobkowa już… Tak o Bogusiu, o Zbyszku , ale i o mnie. Niech sobie Bobkowa wyobrazi, że i o mnie!
(Patrzy na widownię. Zdziwiony.) I znów tu jestem? Ponownie?… Dobrze… Niech będzie… Zacznę jak zawsze:
(Recytuje. Bardzo osobiście.)
„Gdybym miał umrzeć tysiąckrotnie,
tutaj chciałbym umierać,
gdybym miał rodzić się tysiąckrotnie,
tutaj chciałbym się rodzić,
Tu, blisko smukłych, dzikich sosen,
zimnego morskiego wiatru
i dzwonów niedawno kupionych.
Niech nikt nie myśli o mnie,
pomyślmy o całej ziemi
i zastawmy nasze stoły miłością.
Nie chcę, aby powróciła krew
i nasycała chleb i fasolę,
i muzykę, chcę, by ze mną
poszli: [górnik, dziewczynka,
adwokat i marynarz],
górnik, adwokat i marynarz,
stoczniowcy i portowcy,
lekarze, pielęgniarki,
[ fragment w nawiasie – parodia 1 –go Maja, może dodać więcej zawodów (stoczniowcy i portowcy, budowlańcy pielęgniarki i lekarze).]
(Znów lirycznie) – i dziewczynka
i także ten, który robi lalki,
byśmy poszli do [teatru] i wyszli stamtąd
by pić najczerwieńsze wino”.
(Ogląda swe ręce.) Jakby starsze. Czuję się też znacznie starzej. Zaraz, zaraz. Co ja tu robię? (Podchodzi do szafy i ogląda się w lustrze) Tak, to ja. To ja, tylko znacznie starszy. Wciąż, jednak chyba wyglądam nieźle.
„Bywają dni, że człowiek strasznie jest siebie pewny
Rad od otwarcia powiek jak prosię w deszcz ulewny
przed lustrem wówczas staje
i sam z siebie dumny
i sam się sobie zdaje przystojny
– no to rozumny
na drugi dzień przeciwnie
– ta sama ot osoba
a, wszystko się w niej dziwnie
znów człeku nie podoba
pysk mu się zdaje krzywy
wiersze haniebne głupie
i strasznie jest zgryźliwy
i sam ma siebie… nie, nie to już pani pomyślała, w dupie, a Boy powiedział…
w pogardzie…”
Człowiek przed lustrem staje i sam się sobie zdaje, że jest taki przystojny i ładny… Niech będzie. Może być i tak. Jestem to jestem. Widocznie ktoś ma w tym jakiś cel. Tak jak i poprzednio. Po coś tu przybyłem. Jestem. Po co byłem wcześniej?
Pamięć. Są takie rejony pamięci, które wypełniają czarno-białe obrazy. Obrazy te ożywiają w nas wspomnienia, kadry z minionego życia, zapachy, dotyk, czyjąś twarz. (Wyjmuje z kieszeni portfel, z niego zdjęcie.) Często śni mi się Tenczynek po nocach i zdjęcie domu oglądam, bo noszę w portfelu. [Tu pokazuje zdjęcie. Interakcja z publicznością.] Tenczynek wspominam najczęściej, ale właściwie wychowały mnie ciocio-babcie w Krakowie. Później mieszkałem w Sopocie, później w Warszawie. Myślę, jednak, ze najwspanialsze dni spędziłem w Trójmieście.
(Po pauzie.) Nie, nie czekaliśmy na Godota. Nie w głowie był nam strach przed śmiercią. Z Zachodu, z Francji i do nas wkraczała moda na egzystencjalizm, smutek i tak zwany bezsens egzystencji. Któż jednak mógł to przyjąć tu, u nas? U nas, w kraju, w którym tak długo próbowano nam zabrać nawet nadzieję. Próbowano zabrać i zabrano… wielu bardzo wiele. Wielu zabrano wszystko… nawet życie. Gdy zaczynała się wojna miałem zaledwie osiem lat, Zbyszek dwanaście. Zabrano nam dzieciństwo, wczesną młodość. Obarczono pamięcią śmierci bliskich.
Nie, nie czekaliśmy na Godota. Chcieliśmy wciąż nowych wrażeń, doznań. Chcieliśmy czerpać z życia pełną piersią.
(Stanowczo, głośno.) Aktorem, proszę państwa, chciałem być już od dziecka. Może właśnie na przekór mojemu wyglądowi. Pospolite oblicze z wąskimi ustami, to na pewno nie jest typ amanta, na którego występy walą tłumy wielbicielek. A mimo to coś pchało mnie do występów. [Tu skecz o początkach aktorstwa. Jak mały Bogus naśladował małego pieska, później wielkiego psa.] Regularnie i często na ochotnika deklamowałem wiersze. Systematycznie występowałem na rozmaitych szkolnych akademiach. Wiedziałem, że zostanę aktorem od dziecka. Nie nadawałem się wprawdzie na amanta, ale czy tylko amanci są potrzebni w teatrze, w filmie? Zresztą i amantów mogłem zagrać. Podział na amantów i aktorów charakterystycznych jest dziś archaiczny. Każdy człowiek jest postacią charakterystyczną. Uroda i dobre warunki zewnętrzne są uzupełniającym, ale niekoniecznym, atrybutem aktora.
Po maturze, gdy przyszedł czas wyboru kierunku studiów ekonomia przegrała z aktorstwem. Studiowałem w Krakowie. Razem z Kaliną Jędrusik i Zbigniewem Cybulskim.
Pamięć. Przypominam sobie z czasów studiów też Bobkową. Woźną, sprzątaczkę. Rządziła w akademiku. Pamiętam jej ciągłe uwagi, grymasy, a ileż w niej było ciepła. Tyle pamiętam ze studiów.
Studia skończyłem, dyplomu jednak nie odebrałem. Zaginęły gdzieś książki z biblioteki, i brak jednej pieczątki na karcie obiegowej pozwalał paniom z dziekanatu zatrzymać go w archiwach uczelni.
Z Krakowa przyniosło nas do Gdańska. Lidia Zamkow dała nam pracę w teatrze. Szukaliśmy wolności. Etaty wygasły. Trudno walczyć, gdy człowiek jest bez pracy. Poszliśmy, więc do Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich z prośbą, by dali nam jakąś młodzieżową świetlicę, bo jesteśmy zawodowymi aktorami, bo chcemy eksperymentować. Dali nam aż dwie, a na dodatek aż po 400 złotych pensji, żebyśmy mogli przeżyć jakoś… [Wiedzą państwo, ja czasami myślę, ze oni dali nam te drobne byśmy im tu po prostu nie zdechli z głodu.]
[Szum morza]
Chyba znów tu jestem. Niedawno znów słyszałem szum morza. Teatr „Wybrzeże”, „Bim-Bom”, tak, to było moje miejsce. Tu przez sześć lat szlifowałem swój warsztat. poświęcając mu cały czas i siły. Tu znalazłem to, co chciałem wnieść do naszej sztuki.
(Bierze gazetę. Czyta.) „Kobiela wniósł do naszego teatru lekkość i wdzięk, subtelność i poetycki żart, wspaniały zmysł obserwacyjny i ogromne wyczucie sceny.(…) Był zawsze autorem najcelniejszych sformułowań, błyskotliwych drobiazgów, które nadawały całości niepowtarzalny styl.(…) Był bardzo konsekwentny w przekazywaniu swojego spojrzenia na świat (…) Stale łamał utarte systemy myślenia, stale szukał czegoś nowego, nie chciał poddawać się konwencjom i unikał powtórzeń”. (Odkłada gazetę) To Jacek… Fedorowicz. Miło z jego strony, że pamiętał.
Kabaret
Wierzyliśmy w życie, we wszystkie dobre i złe wartości człowieka. Chcieliśmy z subiektywnym komentarzem pokazywać nie tylko to, co nas cieszy, ale i to, co oburza. Teatr to duże piękne laboratorium. Kabaret to jedna z form teatru.
Na początku był „Bim-Bom”…To właśnie „Bim-Bom” zapoczątkował zabawę w studencki teatr i ustalił zasady, na czym ta zabawa ma polegać. Lata 1955-1956, w których rodziło się i rozwijało hasło: „Coś by trzeba”, były trudne, ale tym bardziej mobilizowały do działania.
W czasie premiery w Warszawie wznosiliśmy…„Toasty”:
(Podnosi z podłogi leżącą na niej, wcześniej prawie niewidoczną, dwumetrową, dość szeroką deskę, i tworzy z niej coś w rodzaju bufetu. Z szafy wyjmuje dwie butelki i kieliszki. W czasie rozstawiania znów szum morza.)
(Nalewa do sześciu kieliszków spirytus, i zapala.)
Za ławki w parkach
Za grusze i konwalie
Za bajki Andersena
Za orzełka z blachy
(Przesuwa gwałtownie jeden z kieliszków w stronę ściany.)
Za równiny mazowieckie
Za dym z jałowca
Za sianokosy
Za zielone żuki
Za czterolistna koniczynę
Za spokój mej dziewczyny
Za nieodkryte źródła
Za glos nad wodą
Za bezdomnych kochanków
Za zielone cmentarze
(Przesuwa gwałtownie drugi kieliszek.)
Za ciepły latem piasek
Za udane operacje
Za Marsyliankę
Za fiołki
Za szmaty Brechta
Za Apollinaire’a
Za tlen w kopalniach
Za ciszę gotyckich kościołów
Za powietrze
Za witraże
Za słońce
Za mały śmiech
Za małe dzieci z Hiroszimy
(Przesuwa gwałtownie trzeci kieliszek.)
Za księżyc
Za cisze jeziora
Za zegary w samolotach
Za niepokój morza
Za głos spikera wołającego o lekarstwo dla chorego dziecka
Za pachnące siano
Za białe piersi dziewcząt
Za czereśnie
Za kwiaty na szybach
Za węgiel
Za niedzielne dzwony
Za ryby wskutek doświadczeń z Bronia atomową mieszkające na drzewach
(Przesuwa gwałtownie ku ścianie piąty kieliszek.)
Za ciepłe wrzosowiska
Za otwarte semafory
Za niewyspane twarze
Za tramwajarzy
Za gwiazdy w morzu
Za srebro szyn
Za ogniska
Za latarnie
Za deszcz
Za poetów
Za dumny brzuch kobiety
Za muzykę Chopina
Za wszystkie fortepiany
Za wszystkie rzeki
Za światła w nocy
Za miłość rankiem
Za wiatr na falach
Za wiatr po łąkach
Za liście z wiatrem
(Przesuwa gwałtownie szósty kieliszek. Nalewa do siódmego z drugiej butelki.)
Za walca…
Za pamięć.”
(Podnosi kieliszek i wypija, jakby pił wódkę.)
[Część wznoszonych toastów można usunąć.]
(Słychać skrzypienie. Aktor odwraca się.)
Pani Bobkowa! Prosiłem żeby nie przeszkadzać. Tak gramy spektakl. Tak o Bogusiu. O nim ale i o mnie, o pokoleniach aktorów. Pani Bobkowa. Wystarczy.
(Wyjmuje z szafy rekwizyty. Kurtkę zimową, okulary i kijki narciarskie i narty. Bardzo krótkie. Przebiera się niezdarnie. Wkłada narty. Stara się być śmieszny. Powinien wzbudzić śmiech publiczności..)
„Śmiejecie się? Śmiejcie się. To jeden z moich bardziej znanych numerów. Latem, na plaży, człowiek na nartach.
(Wkłada czapkę i okulary)
Nie, normalnie. Ja uważam, ze nie należy wychodzić z formy. Po prostu. Nie, no, chodzi o utrzymanie ciała w jakimś… w jakiejś sprawności fizycznej. Co, mam leżeć godzinami na piasku? Nie, to wstyd nawet, ja państwu powiem. (Obraca się na nartach przy pomocy kijków). Trzeba potrenować trochę. Utrzymać formę… Ja się boję, że się państwo śmieją ze mnie. Ale to dobrze, że się państwo śmiejecie ze mnie. Byłoby gorzej gdybym ja się śmiał z państwa. Dziękuję bardzo. I się umówmy, że się będziemy śmiali wzajemnie, bez obrazy. (Przesuwa się na nartach po sali.) Ale jeżeli z kolei ja się będę z was śmiał, ze wszystkich po kolei, to bez obrazy… Umawiamy się, że będziemy się śmiali z siebie wzajemnie bez obrazy.”
(Zdejmuje kurtkę, czapkę i okulary, odpina narty i stawia je z boku.)
(Bierze ze stojaka gazetę. Czyta.) „Obdarzony świetną techniką aktorską, mógł zagrać właściwie wszystko. Ponieważ posiadał ogromną siłę komiczną, mechanicznie obsadzano go w rolach komediowych. Chyba najbardziej cierpiał nad tym, że widownia żąda od niego mniej, niż on może z siebie dać”. Ot i cały Wajda. Komplemenciarz.
Epizodyczna rola w ‚Popiele i diamencie”. Zagrałem chłopaka z awansu, który już z gąską się witał…. Na pytanie: powiedz, czego ty właściwie chcesz odpowiadał: „Wszystkiego. Kupę forsy! Dosyć nabiedowałem. Proszę pani, proszę pani! Jeszcze dwie wódki. Pijany krzyczał; bede dyrektorem, bede dyrektorem!”.
Szykowała się kariera. Przełożony miał awansować na ministra. Wyjechać do Warszawy. Pewnie i zabrałby z sobą nieszczęsnego chłopaka z awansu. Chociaż? No właśnie, ten zapewne nie wiedział, że przy pierwszej lepszej okazji zostałby spuszczony, że był tylko wyrobnikiem, narzędziem w ręku większego, prawdziwego karierowicza. Koguta, który doskonale znał drogi awansu. Pochlebstwo, wódka z tym, z kim trzeba.
Chłopak nie wytrzymał napięcia. Nagły awans, a nawet tylko jego nadzieja spowodowały, że na chwilę stracił kontrolę. Pijacka awantura. Pianą z gaśnicy oblewa gości bankietu, ściąga ze stołu zastawę. Doigrał się, z karierą mógł się pożegnac.
Cóż, „życie jest jak domek z kart”.
Moje też.
W życiu bardzo ważne jest szczęście. Moim szczęściem było to, że trafiłem na wspaniałych ludzi. Zbyszek Cybulski, Andrzej Munk. To Andrzej zaproponował mi tę rolę. Piszczyk w „Zezowatym szczęściu”
Pełne zwrotów życie bohatera nieco przypominało i moje.
[Miałem stworzyć postać polskiego antybohatera, człowieka uwikłanego w nieprawdę, chcieliśmy z Andrzejem pokazać karykaturalną wizję ludzkiego losu.]
Wcielając się w rolę Piszczyka byłem właściwie sobą, choć grałem bohatera, który w rzeczywistości byłby ode mnie nieco starszy. Nie wiek, lecz doświadczenia się liczą. Tak, grając tę rolę byłem właściwie sobą. Może zresztą każdym z nas. Każdy, przypuszczam, że każdy z nas stara się jakoś wpasować w aktualne realia społeczno-polityczne. Często nieporadnie, a mimo to wciąż podejmujemy nowe wyzwania, lub, co częstsze bardziej normalne, stara się jakoś przeżyć.
[Żałośnie.] „Panie naczelniku, błagam pana. Niech mnie pan nie wyrzuca. Ja dopiero tutaj u pana poczułem się jak w …….. Dopiero tutaj mnie nie prześladuje to zezowate szczęście. Wie pan, to się zaczęło już bardzo dawno, w dzieciństwie”.
Jak w filmie, tak i w życiu.
Tragizm i jednocześnie śmieszność naszych ról wynikały z tego, że ta tak zwana rzeczywistość społeczno-polityczna zmieniała się zbyt często.
Czy można mi zarzucić koniunkturalizm. Czasami dowiadywałem się, że mają być jakieś ekstra przedstawienia dla Prezesa Rady Ministrów, dla Cyrankiewicza. Wolałem z nimi dobrze żyć, bo w końcu jak przyjdzie załatwić jakieś mieszkanie czy coś, to jedno słowo takiego władcy wystarczy zamiast miesięcy chodzenia.
W życiu jak i w teatrze gramy swe role. Chciałem pokazać człowieka uwikłanego w nieprawdę i tę nieprawdę demaskować. Mój bohater chce przybrać formę, w której inni by go akceptowali. Chce być taki jak inni, ale pech, czy może nadmiar dobrych chęci sprawia, że ten gorliwiec zostaje rozpoznany i wyśmiany.
Tak, rola Piszczyka napisana była jakby specjalnie dla mnie. Beze mnie ten film byłby może tylko dydaktyczną satyrą na ludzi bez własnego oblicza. Może zresztą ktoś zagrałby to lepiej. To, jednak ja miałem szczęście dostać tę rolę.
Szczęście i nieszczęście niestety przeplatają się. W życiu, jak i w teatrze… Wiedziałem, że muszę uważać. Czy jednak można ominąć los?
Nieszczęście przyszło z boku. Andrzej Munk odszedł pierwszy. Wypadek samochodowy. Wszyscy żyliśmy zbyt intensywnie, zbyt szybko.
Odszedł też Krzysztof (Komeda), Wojtek (Frykowski), wreszcie Zbyszek (Cybulski).
Niestety, nigdy już nie dostałem propozycji na miarę Piszczyka.
Wciąż bawił mnie kabaret. Dla zarobku, ale też i dla ćwiczeń. Wciąż doskonaliłem warsztat. To paradoksalne, ale pomagała nam w tym wszechobecna wówczas cenzura. Być może stało się tak, dlatego że ograniczała w dużym stopniu swobodę wypowiedzi. W Bim-Bom uczyniliśmy z milczenia narzędzie efektywnej komunikacji i bardzo skuteczną broń. To, o czym wolno było mówić, przedstawiano w sposób wieloznaczny i metaforyczny, natomiast to, co nie było dozwolone, wręcz przeciwnie: wyrażano aluzją, skrótem, milczeniem.
(Ponownie otwiera drzwi szafy i wyjmuje z niej pędzel i maszynkę do golenia. Podchodzi do lustra. Mydli twarz tyłem do widowni. Odwraca się do widzów.)
„Łazienka jest ostatnim bastionem bezwzględnej niezależności. Nikt tu nie agituje, nikt nie namawia do rzeczy, na które nie mamy ochoty.
Myśli przy goleniu mają prawo do absolutnej swobody. Można sobie marzyć, co się chce. Można mówić, nawet, co się chce. Przecież tutaj nie ma cenzora. O, na przykład, nikt nie zabrania powiedzieć, że człowiekiem na niewłaściwym stanowisku i w ogóle cymbałem jest (odwraca się do lustra i goli twarz, bełkocąc niewyraźnie jakieś nazwisko. Po czym ponownie zwraca się w stronę widowni). A kanalią i karierowiczem jest sam (znów odwraca się w stronę lusterka i goląc twarz bełkocze coś niewyraźnie). A nie, nie, nie. Natomiast o naszym ministrze mogę śmiało powiedzieć, że (znów odwraca się w stronę lusterka i zaczyna się golić.) Psiakrew, zaciąłem się. Co ja się dzisiaj tak zacinam?”
(Chowa przybory do golenia i wyciera twarz – wyjętym z szafy – ręcznikiem.)
Wierzyliśmy, że siła miłości zawsze pokonywała nienawiść. Marzyliśmy o utopijnym świecie, gdzie miłość znaczy miłość, a dobroć-dobroć.
(Podchodzi do stolika) Jeszcze ich nie ma. [słychać tykanie budzika] Zaraz. Czegoś tu brakuje. (Podchodzi do szafy. Wyjmuje z niej płaszcz. Zagląda do kieszeni i wyjmuje z niej budzik. Zwykły blaszany. Wiesza płaszcz z powrotem do szafy, zamyka jej drzwi. Podchodzi do stolika i stawia na nim budzik.)
Mówiliśmy o Zbyszku, że urodził się w dżinsach i kufajce. Matka zobaczywszy dziecię, powiedziała: Mój Boże, on chyba będzie inny. Prorocze słowa. Latem chodził po polach wśród łopuchu i śmiał się he, he, he. A kobiety żegnały się i mówiły: Znowu jakieś Turki albo Szwedy, bo i armaty mają. Pastuszkowie jego wzorem zaczęli ubierać się w dżinsy i kufajki. Potem przyszła wojna. Pastuszkowie poszli na front, potem jedni dostali się na zachód i tam zanieśli modę dżinsów, a inni poszli na wschód, gdzie zanieśli kufajki. Ale on był pierwszy.
Zbyszek ciągle o czymś zapominał, czegoś szukał. Podrzucaliśmy mu jego klucze pod kawiarniany stolik, triumfalnie je znajdował dowodząc wszystkim wokoło, że jego szukanie nie jest tikiem. (Aktor sięga do marynarki wyjmuje z niej klucze, po czym kładzie je pod stojącym w rogu stolikiem).
Zbyszek. Naiwny, szlachetnie naiwny. Nie tylko w miłości. Wiecznie młody. Patrzył na ludzi życzliwie. Wierzył, ze kogut w nich zmaleje a kataryniarz wzrośnie.
To właśnie „Bim-Bom” wykrył w człowieku „koguta” – symbol pychy, nadęcia i zła oraz „kataryniarza” – który na sercu swym, jak na katarynie piękną gra muzykę. Chcieliśmy być właśnie takimi kataryniarzami. W ten właśnie sposób narodziłem się i żyłem w pokoleniu kataryniarzy. Kataryniarze to ludzie dobrzy. Są to idealiści, wierzący w świat, w zwycięstwo dobra nad złem. Zawsze przeciw okrutnym, choć mądra natura buduje tak, że jedno musi zeżreć drugie.
Nie śmieliśmy się z nikogo osobiście. Nie byliśmy teatrem satyryków. Tematem naszych żartów były raczej przegrane złudzenia, nadzieje, pragnienia. Satyra nie dotykała nikogo osobiście.
Zbyszek mówił: Każdy z nas inaczej widzi szczęście. Każdy, co innego za szczęście uważa. To odczucie tak bardzo indywidualne. Mnie się wydaje, że szczęście to właściwie jego pragnienie. Jest się szczęśliwym w momentach, gdy cel się osiąga.
Ale gdy już się marzenie zrealizowało, gdy ma się je już poza sobą, znów marzy się o czymś innym i nie jest się w pełni szczęśliwym. Zapach czasu. Czuliśmy zapach czasu.
(Ponowny odgłos skrzypienia drzwi.)
Pani Bobkowa! Prosiłem! Jeszcze tylko chwila. Jeszcze tu jestem. Pani Bobkowa, niech pani nie przeszkadza.
Wreszcie zaczęło się układać. Ożeniłem się. Przeniosłem do Warszawy. Może zbyt mało propozycji filmowych, ale nie nudziłem się. Teatr, jakieś role filmowe, kabaret. Nawet i te chałtury. Musiałem przecież jakoś żyć.
(Wyjmuje z kieszeni kartkę.) O tego listu nie wysłałem.
Drogi Zbyszku
Dobrze się stało, że akurat teraz proponujesz mi zwrot forsy, bo jestem bez grosza. Od kilku miesięcy nieźle mi się powodzi, ale poczyniłem kilka nierozsądnych wydatków i jestem goły.
[Śpiewa]
„To aktora życie, to aktora praca
wciąż nowej roli szuka, ciągle za czymś gna
trafi się czasem rola ważna
częściej ogony w różnych sztukach gra
takie jest aktora życie, komedianta los
czasem pełna kiesa, częściej pusty trzos
w sobie znaleźć wartość
w sobie znaleźć sens
w postać go przyoblec
bawiąc innych, świat pokazać
wzruszyć i przerazić czasem
to aktora praca, życia sens
bywa, w towarzystwie najważniejszy gość
bywa, że zmęczony życiem –
och przepraszam – żytem,
że przy stole, lub na sofie z boku
zaśnie mając już wszystkiego dość
Takie już aktora życie, komedianta los
Czasem pełna kiesa, częściej pusty trzos.”
Wszystko szło świetnie. Tak dobrze, że czasami budziłem się w strachu. Przecież musi się coś zmienić, myślałem. Zawsze wszystko się przeplata. Raz dobrze, raz źle. Zezowate szczęście. Miałem mieszkanie, samochód, był i Tenczynek, i lustro… I dużo czasu razem. Naprawdę bałem się coraz częściej, że może zdarzyć się coś nieprzewidzianego, złego, bo nam za dobrze. A ja myślę, zawsze myślałem, że przyroda zawsze wyrównuje, niestety.
Długo starałem się o samochód. Kolejne używane auta. Naprawy, starania o możliwość zakupu. Inni dostawali, co dwa-trzy lata przydział na nowe auto, a mnie, uznanego już przecież aktora, wciąż pomijano.
Podobnie z mieszkaniem, gdy po siedmiu latach w Trójmieście przeniosłem się do Warszawy, pojawił się problem własnego lokum. Po długich staraniach, dzięki osobistym kontaktom i zaprzyjaźnieniu z prezesem spółdzielni spełniło się wreszcie moje marzenie a la Gomułka – luksus, M-3 ze ślepą kuchnią. Na ósmym piętrze. Człowiek z M-3 to właściwie film o mnie. Dziwny zbieg okoliczności. Każdy film był mi bliski. Jakby mnie dotyczył.
W Stanach, byliśmy tam z teatrem, prowadząc Chevroleta po autostradach czułem się wręcz wspaniale. Po przedstawieniu w New Britain przejechałem jednym ciągiem 600 mil. Byłem dobrym kierowcą. Czy są jednak dobrzy kierowcy?
„Jestem aktorem.
Aktor chce być sam, chce być w ciszy.
Aktor szuka w życiu Matki.
Świat jest naszą Matką.
Ludzkość jest naszą Matką.
Literatura nas ukształtowała – przemyślenia i mózgi innych.
Aktor czuje się związany z ludźmi.
Z tymi, którzy przez sztukę dali mu przeżycia,
Czuje się ich wychowankiem, podziwia ich twórczość.
Jest spadkobiercą ludzi.
Nie znosi kanali.”
(Podchodzi do szafy, otwiera drzwi i wyjmuje z szafy aparat fotograficzny. Nastawia przysłonę) – O, tak chyba będzie dobrze. Nie mam światłomierza, ale chyba będzie dobrze. (Rozgląda się po sali. Przechodząc między widzami często przeprasza.) Przepraszam bardzo, przepraszam najmocniej. O, jeszcze i pana (panią) przepraszam. Nie, ja chcę tylko zdjęcie zrobić. Na pamiątkę. Na pamiątkę tego, że znów tu jestem. Och przepraszam.
Jeszcze chwilę. Właśnie z panią chciałem zrobić sobie zdjęcie. Pozwoli pani? Dziękuję.
(Podchodzi do innego widza i wręcza mu aparat.) Czy byłby pan tak uprzejmy. Wystarczy tylko tu nacisnąć. Bardzo proszę. Podbiega do wybranej kobiety. Niezdarnie próbuje ją objąć.
Tak może być. Zrobił pan. Dziękuję. Dziękuję pani.( Podchodzi do mężczyzny i odbiera od niego aparat.) I panu dziękuję. (Wraca w stronę szafy i chowa do niej aparat.) To na pamiątkę.
Tak krótko tu jesteśmy, tak mało mamy czasu dla siebie.
[Krótki fragment muzyki Komedy].
Krzysztof (Komeda) pozostał w Stanach. Później dowiedziałem się o jego śmierci. Jego pogrzeb. Jak kruche jest życie. Jak wcześnie odchodzą tak wspaniali ludzie.
(Słychać odgłos przejeżdżającego pociągu. Odgłosy peronu. Może ktoś zapowiada pociąg przez megafon.)
(Krzyczy przeraźliwie.) Zbyszeeek!
Pociąg przejechał. Aktor klęka na oba kolana. Chwyta się rękoma za głowę. Chwilę milczy.
Nie mogłem cię powstrzymać. Nie mogłem. Nie było mnie tam, z tobą. Tam na tym peronie byłeś sam. Dwa lata później i ja odszedłem. Inna katastrofa. Inny wypadek. Drogowy… Twój pociąg i mój samochód… jechały zbyt szybko.
(Podchodzi do stolika i podnosi leżące pod nim klucze.) Po cóż je tu kładłem? Ten dowcip dziś jest już niepotrzebny. (Chowa klucze do kieszeni.)
(Wraca w stronę stolika). Budzik? Co tu robi ten budzik? Przecież położyliśmy go na twym grobie. Nie.. Teraz to ja mam kiepską pamięć. Przecież sam położyłem go tu niedawno. Przecież wyjąłem go z twego płaszcza.
Miał przypominać o Twojej, o naszej, obsesji czasu. Boleśnie odbierałeś jego tykanie. (Nastawia budzik na dzwonienie. Głośny dźwięk dzwonienia. Po chwili odkłada budzik.) Za wcześnie odszedłeś. Mogłeś jeszcze wielu nauczyć umiejętności odnalezienia siebie samego, radości życia. Ja też mogłem wiele jeszcze Was nauczyć. Szkoda.
Dokąd się tak śpieszyliśmy Zbyszku? Dokąd śpieszą się inni? Rozgląda się po widowni. Dokąd Wy się śpieszycie? Dokąd?
Wiecznie w pośpiechu. Spektakle, występy kabaretu, filmy. Stale w stresie. Czy zdążymy, czy terminy się nie zmienią, a się zmieniały, czy reżyser się nie rozmyśli. Ciągłe szamotanie się z brakiem czasu, pieniędzy. Czasami znudzony powielanymi numerami w kabarecie Wagabunda lub jakichś chałturach. Wciąż goniąc życie, które co jakiś czas dawało sygnał, że właśnie znów los się uśmiechnął, by po chwili znów… No właśnie. Ciągle los Piszczyka. .
Chcieliśmy nowych wrażeń, wciąż nowych wrażeń. Pokolenie kataryniarzy w świecie Kogutów. Bezdusznych biurokratów, ludzi kariery i pustej sławy. Wielu karier.
Odeszliśmy. Nie całkiem jednak, nie całkiem… Na naszych sercach-katarynach zagraliśmy wiele pięknych melodii.
(Nuci) A może byśmy tak najmilszy
wpadli na dzień do Tomaszowa
Może tam jeszcze zmierzchem złotym
Ta sama cisza tkwi wrześniowa….(itd.)
Nie, nie czekaliśmy na Godota. O, nie. Patrzy w stronę widowni. I wy nie czekajcie. Nie warto. Warto żyć. Może odrobinę wolniej, ale warto żyć. Nie mamy powodu, by się śpieszyć. (Odkłada budzik na stół). Budzik wam zostawię, warto pamiętać o czasie, ale… Korzystajcie ż życia, bierzcie pełnymi garściami radość i smutek, rozkosz… ból… Bierzcie, co daje życie, co na swych strunach gra. Bierzcie, ale bez pośpiechu. Bez pośpiechu. Bo i dokąd się śpieszyć?
(Patrzy w stronę szafy) Dokąd się śpieszyć? (Podchodzi do szafy. Otwiera drzwi. Odwraca się w stronę widowni). Ale jednak zawsze coś zostaje… jakiś ślad. Każdy ślad jest ważny (Słychać głośny szum morza. Aktor wchodzi do szafy, po raz ostatni patrzy w stronę widowni i zamyka za sobą drzwi szafy. Szum morza narasta).
Oklaski
(Tym razem Aktor wychodzi zza kulis [nie z szafy]).
Pani Bobkowa! Co Bobkowa się czepia! Że Bobkowa wychowała Cybulskiego, Kobielę, …. A ja to co? Wcale nie rzygałem na schodach. To nie ja wyrwałem tę spłuczkę. Cóż z tego, że miałem często w pokoju gościa? Dziewczynę? To mój wybór. Każdy ma prawo żyć z kim chce. Niech Bobkowa wreszcie przestanie. Ja już od dawna jestem aktorem. Jak oni. Od dawna mówię ludziom o kataryniarzach i kogutach. Niech Bobkowa da wreszcie spokój. Wychowała nas bobkowa i wystarczy. To moja rola…
(Po pauzie. Jakby się chwilę zastanawiał. Innym tonem, ciepło, spokojnie.) Pani Marysiu, dziękuję za wszystko. Przepraszam.

Koniec

 

 

 

Bogumił Kobiela zginął tragicznie 10 lipca 1969 r., w wieku 38 lat, w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym pod Koronowem. (PAP).

W monogramie wykorzystałem fragmenty tekstów kabaretu BIM BOM, Jerzego Afanasjewa, Tadeusza Żeleńskiego (Boya) – „Pochwała wieku dojrzałego” i oryginalnych wypowiedzi Bogumiła Kobieli, Zbigniewa Cybulskiego i innych twórców teatru z tej epoki oraz myśli i wspomnienia Ryszarda Jasińskiego. Cytuję również wypowiedzi bohaterów z filmów, w których grał Bogumił Kobiela.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *