Zosia Lenczewska-Samotyj

„Zardzewiałe zawiasy”

Nowy Rok, nowa ja. Styczeń to czas postanowień i podsumowań. Dwa „p”. Jest jeszcze dieta, więcej sportu, piękna miłość, droga torebka i egzotyczne wakacje…

Zegar wybija ósmą. Wczoraj o północy tuliłam czarnego pieska przybłędę, który panicznie bał się fajerwerków w oddali. Dziś wstałam wcześniej, obudziłam się po siódmej, na długo przed tym, nim ktokolwiek otworzył oczy. Przemyłam buzię lodowatą wodą, zjadłam omlet, wypiłam kawę. Siedzę przy oknie i układam w głowie swoje plany i marzenia, a od środka zżera mnie ciekawość, jakie przygody przyniesie kolejnych dwanaście miesięcy.


Tynk odłazi od ściany, spod parapetu odstaje tapeta, a przez zardzewiałe zawiasy okno nie chce się otworzyć. Na zimę wynajęłam domek pod lasem, na łące, by móc nabrać dystansu do rzeczywistości. Wokoło słychać jedynie ciszę, co jakiś czas odezwie się mały ptaszek mieszkający na brzozie rosnącej nieopodal. Dni upływają leniwie, rano przygotowuję sobie śniadanie: jajka i kawę, koło południa idziemy na spacer z Przybłędą, później szykuję coś do jedzenia z ziemniaków, które kupuję od gospodarza w najbliższej wsi. Raz w tygodniu biorę plecak i udaję się na przystanek autobusowy, skąd jadę do miasteczka, by zrobić zapasy. Przyjechałam tu w październiku, wyjadę w marcu.

Czy się boję? Czy wariuję z samotności? Ani trochę. Boję się jedynie pędu, zgiełku i złorzeczenia. Boję się ludzi, którzy gonią za pieniędzmi i nie pamiętają o najbliższych. Wariuję od hałasu, wymagań i powinności. Samotność daje wolność i czas na rozrachunek z własnym sumieniem. Gdy człowiek nie ma obok lustra, zamiast oglądać ciało, zagląda do duszy. A gdy obok nie ma ludzi, skupia się na sobie.

Całe życie czułam przerost formy nad treścią, wciąż chciałam więcej i więcej. Moją chorobą była wybujała ambicja (bo wyobraźnia niestety nie). Musiałam mieć wszystko naj…najlepszą pracę, najwięcej pieniędzy, najwspanialszego faceta, najładniejszego psa. I co miałam? Garść proszków uspokajających, związek na odległość z żonatym facetem i wynajęte mieszkanie. Pracowałam w wielkiej firmie na odpowiedzialnym stanowisku. Wypaliłam się. W pędzie za naj zapomniałam o sobie. Gdy zachorowała moja mama, musiałam wyjechać z Warszawy i wrócić na Suwalszczyznę. Straciłam całe dotychczasowe życie, które okazało się być tak jałowe, jak owsianka, którą zjem wieczorem. Zostałam bez pracy, bez znajomych, facet obraził się na mnie po tym, jak mu powiedziałam, że wybieram rodzinę. Wróciłam do Czarnej Hańczy, wsi, o której Bóg zapomniał. Do mamy, która zapomniała o Bogu.


Paliłam drewnem w piecu kaflowym, wieczorami przesiadywałyśmy przed kominkiem, pijąc kakao. Mama, zanim mnie urodziła, była antropologiem. Jeździła po świecie i grzebała w ziemi, by lepiej zrozumieć ludzi i naszą historię. W te letnie wieczory opowiadała mi o swoich podróżach, przyjaciołach i o moim ojcu. Ludzi nigdy nie zrozumiałyśmy.


Mama wychowała mnie na dobrego człowieka z dużymi ambicjami. Po wyprowadzce z domu zapomniałam jednak o dobru i poszłam za ambicją. A teraz – gdy wróciłam – uczyłam się na nowo. Nie musiałam dbać o linię, co tydzień zajadałam pół sękacza pieczonego przez sąsiadkę. Z Irysem – posokowcem – chodziliśmy nad rzekę i kąpaliśmy się w krystalicznie czystej wodzie. O świcie zbierałam poziomki i jagody, a wieczorem w piecu na dworze wypiekałyśmy chleb na liściu chrzanowym.


Mama na jesień wydobrzała, a ja nie czułam się jeszcze gotowa na powrót do miasta.
Dlatego też siedzę w tym oknie, na moich stopach leży Przybłęda. Obserwujemy wiatr w obumarłych koronach drzew, w nocy słuchamy wycia wilków. Jesteśmy tylko dla siebie, dla nikogo innego.


Gdy byłam mała, mama mówiła mi, że nigdy nie jest za późno. Nie rozumiałam wówczas, o co jej chodzi. Później, na studiach, wciąż były terminy, egzaminy, ustalone godziny; w pracy – deadline’y, umówieni klienci. Późno oznaczało jedno – koniec. Bolało mnie w kościach, gdy tak biegałam pomiędzy wymaganiami przełożonych a życiem prywatnym. Po maturze chciałam być KIMŚ, zanim skończę trzydziestkę. Szkoda tylko, że nigdy nie skonkretyzowałam, co to znaczy „być kimś”. Złapałam się we własną pułapkę.

Przybłęda wstała. Muszę podłożyć do pieca i przynieść wody ze studni – nie wiem, jakim cudem jeszcze nie zamarzła.

Kubek świeżej herbaty parzy palce.


Wreszcie czuję, że jestem w odpowiednim miejscu i czasie. Odbicie w lustrze pytam, kim jestem. Zgaduję, jaki jest mój ulubiony kolor, nadrabiam książkowe zaległości. Nie umiałabym docenić małych chwil, gdybym przez dziesięć lat nie żyła w pędzie. Nie nauczyłabym się marzyć, gdybym nie wróciła do domu i nie trafiła tutaj. Wszystko wydarzyło się w idealnym czasie. Bowiem nigdy nie jest za późno ani za wcześnie. Jest dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Mama miała rację.

Kilka słów o autorze: Zosia Lenczewska-Samotyj:

Młoda kobieta żądna świata i przygód. Nie umie usiedzieć w miejscu, a jej największą pasją są podróże – najlepiej samotne, za jedynych towarzyszy mając optymizm, notes i aparat. W blogosferze obecna od blisko trzech lat, od zimy ’16 poważnie myśli, co tu zrobić, by z pasji do pisania żyć. Łapie każdą chwilę, nie pozwalając sobie na lenistwo, a co ma zrobić jutro, robi dziś. Taka sobie współczesna hipiska z wytatuowanym ciałem”.

Odwiedź Zosię na jej blogu: https://przezzycieinaczej.wordpress.com/


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *