Pozwólcie, że ma początek opowiem Wam pewną historię:

Było kiedyś dwóch braci. Kochali się jak bracia, lubili jak bracia i wspierali jak bracia. Dopóki coś ich nie poróżniło. Kłótnia była zacięta, głośna, a żaden w nich nie przebierał w słowach. Każdy zaś dowiedział się o sobie czegoś, czego wolałby nie dowiedzieć się nigdy, a już na pewno nie z ust tak bliskiej osoby. Gdy skończyły się słowa, a ułożenie zdania okazało się być zbyt wyczerpujące, awantura się skończyła. Obydwaj byli wściekli i zranieni. Nic więc dziwnego, że każdy z nich odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę.

Nie mieszkali daleko, bo w tym samym bloku, często się więc widywali, ale zawsze mijali się bez słowa. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a w końcu lata. Spędzali osobno święta, nie dzielili się opłatkiem, udawali, że zapomnieli o swoich urodzinach. I nawet, gdy w pewnym momencie w którymś z nich budziło się pragnienie, by zakończyć to marne przedstawienie, jego duma przepychała się łokciami do przodu, każąc mu przypomnieć sobie, te wszystkie okropne słowa, które usłyszał. Słowa, myślał wtedy, te słowa były okropne. Tak więc momentalnie przechodziła mu ochota na zgodę, choć już od dawna ich nawet nie pamiętał.

Pewnie domyślacie się, co się wkrótce stało. Jeden z braci ciężko zachorował. Drugi usłyszał jakieś pogłoski na ten temat, ale zbytnio się nie przejmował. Dopóki widywał tamtego z torbami zakupów, nie mogło być z nim aż tak źle. Nie wiedział, że dwa lata wcześniej żona odeszła od jego brata. Nie wiedział, że jego brat nie mógł mieć dzieci, których tak pragnął. A nade wszystko, nie wiedział, że mieszka zupełnie sam. Musiał więc nosić ciężkie torby z jedzeniem, samodzielnie gotować i sprzątać. Ból jednak był coraz silniejszy. Często do tego stopnia, że całymi dniami jadał tylko suchy chleb. Jeżeli i on się skończył, wyjadał resztki z lodówki. Marzył mu się ciepły posiłek, ale w pewnym momencie był on możliwy tylko wtedy, gdy przebywał w szpitalu. Drugi brat słyszał o szpitalu, słyszał o chorobie, ale wciąż powtarzał sobie w głowie: jeżeli do tej pory dawał sobie beze mnie radę, teraz też da. Jakbym mógł tak nagle się pojawić? To by wydawało się nieszczere.


Zakończenie tej historii nie należy do przyjemnych. Jeden brat nigdy nie schował swojej dumy w kieszeń i nie poprosił o pomoc, a drugi, również nie pokonał swojej dumy i nie zaoferował pomocnej dłoni. Żaden z nich nie pamiętał słów, które tak mu ubliżyły. Żaden nie czuł już złości. Nie przeszkadzało im to jednak w ciągłym mijaniu się. Do momentu, w którym jednego brata pokonała choroba. Drugi zaś wstydził się pojawić na pogrzebie. Nie potrafił jednak zliczyć dni, które przepłakał, nie wiedząc już czy płacze z żalu, czy ze złości na samego siebie.

Brzmi jak nudna przypowieść, która ma niewiele wspólnego z rzeczywistością? Niestety, tu Was zaskoczę, gdyż ta historia wydarzyła się naprawdę. I poruszyła mnie na tyle, że znów zaczęłam się zastanawiać nad tematem, który był już w wielu miejscach wałkowany tysiące razy: jak to jest z tą naszą dumą?

Wielu z nas należy do osób dumnych. Jeżeli ktoś nas urazi, długo mu tego nie zapomnimy. Nawet jeśli w którymś momencie mu wybaczymy, to gdzieś z tyłu głowy będziemy pamiętać o tym, że ta osoba nas zraniła. A może my powinniśmy pierwsi wyciągnąć dłoń na zgodę? Dobre żarty! Przecież to się nigdy nie wydarzy!

Niestety, również należę do tej nieszczęsnej grupy ludzi zawziętych, pamiętliwych i często przez to okrutnych. Z tego właśnie powodu doskonale wiem jak wygląda to z perspektywy osoby boleśnie dumnej, która nawet jeżeli chce, niekoniecznie potrafi tę dumę pokonać. Właśnie, „nie mogę” czy „nie chcę”? Odpowiedź jest prosta: nie mogę, ponieważ nie chcę. Przez lata ukształtowałeś w sobie ten sposób obrony przez zranieniem i trudno jest z dnia na dzień nagle go z siebie wyrzucić. Nikt nie zmienia się z dnia na dzień. Ale w rok już można. Tylko jeżeli się chce.

Czemu o tym mówię i co ma to wspólnego z rodziną? Często obserwuję relacje rodzinne nie tylko w swoim najbliższym otoczeniu, ale również u innych. To niesamowite jak wiele jest w ludziach złości, zazdrości, niechęci. Jednego dnia przeklinają kogoś, życzą mu wszystkiego, co najgorsze, a trzy dni później ta osoba znika z powierzchni ziemi. Po prostu znika – umiera. A ci, co jeszcze dzień wcześniej jej nienawidzili, na pogrzebie płaczą. Zastanawiam się wtedy czy łkają, ponieważ cierpią, czy po prostu czują, że powinni. I w większości przypadków można dostrzec różnicę. W większości przypadków płaczą szczerze. Tylko po co opłakiwać osobę, której aż tak się nie lubiło?

Lubimy rozpamiętywać przeszłość, pielęgnować w sobie urazę, podsycać ogień własnej nienawiści. Nie myślimy wtedy o tym, że ludzie się zmieniają, a słowa, które ktoś wypowiada w złości, niekoniecznie są zgodne z prawdą. Nie zastanawiamy się nad tym, co było dobre, bo przecież od dawna wiadomo, że łatwiej człowiek zapamiętuje to, co złe. I żyjemy tak z dnia na dzień, nie zauważając, że minęły już lata, a w naszym sercu wciąż gniją negatywne uczucia. Dopóki coś nas gwałtowanie nie obudzi. Niezależnie czy chodzi o chorobę, czy śmierć, obydwie te rzeczy oblewają nas jak wiadro zimnej wody. I nagle zmarły jest bez winy. Nagle zostaje mu wybaczone. Tylko dlaczego o te trzy dni za późno?

Widziałam już przypadki ludzi, którzy jeszcze wieczorem byli, żyli swoim życiem i w świetnym zdrowiu kładli się do łóżka, a następnego dnia już się nie budzili. Moja mama w takich przypadkach zawsze mówi to samo zdanie „życie jest nic nie warte”. Cóż, oczywiście się z nią nie zgadzam. Życie jest piękne, tylko ludzie nie są, a raczej ich postępowanie.

Nie zrozumcie mnie źle, zdarzają się w życiu takie sytuacje, których wybaczenie wydaje się niemożliwe. Nie wszystko można zapomnieć i nie zawsze górę bierze wtedy duma, lecz inne czynniki. Zdarzają się jednak i takie złości, które sami napędzamy, rozpamiętując jeden lub dwa incydenty, które zdarzyły się dziesięć lat wcześniej. Nie próbujemy się pogodzić, choć tak naprawdę pokłóciliśmy się o coś banalnego. A zegar nie przestaje tykać i zabierać nam cennych sekund. Sekundy zamieniają się w minuty, minuty w godziny. Godziny łatwo zamieniają się w dni, a dni w lata. I tak niepostrzeżenie mija nasze życie, a wraz z nim szanse na to, by powiedzieć naszej dumie, że może się ugryźć.

Kilka słów o autorze: Justyna Luszyńska

Autorka książki pod tytułem „Będę czekać całą noc”, która miała swoją premierę w październiku 2016 roku. Laureatka Ogólnopolskiego Konkursu im. Bolesława Prusa organizowanego przez miesięcznik WOBEC, potem stała autorka miesięcznika, a w końcu redaktor działu prozy. Przyznano jej również nagrodę specjalną w ogólnopolskim konkursie o nazwie „Sienkiewiczki” za esej o tematyce miłosnej. Redaktor koordynator oraz dziennikarz w serwisie EYIA (EuropeanYouth Information Agency). Studentka filologii angielskiej w specjalności glottodydaktycznej.

Prowadzi stronę, na które publikuje swoje teksty, począwszy od felietonów i opowiadań, a na poradach kosmetycznych skończywszy: www.ajednak.eu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *