Przejdźcie się po rynku lwowskim. Zajrzyjcie do Czarnej Kamienicy, gdzie w Muzeum Historycznym ktoś chętnie opowie Wam o polskich akcentach we Lwowie. W pobliskiej kamienicy Królewskiej poszukajcie śladów Jana III Sobieskiego, który niegdyś przebudował ją na swoją rezydencję. Stańcie twarzą w twarz ze strzegącymi ratusza lwami, a jeśli nie straszne Wam ponad 300 schodów, wejdźcie na ratuszową wieżę. Podziwiajcie stamtąd wzgórze Wysokiego Zamku, którego Kazimierz Wielki zastał drewnianym, a zostawił murowanym. Policzcie dla żartu wieże kościołów albo ludzi na rynku. Uważając żeby nie spaść, zejdźcie i wdychajcie zabawową atmosferę Lwowa. Zanurkujcie w całe spektrum restauracji i podziwiajcie ich wnętrza. Zakonspirujcie się w banderowskiej knajpie i koniecznie skręćcie do Baczewskich, aby spróbować wyrobów kiedyś jednego z największych producentów wódki na świecie. Może przejdźcie się dalej i popatrzcie na kamienice, gdzie swego czasu Stefan Banach i jego grupa lwowskich matematyków godzinami zażarcie dyskutowali o problemach matematyki, a później zapisywali swoje spostrzeżenia… na serwetkach. A zresztą… zróbcie jak chcecie. Rozbłyskujące w miękkim mroku setki złotych od światła okien, niczym rój gwiazd, na pewno na Was poczekają. Ja natomiast trochę Wam opowiem. 

Do Lwowa pojechałem pierwszy raz. Na Ukrainę pojechałem pierwszy raz. Co do Lwowa- oczekiwania miałem inne, co do Ukrainy- dokładnie tak wyobrażałem sobie tamtejsze życie na wsiach i w mieście. 

  
Po przekroczeniu granicy wsiadłem w marszrutkę i popędziłem do Lwowa. Popędziłem? Chyba się trochę zapędziłem. Powlokłem się pojazdem, który dawno powinien dokonać swojego żywota i wszystko wskazywało na to, że stanie się to lada chwila. Właśnie wtedy, kiedy akurat ja wybrałem się na zwiedzanie. Nie od razu zaufałem kierowcy i małemu rozpadającemu się busikowi. Ale wierzcie mi, to konieczne żeby w pełni poczuć ukraińską przygodę. W radiu melodyjne pieśni nacjonalistyczne, panujący zaduch i smród, brudne szyby i ludzie… jakże barwni ludzie. Od żołnierzy przez handlarki po wąsatych jegomościów w skórach, jakie u nas nosiło się 20 lat temu. A może w imitacjach skór. To jest ten ukraiński folklor – pomyślałem. Jeśli tylko go zaakceptujesz i przyjmiesz jako standard, wnet zakochasz się w nim. Nie powiem, żebym od razu zapałał do niego bezinteresownym uczuciem, ale polubiliśmy się. Po powrocie stwierdziłem, że nawet bardzo. 

Różnice między naszymi wschodnimi sąsiadami a Polską widać od razu, dwadzieścia metrów po ichniejszej stronie. Nie piętnuję tego, że jest u nich jak jest.  Ale dla kogoś, kto stawia swoje pierwsze kroki na Ukrainie, jest to małe trzęsienie ziemi. Samochody, które nie powinny być dopuszczone do ruchu, chodniki, które nie powinny być nazywane chodnikami, ulice… na których dziur jest więcej niż asfaltu. Mam w pamięci przejazd przez wieś Sądowa Wisznia, gdzie ujrzałem drogę dużo gorszą od naszych najgorszych, przypominająca miejsce deszczu meteorytów. Co więcej, droga nachylona była co najmniej 15 stopni i przyszło nam jechać w dół, a kierowca manewrował zygzakiem po całej szerokości ulicy.  Zapewniam, że w tym co piszę nie ma krztyny przesady. Z jednej strony jest to śmieszne, z drugiej przerażające, a jeszcze z innej skłania do zadumy nad trudną historią i teraźniejszością Ukrainy. Całą drogę towarzyszyły nam błędy w matriksie, ale zgodnie z moją reporterską powinnością, przenieśmy się do Lwowa. Tutaj zabawa rozpoczęła się na się na dobre. 

Wjechaliśmy do miasta wielkim rondem, obfitującym w dźwięki klaksonów i świadome wymuszanie pierwszeństwa. Przypominało wielki diabelski młyn zorientowany horyzontalnie, który skrzypi głośniej niż powinien i za chwilę rozleci się w drobny mak.  A te auta… Już od pierwszych chwil na Ukrainie co rusz migały  zabytkowe auta z byłego Związku Radzieckiego, ale w mieście poczułem się jak w innym wymiarze.  Nie wiem jak reszta Ukrainy, ale Lwów to samochodowy, żywy skansen ZSRR.  

Pierwsze wrażenia po wysiadce z marszrutki nie były najlepsze. Przechodziliśmy przez okolicę przekupek i handlowania sezonowymi owocami i warzywami. Kupić można było tam nawet pisklaki. Przykry jest natomiast fakt, że ludziom nie żyje się tam łatwo. Widać to było w ich twarzach, ubiorze i zachowaniu. W autobusach miejskich to nawet i czuć było. Skoro już mowa o autobusach miejskich… Prym wiedzie tam totalny chaos komunikacyjny. Kursuje wiele marszrutek o charakterze zbiorowych taksówek, a jeśli już mamy szczęście spotkania rozkładu na przystanku, więcej jak pewne jest, że kierowcy mają go za nic. Metra nie ma, a tramwaje są zabytkowe i klimatyczne. Przed wyjazdem słyszałem dużo “klimatycznych” słów na temat Lwowa i teraz wiem, że w ten sposób Polacy eufemicznie określają niedorzeczności tam ukryte. W tramwajach bilety kasujemy czymś na kształt dziurkacza i to jest właściwie nadal urocze i jeszcze nie beznadziejne. Jeśli natkniemy się na nowoczesny skład komunikacji, to znaczy, że wsiadamy w jedną z niewielu takich linii kursujących po mieście. Prawie zawsze przepełnienie pojazdu sięga granic możliwości, a w środku spotykamy się z osobliwością jakiej u nas próżno szukać. Każdy, kto wsiada, podaje do przodu kwotę, mówi ile chce biletów i tak po sznurku, jak w ukraińskim głuchym telefonie, pieniążki z rąk do rąk wędrują do kierowcy. Pieriedajtie, budlaska! Znaczy się: proszę bardzo, podajcie dalej. Jeszcze śmieszniej jest, kiedy reszta wydana przez kierowcę wraca do pasażera w ten sam sposób.  

Czy tylko ja jestem bliski stwierdzenia, że za naszą wschodnią granicą rozpoczyna się Azja? 

Ciekawym przeżyciem jest obserwowanie lwowskiego ruchu ulicznego. Zasady drogowe i sygnalizacje zdają się być tam tworem czysto umownym. Piesi przekraczają jezdnie w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, a z legalnych przejść, które swoją drogą są bardzo słabo opatrzone i z punktu widzenia kierowcy mało widoczne, korzystają cudzoziemcy albo dziwacy. Wszędzie bruk i chodniki z przeszkodami, ale Ukraińcy nie narzekają na swoje warunki, mówią że “jeśli ktoś się przewróci to jest to tylko i wyłącznie jego wina, że nie zauważył”. 

Wyrastam już pewnie w Waszych oczach na niezrównanego piewcę lwowskich słabości. Można by z pewnością stwierdzić, że mi się nie podobało, a jest zgoła odmiennie.  

Lwowska starówka ma w sobie coś upajającego. Upatrywać można wielu podobieństw do polskich miast oraz przyrównywać je do Krakowa, które skądinąd również należało do Galicji. Widać miszmasz stylów, dawną wielokulturowość i wiedeński wygląd wielu kamienic. Polacy nadal tam są, a polski język jest powszechnie rozumiany. Zamiast dogadywać się po angielsku, z obietnicą powodzenia możemy dogadywać się po naszemu. Jesteśmy raczej mile widziani i zostawiamy dużo pieniędzy w ich restauracjach. Mam wrażenie, że przyjeżdżamy odrobinę jak do naszej eksklawy, chociaż po prawdzie jesteśmy tam już mniejszością. Zakończenie II Wojny Światowej, jak wiemy, przyniosło wiele zmian i było początkiem drastycznych przesiedleń. Tak naprawdę te wydarzenia miały miejsce raptem 70 lat temu. W Bieszczadach niektóre zabudowy jeszcze przecież nie zdążyły pokryć się trawką. Jak czulibyśmy się gdyby ktoś powiedział nagle, że nasz dom na polskiej wsi nie jest już na polskiej, lecz obcej ziemi i siłą przemieściłby nas na zupełnie nieznane tereny?  Jest to istotnie dramat przesiedleń, jaki dotknął Kresy Wschodnie i miejmy nadzieję, że takie wydarzenia nigdy nie wpiszą się już do kart naszej i ukraińskiej historii. 

Znakomite zabytki lwowskiej starówki to jedno co nas przyciąga do tego miasta, a chęć poznania wspólnej burzliwej historii to drugie. Ten pobyt na wschodzie rzucił zupełnie inne światło i zweryfikował moje poglądy w temacie Ukrainy.  Myślę i chcę myśleć, że więcej nas łączy niż dzieli. Dla milionów Polaków to symbol „małej ojczyzny” a magiczne w wymiarze narodowym i osobistym słowo „Kresy” wzbudza emocje do dnia dzisiejszego. 

 

DSC05303

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *