Patrycja Kuliś

Właściwy tekst piosenki

Dam radę, powtarzałam sobie, przemierzając sterylny szpitalny korytarz. Starałam się oddychać przez usta, żeby nie poczuć tego obrzydliwego zapachu środków odkażających i… śmierci. To nie był pierwszy raz, gdy odwiedzałam oddział onkologiczny. Kilka lat temu siedziałam w jednej z sal i trzymałam za rękę umierającą mamę. Obserwując jak życie gaśnie na moich oczach, obiecałam sobie, że już nigdy tutaj nie wrócę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że historia lubi się powtarzać.

Zatrzymałam się pod drzwiami gabinetu doktora Rejmarta, który wcześniej zajmował się moją mamą. Zanim go poznałam, myślałam, że wszyscy lekarze to pozbawione uczuć cyborgi, które nie przywiązują zbyt dużej wagi do śmierci. Przecież każdy kiedyś umrze. Doktor Rejmart był inny. Przyjechał na pogrzeb; pocieszał mnie i moją młodszą siostrę, a potem płakał razem z nami nad trumną. Stał się swego rodzaju przyjacielem naszej rodziny. Dominika i ja wychowałyśmy się bez ojca, więc kiedy Rejmart się zjawił, w ten właśnie sposób go traktowałyśmy. A przynajmniej tak było, dopóki trzy miesiące temu znowu nie został „tylko lekarzem”.

Zacisnęłam rękę w drżącą pięść i zapukałam w białe drzwi gabinetu. Kiedy usłyszałam głośne „proszę”, nacisnęłam klamkę, po czym weszłam do środka.

– To ty, Nino – odezwał się, posyłając mi zapraszający uśmiech. Wskazał na stojące naprzeciwko niego krzesło. – Usiądź, proszę.

Powoli przeszłam przez gabinet i zajęłam miejsce.

– Jak ona się dzisiaj czuje? – zapytałam.

Doktor Rejmart zdjął okulary. Dopiero teraz dostrzegłam cienie pod jego oczami. Pewnie znowu wziął dodatkowy dyżur. Miałam ochotę podejść do niego i go przytulić, ale się powstrzymałam.

– Zwiększyliśmy jej dawkę przeciwbólowych, więc za bardzo nie cierpi. Ale… – urwał i wbił wzrok w podłogę.

Poczułam bolesny ucisk w sercu. Musiałam zamrugać kilka razy, żeby przepędzić wzbierające się pod powiekami łzy.

– Ale co? – z trudem udało mi się wydusić. Czułam w gardle gulę, od której zaczynało robić mi się niedobrze.

Rejmart zmierzwił swoje przyprószone siwizną włosy i przeniósł wzrok na mnie.

– Ale nie zostało jej dużo czasu.

Kiedy to powiedział, poczułam się jakbym dostała czymś ciężkim w głowę. Obraz przed oczami zaczął mi się zamazywać, słone łzy ciekły po policzkach, a serce w piersi galopowało jak oszalałe. Po chwili owionął mnie znajomy zapach wody po goleniu. Doktor Rejmart przyciskał mnie do swojego torsu, póki się nie uspokoiłam.

Powoli się od niego odsunęłam. Starałam się brać jak najgłębsze wdechy, żeby tylko znowu się nie rozkleić. Twarz lekarza przepełniał ból, pionowa zmarszczka, przecinająca jego czoło, stała się jeszcze wyraźniejsza. Niebieskie oczy błyszczały od wstrzymywania łez.

– A co z operacją? – zapytałam zachrypniętym głosem. – Przecież po tej pierwszej jej stan się poprawił. Może kolejna…

Doktor przykrył swoją ciepłą dłonią moją rękę.

– Usunęliśmy prawie cały żołądek, ale nowotwór wciąż rośnie. Jest za słaba, nie wytrzyma kolejnej operacji.

– Może chemia, albo… albo naświetlania – wyrzucałam z siebie kolejne propozycje, łamiącym się głosem.

Rejmart pokręcił głową. Pojedyncza łza toczyła się po jego policzku, ale szybko ją starł.

– Przykro mi, że to cię znowu spotyka… Naprawdę robiłem wszystko, co w mojej mocy. Rak żołądka jest podstępnym nowotworem…

Byłam pewna, że zrobił wszystko, co mógł. Ufałam mu. Kiedy zajmował się mamą, na bieżąco informował mnie o jej stanie, nigdy nie kłamał. Tym razem było tak samo.

– Rozumiem – powiedziałam zrezygnowana. – Dziękuję, że się nią zajmujesz. To… naprawdę wiele dla nas znaczy. Chcę tylko wiedzieć, ile ma jeszcze czasu.

Mocniej ścisnął moją rękę. Niby zwykły gest, ale dzięki temu czułam, że nie jestem z całym tym problemem sama, że jest ktoś, kto stara się mnie wesprzeć.

– Może kilka dni, może tygodni… Trudno powiedzieć. Dominika naprawdę dobrze to znosi. Nawet mimo leków musi odczuwać ból, ale nie daje tego po sobie poznać.

Kącik ust doktora Rejmarta wykrzywił się w delikatnym uśmiechu.

– Cała Domi – westchnęłam. – Czy ona wie, że jest z nią źle?

Lekarz wzruszył ramionami.

– Jeszcze z nią nie rozmawiałem – odparł. – Najpierw chciałem porozmawiać z tobą… Ale jestem pewien, że coś podejrzewa.

– Powinnam do niej iść – powiedziałam, podnosząc się z krzesła.

– Bądź dla niej wyrozumiała. Po lekach jest trochę nieswoja.

– Dobrze – oznajmiłam i już miałam wychodzić, kiedy poczułam rękę Rejmarta na swoim ramieniu. Odwróciłam się, a on mocno mnie przytulił. Przez chwilę wsłuchiwałam się w rytm jego serca, który działał na mnie uspokajająco. Zastanawiałam się, czy gdybym kiedykolwiek poznała tatę, byłby w tym momencie tak samo opiekuńczy.

– Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, wiesz, gdzie mnie szukać.

Spojrzałam w jego spokojne niebieskie oczy. Gdyby Rejmart miał własne dzieci, z pewnością miałyby go za wspaniałego ojca.

Jeszcze raz podziękowałam i wyszłam na korytarz. Czułam się tak jakbym wpadła w kosmiczną próżnię – zero tlenu, ludzi, zmartwień…

Nie, nie mogłam być teraz słaba. Jeśli chciałam wesprzeć Domi w jej ostatnich chwilach, musiałam wziąć się w garść.

Powolnym krokiem ruszyłam w stronę sali, gdzie leżała moja młodsza siostra. Kiedy weszłam do środka, od razu rzuciło mi się w oczy jak strasznie schudła. Odwiedzałam ją codziennie i za każdym razem miałam wrażenie jakby ubywało jej coraz bardziej. Biała skóra Domi, cienka niczym pergamin, mocno opinała wystające kości. Oderwałam oczy od tego bolesnego widoku i skupiłam się na zielonych oczach siostry, które pozostawały niezmienne. Odkąd Dominika zachorowała na raka, wszystko w niej stało się inne – straciła jakieś dwadzieścia kilogramów, skóra ze śniadej zrobiła się biała niczym kartka papieru, a malinowe usta miały teraz wyblakły różowy kolor.

– Nina – odezwała się słabym, zachrypniętym głosem. Zauważyłam, że nawet w unoszenie powiek wkłada wiele wysiłku.

– Cześć – powiedziałam i delikatnie ją objęłam. Kiedy poczułam wystające żebra, odsunęłam się. Wyglądała tak krucho, a ja bałam się, że niechcący jej coś połamię.

– Rozmawiałaś z Tomkiem? – zapytała.

Zerknęłam na jej dłoń, w której tkwił wenflon. Większą część ręki pokrywały blednące siniaki, pozostałości po poprzednich wkłuciach.

– Masz na myśli doktora Rejmarta – poprawiłam ją, posyłając spojrzenie pełne dezaprobaty.

Twarz Domi rozświetlał słaby uśmiech.

– Dla mnie zawsze będzie Tomkiem.

– To nieprofesjonalne. Wiesz o tym.

Wzruszyła ramionami, a jej twarz wykrzywił grymas bólu.

– Mam raka, więc w tej chwili zasady mnie nie dotyczą – powiedziała, udając obrażoną.

Uwielbiałam ją. Choćby nie wiem, co się działo, Domi zawsze potrafiła znaleźć plusy każdej sytuacji. Kiedy mama umierała to ona mnie pocieszała, nie na odwrót. To była ta rzecz, za którą najbardziej ją kochałam.

– Więc? – zapytała.

Zmarszczyłam brwi.

– Więc… co?

– Ile mi jeszcze zostało? Dzień? Dwa?

Byłam pewna, że w tej chwili stałam się bledsza o jakieś dwa odcienie. Zielone oczy Domi uważnie lustrowały moją twarz. Skierowałam spojrzenie na wiszącą u góry kroplówkę, której zawartość powoli się zmniejszała. Przypominała klepsydrę, wypełnioną żółtym piaskiem, która odliczała czas. Czas do śmierci – ta niechciana myśl już zaczęła kiełkować w mojej głowie.

Ponownie skupiłam się na Dominice.

– Dlaczego myślisz, że zostało ci tak mało czasu? Może doktor Rejmart i ja rozmawialiśmy o tym jak cię wyleczyć z tego paskudztwa.

Domi przewróciła oczami.

– W ogóle nie umiesz kłamać, wiesz? Poza tym ja czuję, że… że to już koniec. Powiedz mi prawdę. Znasz mnie. Zniosę wszystko.

Przesunęłam opuszkami palców po jej zapadniętym policzku. Kiedy miała osiem lat i cierpiała na nocne koszmary, ten drobny gest zawsze ją uspokajał. Wzięłam głęboki oddech jednak ciężar, który czułam w klatce piersiowej nie minął.

– Chemia i naświetlania nie przyniosły rezultatów. Pytałam doktora Rejmarta o drugą operację, ale twój organizm nie wytrzyma. Nie wiedzą, ile masz czasu. Może to kwestia dni, może tygodni.

Poczułam jak po moich policzkach popłynęły łzy.

– Nie płacz – usłyszałam uspakajający głos Domi. – Nie chcę, żebyś przeze mnie cierpiała.

Rozpłakałam się jeszcze bardziej.

– Przecież to ty umierasz. To ty jesteś tą, która cierpi – wyszlochałam.

Dominika z trudem uniosła rękę, aby osuszyć moje mokre policzki. Wstrzymałam na chwilę powietrze, a kiedy je wypuściłam, poczułam się trochę lepiej.

– Ja mam leki przeciwbólowe – wskazała na kroplówkę. – Prawie nic nie czuję. Poza tym jestem już zmęczona. Chciałabym w końcu zobaczyć mamę…

Patrzyła na mnie z poważną miną, a ja miałam wrażenie jakby ktoś usunął z pomieszczenia cały tlen.

– Naprawdę chcesz już umrzeć? – wyszeptałam.

– Źle na to wszystko patrzysz. Ja się tylko przeniosę do innego, lepszego miejsca. Przytulę w końcu mamę, porozmawiam z nią, a potem obie będziemy nad tobą czuwały.

Oczy zaczęły mnie piec, ale tym razem nie pozwoliłam łzom wydostać się na powierzchnię.

– Ja… ja nie umiem tak o tym myśleć – przyznałam się. – Potrzebuję cię, nie mogę pozwolić ci odejść.

Domi patrzyła na mnie przez chwilę, nie przestając się uśmiechać, aż w końcu się odezwała:

– Pamiętasz te czasy dzieciństwa, kiedy około północy wymykałyśmy się z domu do ogródka, rozkładałyśmy się na wilgotnej trawie, wdychałyśmy ciepłe, lipcowe powietrze, i patrzyłyśmy w rozgwieżdżone niebo?

Skinęłam głową.

– Leżałyśmy tak do trzeciej i szukałyśmy gwiazdy, która najjaśniej świeciła, aby nadać jej imię po ulubionym bohaterze z książki lub filmu – dopowiedziałam.

– Pamiętasz gwiazdę, którą nazwałaś Indiana Jones, a ja stwierdziłam, że mi wygląda bardziej na Lindsay Lohan? Strasznie się wtedy pokłóciłyśmy i nie rozmawiałyśmy ze sobą jakiś tydzień.

Roześmiałam się. Doskonale to pamiętałam.

– Dlaczego o tym wspominasz? – zapytałam zaciekawiona.

– Kiedy już się wyprowadzę do mamy, chcę żebyś nadal to robiła. Za każdym razem, gdy znajdziesz tą, która najjaśniej świeci, to będę ja. Byłoby miło, gdybyś wtedy pomachała, albo rzuciła kilka miłych słów, które wiatr porwie i dostarczy pod mój nowy adres.

Nie miałam pojęcia, czy powinnam się roześmiać, czy rozpłakać. Po tych słowach czułam się jednocześnie gorzej i lepiej.

– Obiecuję – powiedziałam drżącym głosem. – Możesz być pewna, że zasypię cię mnóstwem słów.

Nagle twarz Domi spochmurniała.

– O co chodzi? – zapytałam przestraszona tym, że może leki przestały działać.

– Nie czujesz się czasem tak, jakbyś miała coś zrobić, a kiedy sobie o tym przypomnisz, jest już za późno?

– Częściej niż myślisz – westchnęłam. – Czy ty… o czymś zapomniałaś?

– Nie wiem, ale mam okropne wrażenie, że wszystkich zawiodłam – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.

– Dlaczego tak twierdzisz? – spytałam.

Byłam w szoku, że ktoś, kto umierał martwił się tym, czy kogoś zawiódł.

– Zawsze myślałam, że nie mam pomysłu na życie. Nie potrafiłam zdecydować, czego tak naprawdę pragnę, czego potrzebuję, aby poczuć się szczęśliwa.

– Czy teraz coś się zmieniło?

Posłała mi blady uśmiech.

– Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. To było jak lecąca gdzieś w tle piosenka, ale zbyt cicha, żebym mogła usłyszeć słowa. Kiedy zachorowałam na raka, nagle stała się głośniejsza, a ja z łatwością zrozumiałam jej tekst. Chciałam być taka, jak ty: silna, odważna, zdecydowana, opiekuńcza… – Głos Domi przeszedł w szept. – Kilka dni temu dotarło do mnie, że nigdy nie wyzdrowieję, a piosenka ucichła. Już jej nie słyszę. Najgorsze jest to, że aby zrozumieć, musiałam zachorować, a gdy okazało się, że umrę, znowu stałam się głucha.

Po policzkach mojej małej siostrzyczki zaczęły płynąć łzy.

– Domi… – powiedziałam. Spojrzenie zielonych oczu, przeszyło mnie na wskroś. – Nikogo nie zawiodłaś. Nigdy nie byłaś taka, jak ja. Byłaś o wiele lepsza. Nie ja stanowiłam przykład dla ciebie, a ty dla mnie. Nawet teraz, gdy odchodzisz, jesteś silniejsza ode mnie.

– Naprawdę tak myślisz? – zapytała, ocierając oczy.

– Tak, jesteś jak wszyscy filmowi superbohaterzy razem wzięci.

Roześmiała się. Ten dźwięk był jak melodia. Mogło się jej słuchać godzinami, a i tak nie miało się tego dość.

– Myślisz, że mama jest z nas dumna? – spytała, spoglądając na śnieżnobiały sufit.

– Jestem tego pewna – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Mogę cię o coś prosić?

– Słucham?- W tej chwili byłam gotowa zrobić dla niej wszystko. Nawet gdyby poprosiła o tęczowego jednorożca, zrobiłabym co w mojej mocy, żeby go dla niej zdobyć.

– Zaproś dzisiaj Tomka na porządną domową kolację. Jeśli weźmie jeszcze jeden dodatkowy dyżur, nie wyjdzie mu to na zdrowie. I nie mów już na niego „doktor Rejmart”…

– Dobrze, zrobię to – odparłam, posyłając jej szczery uśmiech. – Odpoczywaj. Wpadnę jutro z samego rana. – Nachyliłam się i złożyłam pocałunek na jej zimnym czole.

Po tym wszystkim, co od niej usłyszałam, czułam się trochę lepiej, jakby wlała się we mnie nowa energia. Nie miałam pojęcia, co zrobię, gdy zabraknie mojej siostry, ale uzmysłowiłam sobie jedną rzecz. Może los dla każdego ma napisaną piosenkę, którą słyszymy – jak w przypadku Domi – dopiero, gdy znajdziemy się na granicy życia i śmierci. Tylko, kto powiedział, że do naszych uszu dociera właściwy tekst. Przecież piosenki są po to, żeby je interpretować, a nie brać dosłownie.

Kilka słów od autora: Patrycji Kuliś

Przygodę z pisaniem zaczęłam już w czwartej klasie szkoły podstawowej. Byłam wtedy zagorzałą fanką polskich seriali, więc oglądałam je z wypiekami na twarzy. Kiedy któryś z odcinków mi się nie podobał, układałam do niego własny scenariusz, co z czasem dawało całkiem nową historię.

Wszystko, co pisałam, lądowało w szufladzie. Dopiero niedawno wpadłam na pomysł, żeby założyć bloga, gdzie umieszczam swoje prace:

http://bezczytanianiemamarzen.blox.pl/html

W wolnym czasie oprócz pisania, dużo czytam. Przeważnie są to książki fantasy, bo takie kocham najbardziej.”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *