O „Teatrze szkolnym Drugiej Rzeczypospolitej”

   Teatrem szkolnym zajmowałem się, można tak powiedzieć, od dziecka. Już będąc w szóstej klasie uczestniczyłem w przeglądzie teatrów szkolnych szkół podstawowych województwa Gdańskiego w Pucku. Później, choć to niezupełnie to samo, byłem aktorem w teatrze studenckim i byłem w 1971 roku dyrektorem organizacyjnym prowadzonego przez Andrzeja Rozhina ogólnopolskiego przeglądu teatrów studenckich, Lubelskiej Wiosny Teatralnej. Nic więc dziwnego, że gdy zostałem nauczycielem sam sięgnąłem po to wspaniałe narzędzie edukacyjno-wychowawcze. Najpierw ucząc w szkole podstawowej przygotowywałem i wystawiałem z uczniami bajki, później zaś, już w liceum, zacząłem pracować nad własną (choć jak dowiedziałem się później, niekiedy praktykowaną już wcześniej) formą teatru szkolnego. Taką, w której uczniowie odgrywają rolę dominującą, od chwili znalezienia pomysłu i samodzielnego napisania sztuki, aż do jej wystawienia.

   Tej formie zawdzięczam w mojej ocenie jeden ze swoich największych sukcesów wychowawczych. W pierwszych latach XXI wieku ucząc w Liceum Księgarskim w Gdańsku zostałem poproszony przez dyrektora szkoły o przejęcie wychowawstwa w klasie maturalnej, w której poprzednia nauczycielka nie potrafiła sobie poradzić. Przejąłem tę klasę w połowie października. Jak się okazało problemem były narkotyki i (o czym początkowo nie wiedziałem) diler – uczeń tej właśnie klasy. Zaproponowałem młodzieży, by zamiast zwykłych rozliczeń i spraw organizacyjnych w czasie godzin wychowawczych napisać i przygotować sztukę. Propozycję przyjęli i sami zaproponowali temat – właśnie narkomanię. W czasie dyskusji nad tematem podsunąłem im myśl, by zderzyli w swym scenariuszu dwa modele życia. Autentyczną przygodę, prawdziwe przeżycie z ucieczką od nich, ułudą – narkomanią. Później też, pracując nad psychologia postaci, uświadomiłem im (nie wiedząc nawet o tym, co ich gnębi), że diler, osoba, która dostarcza innym to g…, nie może ich szanować, że właściwie nimi gardzi, gdyż w ten sposób musi ratować swą miłość własną, uciec przed poczuciem winy za to co im robi.

   Sztukę wystawiliśmy w szkole dwukrotnie. Nie wiem, co działo się na zapleczu. Jakie były ich rozmowy, jak oceniali moją pracę, mnie. Klasa zdała maturę prawie w 100%. Prawie, gdyż o dziwo oblał właśnie diler. Nie został jednak odrzucony przez zespół. Pomogli mu zdać rok później.

   Współtworzenie z młodzieżą teatru szkolnego skłoniło mnie do tego, by przyjrzeć się temu jak wygląda w tej dziedzinie kwestia materiałów pomocniczych, lektur. Nie było najlepiej. Przede wszystkim brakowało podręczników uczących jak napisać sztukę. Postanowiłem, że napiszę i wydam taki podręcznik („Sztuka dramaturgii” 2004 r.). Później w zapale pracy wzbogaciłem go o krótką historię dziejów dramatu w Polsce i w Świecie oraz pewien rys historii teatrów szkolnych w Polsce.

   Tu wreszcie docieram do książki, o której chciałem pisać. Mój przyjaciel, kolega ze Związku Literatów Polskich, wybitny teatrolog, prof. Andrzej Żurowski, którego poprosiłem o napisanie krótkiej notki o podręczniku na jego okładce, notatkę taką napisał, ale zwrócił mi uwagę:

– Piszesz, że nie opracowano dotąd historii teatrów szkolnych w Polsce. To ją opracuj.

   Andrzej myślał i pisał bardzo klarownie, zaproponował mi od razu, że przyjmie mnie z tym tematem jako swego doktoranta. Początkowo chciałem napisać pracę o dziejach teatrów szkolnych w Polsce od ich zarania do współczesności, uległem jednak sugestii Andrzeja i postanowiłem ograniczyć zakres chronologiczny pracy do Dwudziestolecia Międzywojennego. Słusznie, gdyż w ten sposób mogłem ukazać to zagadnienie szerzej, głębiej. Przy tym w pierwszym rozdziale tak, czy inaczej, mogłem przedstawić historię tych teatrów od ich początków aż do czasu odzyskania niepodległości w 1918 roku.

   Po drodze przeżyliśmy z Andrzejem kilka problemów organizacyjnych. Praca zajęła mi nieco więcej czasu niż początkowo planowałem. Doktorat musieliśmy przenieść ze Słupska do Wrocławia (zmieniły się przepisy). Andrzej kreślił nieustannie, był bardzo rygorystyczny. Ten wybitny warsztatowiec nauczył mnie rzemiosła. O niektóre kwestie toczyliśmy spory. Pisałem np., że w wyniku rozbiorów teatr polski rozwijał się wolniej. Andrzej stał na stanowisku, ze pod koniec XIX wieku sytuacja tego teatru była świetna. Rzucał nazwiskami dramaturgów, reżyserów, dyrektorów teatru, aktorów (Mierzejewska). Pozostałem przy swoim, choć w tekście pracy nieco Andrzejowi uległem.

   Praca nad książką trwała rzeczywiście bardzo długo. Myśl jej napisania powstała pod koniec 2005 roku, a doktorat obroniłem dopiero w roku 2013. Profesor Andrzej Żurowski obrony niestety nie doczekał. Zmarł przedwcześnie w wyniku ciężkiej choroby. Odeszła z nauki polskiej jedna z jej wspanialszych postaci. Wybitny recenzent, badacz, biograf, dydaktyk, wspaniały człowiek.

   W zastępstwie profesora Andrzeja Żurowskiego kolejnym promotorem pracy został profesor Jan Ciechowicz. Znów miałem szczęście. Kolejny wielki polonista i człowiek. Miałem jeszcze więcej szczęścia. Dzięki obronie mogłem poznać osobiście profesora Janusza Deglera, który napisał w odniesieniu do mojego doktoratu wspaniałą recenzję i profesora Jana Miodka, który był przewodniczącym komisji egzaminacyjnej. Czy to nie aż nazbyt dużo jak na efekt jednej, choć trwającej wiele lat pracy. Spotkać w swym życiu wspaniałych ludzi, doznać ich życzliwości; już po obronie profesor Janusz Degler dostarczył mi wydruk źródła odnoszącego się do teatru szkolnego w Krakowie, które to informacje mogłem wykorzystać w przygotowywanej do druku książce.

   Nie będę pisać o samej pracy. Jest zawarta w obecnym numerze Miesięcznika WOBEC w formie e-booka na prawym marginesie. Każdy może ją przeczytać. Myślę, że warto.

Piotr Kotlarz


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *