Do dzisiaj cię słyszę. Wracasz do mnie we śnie. Wracasz do mnie na jawie, w lesie, w parku, na spacerze i w kąpieli. Gdy już myślę, że cię nie ma, ty znowu się pojawiasz. Gdy staję się za bardzo buńczuczna, za mało mam pokory, za dużo spokoju. Nie wiedziałam, że koniec z tobą nigdy nie będzie końcem. Że to nigdy nie będzie definitywne. Gdy ludzie się rozstają, potrafią o sobie wzajemnie zapomnieć, potrafią odejść i nie myśleć, nie rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze. I ja też tego nie analizuję, nie rozpaczam. Ale wolałabym, by ciebie we mnie nie było, w duszy, w myślach, w sercu.

   Pamiętam pierwsze nasze spotkanie. Wracałam z wakacyjnego wyjazdu, pełna zapału, choć też przepełniona smutkiem. Bo ze mnie jest smutny człowiek, wiesz? Często płaczę, a na domiar złego sama nie wiem, dlaczego. Płaczę nad małym zwierzątkiem, które nie może poradzić sobie samo i nad dzieckiem, które źle traktują rodzice. Płaczę nad sobą, nad innymi, nad niesprawiedliwością. Ty dobrze wiesz, kogo sobie znaleźć i z kim się zapoznać. Wiesz, jakie osoby zechcą cię w swoim życiu. Gdybym wcześniej wiedziała o twojej przebiegłości i dwulicowości nigdy bym się na to nie zdecydowała.

   A jednak – pomimo wielu złych wspomnień – jestem ci wdzięczna. Gdyby nie ty, nigdy nie stawiłabym czoła własnym słabościom. Gdyby nie ty, nie robiłabym dziś tylu dobrych rzeczy dla innych. Gdyby nie ty, nie stałabym się silną, niezależną, mądrą kobietą. To duży paradoks, bo nasza znajomość była jedną z najgorszych, najbardziej wyczerpujących i bolesnych ze znajomości. Czułam się przy tobie taka malutka, tak niewiele warta, tak słaba, a jednocześnie – dostawałam od ciebie poczucie bezpieczeństwa, ciepło i ukojenie w złych chwilach. Jak można tak traktować człowieka, co?

   Gdy już doszło do naszego spotkania, nie chciałam tego ciągnąć, bałam się, czułam, że nie będzie łatwo, że to nic dobrego. Ale „to coś” w tobie, w sposobie bycia, w działaniu na podświadomość… Nie umiałam powiedzieć „pas”. I zaczęło się. Na początku nasze spotkania trwały długo, były dla przyjemności, raz na jakiś czas. Stopniowo jednak przybierały na sile, były coraz częstsze, choć krótsze. Im częściej się z tobą spotykałam, tym gorsza byłam dla siebie. Krzyczałam na siebie, łajałam się z myślach, nie umiałam spojrzeć na siebie łagodnie. Ale już nie umiałam od ciebie uciec. Uciekałam za to od siebie, a to nic dobrego. Dużo płakałam, choć nie mogłam nikomu się zwierzyć. Robiłam więc dobrą minę do złej gry, nikt się nie dowiedział. O nas nie wiedział nikt. Jak mogłam powiedzieć im, że czuję się słaba, czuję się złym człowiekiem, skoro to był mój wybór i wiedziałam, co robię?

   Grałam tak dobrze, że nawet najbliżsi nic nie zauważyli. I pewnie nikt nie wiedziałby do dziś, gdyby nie to, że zaczęłam za bardzo się od wszystkich odsuwać, nie byłam już sobą. Z tobą przy boku, ale bez siebie.

   Tyle złego, a ja wciąż noszę cię w sobie…

   Toczyłam się po równi pochyłej. Aż dotarłam do ściany. Nie miałam już w tobie opoki, a oprawcę. Nie miałam siebie, byłam ofiarą. I zobaczyłam, co się stało. Ujrzałam zmarnowane lata, przyjaźnie i samopoczucie. Wyjechałam, by o tobie zapomnieć. Po raz któryś, choć po raz pierwszy skutecznie.

   Odcięłam cię, wyrzuciłam ze swojego życia.

   Wiele ci zawdzięczam. Siłę, niezależność, poczucie własnej wartości po wygranej walce z tobą, uważność i świadomość.

   I na dobrą sprawę, to cieszę się, że cię poznałam. Dziękuję. Bo dzięki temu moje życie przybrało nieoczekiwany obrót, mogłam rozwinąć skrzydła, pójść do przodu z podniesioną głową. Pokochać siebie na nowo, docenić siebie i spojrzeć w lustrze na prawdziwego, dobrego człowieka. Gdyby nie ty, mogłabym nie odnaleźć siebie.

   I pomimo tego, że już dawno cię nie ma, że nie myślę o tobie, nie wracam do tych dni, cały czas muszę mieć się na baczności, by nie wpuścić cię z powrotem. To czuwanie nigdy się nie skończy. Ale to nic. Jestem silna. Dam radę.

~ do bulimii

Kilka słów o autorze: Zosia Lenczewska-Samotyj:

Młoda kobieta żądna świata i przygód. Nie umie usiedzieć w miejscu, a jej największą pasją są podróże – najlepiej samotne, za jedynych towarzyszy mając optymizm, notes i aparat. W blogosferze obecna od blisko trzech lat, od zimy ’16 poważnie myśli, co tu zrobić, by z pasji do pisania żyć. Łapie każdą chwilę, nie pozwalając sobie na lenistwo, a co ma zrobić jutro, robi dziś. Taka sobie współczesna hipiska z wytatuowanym ciałem”.

Odwiedź Zosię na jej blogu: https://przezzycieinaczej.wordpress.com/


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *