Katarzyna Rapacz

Jesteśmy sprzecznościami

1. Milczenie jest złotem…

   Wyregulowałam natężenie światła, bo podłużna szrama na pośladku stawała się coraz bardziej widoczna. W pokoju niemalże zapanował mrok, więc dla złagodzenia ponurej atmosfery rozpaliłam kilka świeczek stojących na parapecie. To pewnie i tak nie miało znaczenia, w końcu płacili mi, żeby było długo, przyjemnie i dyskretnie, a nie romantycznie i zażyle. To jednak pomagało myśleć, że jeszcze tylko kilka godzin, że nic prócz zarobku nie ma tutaj znaczenia.

   Zebrałam ubrania rozrzucone na podłodze i spróbowałam doprowadzić się do względnego porządku. Przygładziłam rozczochrane włosy, włożyłam jeszcze nieużywany komplet wyzywającej bielizny i zacisnęłam gorset najmocniej, jak tylko byłam w stanie, sprawiając, że przeciętnego rozmiaru piersi wyglądały, jakby zaraz miały pęknąć w przyciasnym stroju. Połknęłam jeszcze jedną tabletkę, bo ból między nogami powoli dawał się we znaki. Musiałam z tym skończyć, bo jeszcze jeden nieuważny krok i lekomania będzie nieodłączną częścią mojego życia.

   Przygryzłam wargi, kiedy spojrzałam na siebie w lustrze. Mimo że tłumiłam krzyk, zagryzając poduszkę, mimo że nie czułam już prawie niczego, łzy rozmyły mi zbyt mocny makijaż. To chyba przez sposób, w jaki potraktował mnie tamten facet, ale, Boże, czego ja się spodziewałam? Że zajmie się mną jak księżniczką? Nie, chyba nie. Miałam po prostu nadzieję na to, że pozwoli mi zachować resztki godności.

   Ze wszystkich mężczyzn, którzy stawali w progu tych drzwi z różową wstążką, tamten był najgorszy. To nic, że mówił świństwa, bił, a poczucie wyższości zdawało się podniecać go jak nic innego na świecie – najbardziej przerażał mnie ton, jakiego używał. Ten ton sprawił, że przeniosłam się kilkanaście lat wstecz do zatęchłego schowka, w którym na życzenie ojca zaczęłam prostytuować się dla jego kumpli w zamian za pieniądze, których wciąż nam brakowało. Oczywiście nie robiłam tego dobrowolnie, ale w ramach nagrody pocieszenia dostawałam mnóstwo prezentów – ubrania, biżuterię, gadżety… Było ich tak dużo, że w niedługim czasie stałam się najlepiej wyglądającą dziewczyną w szkole, podczas kiedy nie zasługiwałam nawet na miano śmiecia.

Dlaczego to robisz? – spytałam kiedyś szeptem, kiedy ojciec zamknął mi drzwi przed nosem i zabronił wyjść na szkolny piknik, dopóki nie dam mu radości. Tak właśnie to nazywał; dawaniem radości.

Bo to nie ma żadnego znaczenia. – Wzruszył ramionami. – Żadnej wartości, rozumiesz?

A ja? co ze mną? Też jej nie mam?

Ależ skarbie – zaczął, przyciskając do mnie swoje spękane usta z taką siłą, że zebrało mi się na mdłości. Trącił palcami moje długie kolczyki dzwoniące przy każdym ruchu głową. – To jest prawdziwa wartość, ma określoną cenę. Jeśli coś jej nie ma, jest bezwartościowe. Oczywiste, prawda?

   Potem kazał mi klęknąć. To był ostatni raz, kiedy go widziałam, bo z pikniku już nigdy nie wróciłam. Nie wiedziałam, dokąd pójść, więc przez kilka dni chowałam się po krzakach, jedząc to, co wyniosłam w koszyku. Na dłuższą metę nie miałam planu, co ze sobą zrobić, i w ten oto sposób trafiłam tutaj, do wysoko cenionego burdelu na obrzeżach miasta. Tak naprawdę nie zmieniło się nic prócz tego, że nie musiałam oglądać twarzy człowieka, który rozpoczął moją karierę.

   Czasami myślałam, co stałoby się, gdybym poprosiła o pomoc kogoś w ośrodku opieki społecznej. Gdybym nie podała ręki człowiekowi, który zobaczył mnie na ulicy i obiecał, że wyciągnie mnie z biedy. Powinnam uciec, a tymczasem kiedy spytał mnie, czy jestem dziewicą, ucieszyłam się, że wreszcie znalazł się ktoś, komu będę mogła powiedzieć całą prawdę. Jakże byłam głupia.

   Z rozmyślań wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi – stuk, stuk, stuk – a trzy uderzenia stanowiły dla mnie oczywisty sygnał. Dostrzegłam z niemałym przerażeniem, jak mocno drżę na całym ciele. Wspomnienie mężczyzny, który wyszedł z pokoju niespełna pół godziny temu i nieustannie pytał przesłodzonym głosem, czy cieszę się jego, tutaj kładł nacisk na słowo, wielką radością. Musiałam się uspokoić.

   Przywołałam na twarz wyuczony, zmysłowy uśmiech i przekręciłam klucz w drzwiach. Otworzyłam je, a za nimi dostrzegłam jakby zagubionego, zbyt schludnego jak na to miejsce mężczyznę w marynarce. Obejrzał mnie nieco zmieszany, po czym wszedł za mną do środka, kiedy położyłam się na łóżku i wygięłam jak kotka, która dopiero co otworzyła oczy po długim śnie. Robiłam, co mogłam, a on… chyba nawet na mnie nie spojrzał.

   Zerknęłam na niego kątem oka, uczciwy facet. Już na samym początku wyjął z kieszeni zwitek banknotów, jakby jak najszybciej chciał się ich pozbyć. Może rzeczywiście tak było.

Połóż na stoliku – powiedziałam, dotykając swoich piersi.

   Zaraz potem przysiadł obok mnie, ale wciąż tylko obserwował, nie pozwolił sobie na żaden ruch w moim kierunku. Ach, a więc to jeden z tych, których rzekomo trzeba zachęcać, pomyślałam i usiadłam na nim okrakiem, wciąż ocierając się o jego uda. Był dziwnie spięty i sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał uciec. A ja po prostu nie mogłam stracić tych pieniędzy, nie mogłam.

Nie musisz się tak denerwować. – Zaśmiałam mu się do ucha, niemalże dotykając go swoimi wargami.

Właściwie nie powinno mnie tu być – odchrząknął. Niedobrze, nie płacą mi za rozmowy.

Jak nas wszystkich, słonko.

Nie, nie rozumiesz. Mam żonę.

Więc gdzie ona teraz jest? – Zmarszczyłam brwi. Nawet jeśli kiedyś zdarzyli mi się podobni niewierni klienci, to żaden z nich tak otwarcie się do tego nie przyznawał.

W domu, czeka na mnie.

A ty siedzisz tutaj ze mną? W takim razie to już i tak bez znaczenia, czy przed powrotem się ze mną zabawisz, czy nie. I tak wyrzuci cię na zbity pysk. No dalej, rozbierz mnie. – Chwyciłam go za ręce i przytknęłam je do wiązań gorsetu.

Ja… chyba popełniłem błąd, przychodząc tutaj.

Myślisz? Przecież to nic nie znaczy. Nikt, kto tutaj przychodzi, się tym nie przejmuje. Ty też nie powinieneś – zapewniłam, wreszcie mogąc odetchnąć.

Nic nie znaczy? – Odsunął się ode mnie odrobinę i powtarzał za mną jak echo.

Nic. Zamknij się już.

Ale jak to „nic nie znaczy”?

Mam dość. Pieprzysz i przestajesz marnować mój czas, czy będziesz tylko gadać? – warknęłam zniecierpliwiona, na co zrzucił mnie ze swoich kolan. Dupek.

Ty chyba sama w to nie wierzysz, co? Przecież miałaś jakieś życie, zanim tu trafiłaś.

Niewiele różniło się od tego tutaj. Słuchaj. Jakąkolwiek wartość ma tylko to, co można kupić: jedzenie, meble, ubrania. Reszta nie ma znaczenia – stwierdziłam i dopiero po krótkiej chwili przeraziłam się brzmieniem swoich słów tak podobnych do…

Przecież cię kupiłem.

Co proszę?

   Wskazał pieniądze leżące na stoliku, a ja zamknęłam usta. Nigdy wcześniej nie pomyślałam o tym w ten sposób. Zawsze wydawało mi się, że dostaję pieniądze za swoją pracę, a tymczasem… Co jeśli przez lata żyłam w błędzie? Skoro liczą się tylko pieniądze, a ci wszyscy mężczyźni płacili za seks, to czy nagle nabiera on sensu? Czy kilkanaście lat temu pieniądze, które dostawał za mnie ojciec, wcale nie były niczym? Czy płacenie za upojną noc nadaje wartości rozbitym małżeństwom i porzuconym dzieciom? Nie, nie, to przecież wszystko bez sensu, przecież ja nie mogłam tego…

Mylisz się – odezwałam się, nagle doznając olśnienia. – Kupujesz moje milczenie, tylko tyle.

   Wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią, bo zaczął rozpinać swoją koszulę, wreszcie biorąc się do dzieła. Wzrok miał jednak wciąż nieobecny, jakby jego myśli wcale nie skupiały się na mnie. Być może wyobrażał sobie na moim miejscu żonę, ale w końcu kto mu tego zabroni? Równie dobrze mógłby marzyć o mnie jako o wielkim hipopotamie, a póki ja tego nie wiem i jemu pomaga się to odprężyć… nie mam na co narzekać.

   Poprosił, żebym odwróciła się tyłem i uniosła biodra. Sekundy wydawały się jednak dłużyć w nieskończoność, więc ze zniecierpliwienia zerknęłam przez ramię. Facet trzymał w dłoni telefon i nie, nie robił mi zdjęć, nie nakręcał filmu, nic z tych rzeczy. Po prostu przeglądał wiadomości, a jego oczy wędrowały z lewa na prawo, z lewa na prawo i tak bez końca w niesamowitym tempie.

   W końcu zabrał swoje rzeczy i, nawet na mnie nie spoglądając, wyszedł, zostawiając pieniądze na stoliku. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim. Bywało, że ktoś zabawiał się ze mną pół nocy, a potem siłą trzeba było wydobywać od niego umówioną cenę. Zdarzało się nawet, że tych pieniędzy nie miał w ogóle, dlatego później nauczyłam się, by pytać o nie od razu. Niby gość mógł rozliczać się od razu przy ladzie, zaraz na wyjściu, ale wtedy szansa, że uszczknę dla siebie jakiś napiwek, była raczej żadna.

   Nie wiem, dlaczego poczułam się rozczarowana. W końcu powinnam skakać z radości, że dostałam zapłatę zupełnie bez wysiłku, a jednak słowa mężczyzny wzbudziły we mnie zbyt dużo wątpliwości.

   W końcu chwyciłam zwitek banknotów i zaczęłam je przeliczać. To tylko pieniądze za milczenie, powtarzałam sobie, tylko i wyłącznie. Wreszcie uśmiechnęłam się pod nosem. Racja. W końcu nie bez powodu mówią, że milczenie jest złotem.

2. …a jednak żyjemy dzięki słowom

   Każde przeciągliwe piśnięcie aparatury, które dawało mi poczucie, że tata wciąż tu jest, paradoksalnie sprawiało, że moje serce biło tak nieskładnie, jakby samo miało za moment przestać bić. To już czwarty dzień, kiedy przesiaduję bez przerwy wśród czterech białych, acz pobrudzonych ścian. W powietrzu unosi się ten charakterystyczny szpitalny zapach, ale nigdzie nie czuć śmierci. No tak, w końcu mężczyzna na łóżku przede mną wcale nie umiera, po prostu śpi i jakoś nie potrafi otworzyć oczu po tamtym wypadku samochodowym, jakby bał się spojrzeć na swoje pokiereszowane ciało.

   Cztery dni. Niby to niewiele czasu, a jednak mija jak wieczność, zwłaszcza kiedy w samotności czeka się na coś, co może nigdy nie nadejść. Ledwie mieści mi się to w głowie – przecież niemożliwe, by ktoś, kto jeszcze w zeszłym tygodniu klepał cię w pełni sił po plecach, dziś nie mógł wyrwać się spomiędzy dziwnej krainy między życiem a śmiercią.

   Przecież to dokładnie ta sama osoba, nic się w niej nie zmieniło; to wciąż mój tata. Ten sam, który w młodości co niedzielę składał ze mną nowy model samolotu dołączany do czasopisma o lotnictwie, którego nie mógł przegapić. Ten sam, który chciał zostać pilotem i poróżować po całym świecie, przeżywając niezliczoną ilość przygód, a ostatecznie został w rodzinnym mieście, bo poznał kobietę swoich marzeń i zrozumiał, że największa przygoda to ta, która rozgrywa się u jej boku. W dodatku nigdy się na to nie poskarżył, ba, nigdy tego nie pożałował!

   To ten sam facet, który na widok osy i na myśl o użądleniu niemalże dostawał palpitacji. To on po raz pierwszy pokazał mi, jak zbijać budę dla psa, strzelać z wiatrówki i unikać konfrontacji z mamą, kiedy miała t e dni i wybuchała bez powodu jak rozgrzany do czerwoności wulkan. Wciąż pamiętałem, jak urządził mi długie kazanie o tym, że nim wezmę się za seks, powinienem pomyśleć o odpowiednim zabezpieczeniu i obgadać tę kwestię z dziewczyną, bo on nie zamierza pomagać mi w wychowywaniu dziecka. „Wystarczy, że tobie musiałem zmieniać te śmierdzące pieluchy”, powtarzał wtedy, a ja usilnie próbowałem wyrzucić go z pokoju i ukryć swoje zażenowanie. Właściwie nie wiem, co było gorsze – tamten moment czy ten, w którym rzeczywiście przyłapał mnie z dziewczyną, jak na wpół rozebrani pieściliśmy się na kanapie, gdzie on zwykle lubił się rozsiąść i oglądać mecz.

   Nigdy nie traktował mnie z góry, był sprawiedliwy jak mało kto – nie tylko wobec ludzi, którzy go otaczali, ale także wobec samego siebie, co wbrew pozorom jest może nawet trudniejszą sztuką. Nie uważałem go za człowieka idealnego, co to, to nie. Wiele brakowało mu do ideału, ale i tak stanowił dla mnie wzór do naśladowania, któremu nie dorównałem nawet w połowie jako dorosły mężczyzna. Dużo mnie nauczył, a teraz… teraz czułem się tak, jakby go już nie było, choć to przecież nieprawda.

   Miotało mną tyle emocji, że ledwie potrafiłem się w nich rozeznać – na przemian złość, żal, rozpacz, histeria i tak od nowa przez cały czas. Byłem zły na siebie, że nie poświęcałem tacie więcej czasu, choć z tego co słyszałem, ilekolwiek by się go nie poświęciło, to wciąż będzie za mało w obliczu takiej tragedii. Byłem zły na lekarzy, że nie są w stanie przywrócić taty do świata żywych, choć przecież właśnie tym powinni się zajmować. Byłem zły na cały świat, bo ludzie wciąż wymyślają cuda na kiju jak tańczące i świecące wibratory na wystawie w sex shopie, a nie potrafią wybudzić człowieka tkwiącego w śpiączce. Nie potrafią też zwrócić minionych chwil, a to boli najmocniej – świadomość, że tego nie można dostać za żadną cenę.

   Wtem poza pikaniem aparatury w pokoju rozlega się cichy trzask, po jakim następuje stukanie scalone z charakterystycznym zapachem, który niemalże natychmiast uderzył mi do głowy. Mimowolnie odwracam się w stronę wejścia i widzę w nim… No nie, nie wierzę.

Co tu robisz? – pytam cierpko, ale ona najwyraźniej zrzuca to na karb tragedii, która mnie dotknęła, bo nie wydaje się urażona.

Słyszałam, co się stało. Pomyślałam, że przyda ci się ktoś do towarzystwa, żebyś nie przesiadywał tutaj sam.

I pomyślałaś, że to właśnie z tobą chcę tu spędzać czas?

   Wraz z wypowiedzeniem tych słów nagle zdałem sobie sprawę, że brzmię jak rozkapryszony nastolatek, którym przecież nie byłem już od dawien dawna. Czasem jednak wydawało mi się, że moje życie jest równie niepoukładane co w tamtym okresie. Być może to był główny powód, dla którego wtedy mnie zostawiła. A teraz, proszę, dostawiła sobie krzesło obok mnie i sprawiała wrażenie, jakbyśmy wcale nie stracili kontaktu na kilka lat.

Kiedyś powiedziałam, że jeśli będziesz w potrzebie, to zawsze możesz na mnie liczyć.

Ach, tak – rzuciłem z przekąsem, nie mogąc powstrzymać irytacji. – Chyba jednak nieco się spóźniłaś. Tak przynajmniej o parę lat.

Mówisz poważnie? Przecież to było tak dawno temu, a ty dalej żywisz urazę? – Uniosła brwi i skrzyżowała ramiona na piersiach.

Niektórych krzywd ciężko zapomnieć. A teraz, jeśli pozwolisz, chcę zostać z tatą. Sam.

   Mimo prośby siedziała nieporuszona, nie patrząc jednak w moim kierunku. Dziwnie było znów ją zobaczyć, zwłaszcza że niewiele się w niej zmieniło. Wciąż nosiła długie, ciemne włosy, mocno malowała wąskie usta, by wydawały się pełniejsze, no i najwyraźniej wciąż nie przekonała się do butów na obcasie. Była dość wysoka i zawsze powtarzała, że wyglądałaby w nich jak kolos, choć nigdy tego nie rozumiałem. Nie przybyło jej ani lat, ani nawet obrączki, choć przecież wielu mężczyzn musiało się za nią oglądać. Wydawała się dokładnie taka jak kiedyś.

Gdybym tego nie zrobiła, nie wyjechałbyś z miasta, wiesz o tym. Ograniczyłabym cię, a tego nie chciałam.

Wyjazd nie był dla mnie najważniejszy. – Spojrzałem na nią z ukosa, dziwiąc się, że podjęła temat i wyznała mi taką głupotę.

A jednak wyjechałeś, kiedy odeszłam.

Wtedy było mi już wszystko obojętne, każda perspektywa ucieczki wydawała się dobra.

Ale jednak dobrze na tym wyszedłeś, prawda? – Przyjrzała mi się uważniej, najwyraźniej trochę śledząc moje poczynania w firmie.

Nie narzekam. A ty jesteś tutaj, ponieważ…?

Otworzyli nowy oddział w wydawnictwie i przenieśli mnie tu do pracy. Zajmuję się korektą tekstów, nic ciekawego, bo pewnie zaraz byś pytał, ale całkiem to lubię.

Więc zostajesz tu na stałe? – Najwyraźniej w moim głosie zabrzmiało więcej nadziei, niżbym sobie tego życzył.

Tak. Tak wyszło.

I dlatego tu przyszłaś?

Już mówiłam…

A tak naprawdę? Dlaczego tu jesteś?

Nie kłamałam. Podałam prawdziwy powód.

Rozumiem. – Odwróciłem od niej wzrok i dałem sobie spokój. Nie wiem, co ja sobie myśla…

Poza tym tęskniłam – stwierdziła, po czym od razu zagryzła wargi.

Nie powinnaś tego mówić.

Jak zawsze. – Jej twarz przyozdobił mizerny uśmiech.

   To prawda. Nie znam drugiej takiej osoby, która miałaby gorsze wyczucie czasu niż ona.

   Przesiedzieliśmy w milczeniu kilka godzin, zanim w końcu się złamałem i zaprosiłem ją na kolację, robiąc to całkiem jakby wbrew sobie. Być może postąpiłem tak dlatego, że poczułem się winny. W końcu dotrzymała mi towarzystwa, a ja nawet nie chciałem jej słuchać i nie podziękowałem. Prawdopodobnie jednak chodziło o to, że ja także za nią tęskniłem i nie myślałem o niczym ponad wzięciem jej w ramiona, choć nie zamierzałem przyznawać tego nawet przed samym sobą. Doskonale wiedziałem, że to irracjonalne, zwłaszcza po tym, o czym mi powiedziała i co się stało, a jednak… wszystko wróciło do mnie w jednym momencie.

Jezu, jaki wybór! Nie umiem się zdecydować, wszystko brzmi tak nietypowo. Może ty coś wybierzesz? – zaproponowała, przeglądając po raz kolejny całe menu.

Ostatnio jadłem naprawdę dobry krem z selera i jabłek, ale… No tak, ty nie lubisz selera – przypomniałem sobie nagle, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. – No to może…?

   Nagle urwałem, bo ujrzałem jej zaszklone oczy za kartą dań. Nie za bardzo wiedziałem, co się stało, a jej najwyraźniej zrobiło się głupio, bo zaczęła się tłumaczyć.

Naprawdę wciąż pamiętasz takie rzeczy…?

A co w tym dziwnego? – Uśmiechnąłem się do niej, a serce w mojej piersi zaczęło bić jakoś mocniej. – Pamiętam nawet, że nie lubisz majtek, które odkrywają więcej z przodu niż z tyłu.

Kamil. – Kopnęła mnie w kostkę, a jej policzki zalały delikatne rumieńce.

   Mimo wszystko wiedziałem, że powstrzymuje śmiech i nagle te lata rozłąki jakby odeszły w niepamięć. Znów miałem osiemnaście lat, mój ojciec tryskał energią, a ona była moja.

   Spotykaliśmy się regularnie, kilka razy w tygodniu, nadrabiając czas stracony za sprawą głupoty. Zapomniałem już, jak to jest; trzymać kogoś za dłoń z myślą, że nie muszę jej puszczać, że następnego dnia mogę zrobić to samo i kolejnego również. Zapomniałem, jak to jest dotykać czyichś ust i czuć na sobie dotyk rąk, które nie chcą, bym się odsuwał. Zapomniałem, co dzieje się w sercu, kiedy człowiek tak mocno kocha. Miło sobie przypomnieć. To było warte dużo więcej niż wszystkie pieniądze razem wzięte, które zarobiłem w firmie.

   Niedługo potem Magda została u mnie na noc, ale kiedy zaczęliśmy całować się na kanapie, stanowczo odmówiła.

Chodź do sypialni, proszę – wyszeptała, przytulając się do mnie.

Do sypialni? Wstydziłabyś się, to przecież tylko niewinny buziak, a ty byś zaraz chciała do sypialni. – Zaśmiałem się, a ona zmarszczyła nos.

Po prostu przypomniało mi się, jak twój tata… – zaczęła, a ja śmiałem się już tak, że ledwie mogłem wytrzymać. Nie spodziewałem się, że wciąż przeżywała to tak bardzo.

   Minęło pół roku, a ja mimo ciągłych chwil udręki związanych z ojcem czułem się z każdym dniem coraz lepiej. Nie wiem, co zrobiłbym bez Magdy, która codziennie przesiadywała ze mną w klinice i czekała na cud. Co najciekawsze, jestem niemalże pewien, że ona ten cud pewnego dnia wywołała.

   Siedzieliśmy obok siebie, trzymając się za ręce i rozmawiając. Zazwyczaj opowiadaliśmy różne historie z czasów, kiedy zrobiliśmy przerwę w naszej relacji, albo po prostu wspominaliśmy. Mieliśmy nadzieję, że jeśli tata słyszy, co dzieje się w naszym rzeczywistym świecie, to przynajmniej będzie mógł posłuchać o czymś interesującym. Poza tym to była kuracja, która również nam pomagała.

No i wtedy zaczął krzyczeć; dzień dobry, dzień dobry! I tak nieskończoną ilość razy, więc stwierdziłam, że też mu odkrzyknę…

Dzień dobry – odezwał się głos spod ściany, a my na moment zamieniliśmy się w słupy soli. – Ale dlaczego tak na mnie patrzycie? Magda się ze mną przywitała, więc odpowiedziałem.

   I tak jak gdyby nigdy nic ojciec unosił powoli ciężkie powieki, nie mogąc zrozumieć naszego zdziwienia. Wcale nie zastanawiała go obecność Magdy, wcale nie zastanawiało go miejsce, w jakim się znalazł, jakby ze wszystkim był na bieżąco. A może naprawdę słyszał każde nasze słowo?

   Zawołaliśmy lekarzy, a oni po całej serii badań wreszcie zostawili nas samych, zostaliśmy tylko we dwóch.

Nawet nie wiesz, jak się martwiłem – przyznałem, czując nagle ogromną ulgę.

Wiem, słyszałem. Chciałem poprosić, żebyście opowiadali więcej, ale nie za bardzo mogłem. To dzięki waszym słowom wciąż żyję. Chociaż… synu?

Tak, tato?

O jednej rzeczy nie chciałem sobie przypominać.

To znaczy? Coś się stało? Coś trzeba dla ciebie zrobić?

Nie. Po prostu zdążyłem już o tym zapomnieć, a wy znowu przypomnieliście mi o tamtym incydencie z kanapą.

   Widząc moją minę, wybuchnął długim, gromkim śmiechem i śmiał się tak jeszcze przez wiele kolejnych lat, zasypiając już tylko wtedy, kiedy naprawdę miał taką potrzebę. I, na nasze szczęście, w tych krótkich chwilach, kiedy znikał w krainie snów, nic już nie słyszał…

 

Kilka słów od autora: Katarzyna Rapacz

W ubiegłym roku zdobyłam wyróżnienia w dwóch konkursach literackich obejmujących zasięgiem całą Polskę; „Pigmalion fantastyki” oraz „Piórem malowane”, a także drugie miejsce w konkursie wojewódzkim: „Literacki Fenix”. Największym jednak sukcesem jest to, że jestem tutaj i wciąż wznoszę się ponad wyznaczone poprzeczki.

Zaczęłam pisać za sprawą miłości do książek. W wielu z nich odnajdowałam jakąś cząstkę wpływającą na moje życie i to był impuls, przy którym pomyślałam: „Rany, to jest właśnie to, co chcę robić – uwrażliwiać. Nie mogę operować ludzi, bo zbyt boję się krwi, ale mogę odciągnąć ich od własnych problemów, pozwolić na chwilę oddechu!”

Czerpię pomysły z wszystkiego, co mnie otacza. Podchwytuję urywki rozmów, co czasem przeraża moich bliskich, a mimo tego, jeśli należysz do osób odważnych, możesz napisać do mnie tutaj: katrap.wobec@gmail.com – w sprawie tekstów czy zapytań. Tylko uważaj, bo w końcu i Ty możesz znaleźć się w opowiadaniu! 🙂

Zapraszam także na moją autorską stronę z opowiadaniami:

https://katarzynarapacz.wordpress.com/

https://www.facebook.com/katrap.opowiadania/ ‘’

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *