Patrycja Kuliś

Trudna sztuka chodzenia”

Henry był na nogach od czterdziestu ośmiu godzin. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio porządnie się wyspał. Zacięcie walczył, aby ociężałe powieki nie opadły mu na dobre w trakcie operacji, którą właśnie przeprowadzał. Jeszcze tylko chwila i będzie po wszystkim.

– Możecie go zaszyć – powiedział w końcu do rezydentów, stojących obok. – Ja na dzisiaj skończyłem.

Powolnym krokiem wyszedł z sali operacyjnej i z obrzydzeniem cisnął do kosza zakrwawiony fartuch. Nie czuł żadnej satysfakcji, że przed chwilą uratował życie czterdziestoletniemu mężczyźnie, na którego w domu czekała kochająca żona z trójką dzieci. Miał wrażenie jakby był pusty w środku. Gdzie się podziały jego uczucia, wrażliwość…? Był pewien, że to wina tej okropnej pracy, której szczerze nienawidził.

Zanim wyszedł na szpitalny korytarz, zerknął w lustro. Od jakiegoś czasu nie poznawał własnego odbicia. Każdego dnia żałował, że nie obrał innej ścieżki zawodowej. Wszyscy mu wmawiali, że ta praca będzie jego wymarzoną.

– Kiedy zostaniesz lekarzem, będziesz miał tyle pieniędzy, że kupisz sobie wszystko, czego zapragniesz – powiedział mu któregoś dnia wuj Aaron.

– Ale ja nie chcę być lekarzem. Kocham sztukę.

Wuj tylko się zaśmiał.

– Sztuka?! Jeśli chcesz być bezdomny, proszę bardzo, studiuj sztukę! Ale, jeżeli choć trochę zależy ci na dostatnim życiu, idź na medycynę.

No i poszedł. Aaron miał rację. Zarabiał dużo – tylko, co z tego? Przez brak czasu nie założył własnej rodziny; niemiłosiernie długie dyżury sprawiały, że nie widział własnego domu nawet przez trzy dni. O tym wuj mu nie powiedział.

Ta praca zabierała mu całą przyjemność z życia. Czasami, gdy miał dłuższą przerwę na lunch, szedł do pobliskiego muzeum i podziwiał dzieła sztuki. To go uspakajało. Przypominało mu, dlaczego kiedyś tak bardzo chciał pracować w tym fachu. Może i nie miałby zbyt wielu pieniędzy, ale przynajmniej byłby szczęśliwy.

Gdy wyszedł ze szpitala, pragnął jak najszybciej znaleźć się w swoim łóżku, ale czekała go jeszcze rodzinna kolacja z okazji sześćdziesiątych urodzin ojca. Miał ochotę zawrócić i wejść do muzeum, ale się powstrzymał. Tata byłby zły, gdyby nie przyszedł.

Kiedy znalazł się w aucie, wziął kilka głębszych oddechów.

– Będzie dobrze – szepnął sam do siebie, po czym ruszył.

Mknął autostradą, mijając kolejne skrzyżowania, i zatrzymując się tylko po to, aby przepuścić staruszki na pasach. Gdy zahamował na podjeździe domu rodzinnego, poczuł się jakoś nieswojo; jakby był jakimś obcym przybyszem.

Niepewnie przekroczył próg mieszkania. W środku panował nieznośny harmider, a po salonie biegały rozwrzeszczane dzieciaki. Nic się nie zmieniło, pomyślał.

– Synku! – krzyknęła rozentuzjazmowana mama i natychmiast uścisnęła Henry’ego. – Myślałam, że nie przyjedziesz…

– Ojciec by mi nie wybaczył – odparł, rozglądając się wokoło. – Przecież wiesz…

– On tylko tak mówi. Wysłali go na wcześniejszą emeryturę, dlatego jest taki humorzasty.

– Nie mówiłaś…

Matka Henry’ego zrobiła dziwną minę.

– Dzwoniłam, ale nie odbierałeś.

– No tak, przepraszam – powiedział, starannie unikając jej przenikliwego spojrzenia.

– Nie szkodzi. – Położyła rękę na ramieniu syna. – Chodźmy do salonu.

***

Henry od kilku minut grzebał łyżeczką w urodzinowym torcie ojca. Nie miał ochoty na jedzenie. Przed oczami wciąż miał wnętrzności faceta, w których się dzisiaj grzebał. Chyba nigdy się do tego przyzwyczai. Kiedyś wymiotował po każdej przeprowadzonej operacji. Teraz nad tym panował, ale nadal odczuwał delikatne mdłości.

– A ty Scott, co planujesz studiować? – odezwała się ciotka Amber.

Wszystkie spojrzenia zwróciły się na drobnego nastolatka, który zajmował miejsce obok Henry’ego.

– Ja… – zaczął Scott, patrząc w talerz. – Jeszcze nie wiem…

– Scott pójdzie na prawo tak, jak ojciec – oznajmiła Rose, jego matka.

Młody wyglądał na zakłopotanego.

– No tak, prawo w tych czasach to niezwykle opłacalny kierunek – odrzekła Amber, tonem dyplomaty.

Znowu pieniądze. Henry miał wrażenie, że w tych czasach nie liczy się czy robisz to, co kochasz, czy nie – najważniejsze są zyski. Nieważne, że jesteś nieszczęśliwy!

– Prawo? – szepnął Henry. – Naprawdę to chcesz robić?

Scott spojrzał w zmęczone oczy wujka.

– Nie – powiedział w końcu. – Chcę być fotografem.

– To bądź. Nie słuchaj ich.

– Ale… Rodzice…

Henry go uciszył.

– Słuchaj – szepnął. – Ja zawsze chciałem studiować sztukę, ale ktoś powiedział mi, że medycyna jest bardziej opłacalna. Codziennie myślę o tym, że jeszcze kiedyś będę pracował w muzeum, choć wiem, że teraz nie mam na to szans, bo zbyt długo czekałem. Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję. Naprawdę chcesz całe życie uciekać przed marzeniami?

– Nie chcę – powiedział stanowczo. – Ale nie wiem, co zrobić.

– Stań na dwóch nogach i idź przed siebie – polecił Henry. – Kup aparat, fotografuj, idź na jakiś kurs. Tylko trzymaj się z daleka od prawa.

Twarz Scotta rozjaśnił uśmiech. Pokiwał głową i wrócił do jedzenia tortu.

Salon wciąż wypełniały rozmowy o pieniądzach. Henry jednak już ich nie słuchał. Cieszył się, że ustrzegł nastolatka przed popełnieniem jego błędu. Dzięki niemu Scott przestanie zastanawiać się nad zrobieniem tego właściwego kroku.

Chodzenie to naprawdę trudna sztuka – pomyślał Henry. – Jeśli, choć jeden krok zrobisz źle, to potem całe życie się przewracasz.

Kilka słów od autora: Patrycji Kuliś

Przygodę z pisaniem zaczęłam już w czwartej klasie szkoły podstawowej. Byłam wtedy zagorzałą fanką polskich seriali, więc oglądałam je z wypiekami na twarzy. Kiedy któryś z odcinków mi się nie podobał, układałam do niego własny scenariusz, co z czasem dawało całkiem nową historię.

Wszystko, co pisałam, lądowało w szufladzie. Dopiero niedawno wpadłam na pomysł, żeby założyć bloga, gdzie umieszczam swoje prace:

http://bezczytanianiemamarzen.blox.pl/html

W wolnym czasie oprócz pisania, dużo czytam. Przeważnie są to książki fantasy, bo takie kocham najbardziej.”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *