Patrycja Kuliś

Nie być jak nasi rodzice

– Kubuś, pośpiesz się! Zostało dziesięć minut do rozpoczęcia zajęć! – Ponownie zerknęłam na zegar. Wskazówki goniły czas jak oszalałe, a my jeszcze nie wyjechaliśmy z domu.

– Kuba! – Tym razem krzyknęłam trochę głośniej.- Spóźnimy się!

W końcu do moich uszu dobiegł odgłos tupania piętro wyżej. Po chwili na dole pojawił się mój dziesięcioletni syn.

– Jestem – odparł z nonszalanckim spokojem – Nie musisz się od razu tak denerwować, mamo – szeroki uśmiech rozświetlił jego dziecięcą twarzyczkę.

Wzięłam głęboki oddech. Kochałam moje dzieci ponad wszystko, ale czasami, słowo daję, miałam ochotę rzucić to wszystko i gdzieś wyjechać.

– Gdzie Marta? – Rozejrzał się po salonie – Nie jedzie z nami?

Marta była moją siedemnastoletnią córką. Na szczęście mąż i ja wychowaliśmy ją trochę lepiej niż Kubę.

– Twoja siostra już wyszła. Ola miała ją podwieźć.

Szybko zgarnęłam klucze z blatu i ruszyłam do drzwi.

– Pięć minut. Teraz na pewno się spóźnisz – rzuciłam do mojego nadal szczerzącego się syna.

Wzruszył tylko ramionami i ruszył za mną.

Tak jak przewidziałam, zajechaliśmy pod szkołę kilka minut po dzwonku. Kuba wyszedł z samochodu i pomachał mi na pożegnanie. Po drodze do domu, zajechałam jeszcze do pobliskiego supermarketu, aby kupić kilka produktów na obiad.

Miałam dzisiaj prawie cały dzień dla siebie, a przynajmniej do godziny piętnastej, o której to Kuba i Marta kończą lekcje. Zazwyczaj o tej porze siedziałam już w pracy, pochłonięta papierkową robotą. Na szczęście miałam dwa tygodnie zaległego urlopu, którego właśnie w tej chwili tak bardzo potrzebowałam. Rodzina jest najważniejsza i jeśli się ją ma, jest się najszczęśliwszą osobą na świecie, ale czasami potrafi naprawdę mocno dać w kość.

Około dziewiątej byłam z powrotem. Zaparkowałam na podjeździe, kiedy jakiś ruch w ogródku przykuł moją uwagę. Po chwili drobna postać wyłoniła się zza wysokiego świerku. Krótkie blond włosy, okalały twarz, której tak dawno nie widziałam. Wyglądała jak porzucony szczeniak. Jej usta wygięły się w nieśmiałym uśmiechu.

– Diana? – odezwałam się w końcu. Podeszłam do niej i mocno ją uściskałam. Zauważyłam, że kiedy dotknęłam jej ramienia, mocno napięła mięśnie.

Moja siostra miała dopiero dwadzieścia osiem lat. Było między nami aż dziesięć lat różnicy, mimo to do ubiegłego roku naprawdę dobrze się dogadywałyśmy.

Nie widziałyśmy się dokładnie dwanaście miesięcy. Ostatnim razem znalazłam ją pod naszymi drzwiami pobitą i zapłakaną.

– Przepraszam, że przyjechałam tak bez zapowiedzi… Powinnam była zadzwonić od razu po naszej ostatniej kłótni… Powinnam…

Uciszyłam ją. Nie chciałam, żeby znowu obwiniała się za to, co ostatnio zaszło pomiędzy nami.

– Ja się naprawdę na ciebie nie gniewam – zapewniłam ją, przy okazji obdarzając ciepłym, szczerym uśmiechem – Byłam zdenerwowana. Nie panowałam nad tym, co mówię.

Diana skrzyżowała ramiona i wbiła wzrok w podłogę. Zauważyłam, że zaczęła lekko drżeć.

– Nie – odparła cicho, nadal na mnie nie patrząc – Miałaś rację. On znowu to zrobił. – Ostanie słowo prawie wyszeptała.

Kiedy tylko dotarło do mnie, co właśnie powiedziała, poczułam jak wzrasta we mnie złość. Serce waliło w mojej piersi jak oszalałe. Potrafiłam znieść naprawdę wiele, ale gdy ktoś krzywdził moich bliskich, stawałam się bezlitosna.

Diana w końcu podniosła wzrok i skierowała na mnie błękitne spojrzenie. Wyglądała tak krucho, a przy tym niewinnie, że miałam ochotę przytulić ją po raz kolejny.

– Nic nie powiesz? – Znałam ją na tyle, żeby wychwycić w jej głosie strach.

Pokręciłam głową.

– Porozmawiajmy w domu, dobrze?

– Dobrze – odparła i ruszyła za mną do drzwi wejściowych.

Całkowicie zignorowałam zakupy, które aż prosiły się żeby wyjąć je z auta. Teraz Diana była najważniejsza. Wiedziałam, że cierpi, dlatego musiałam pomóc jej jak najszybciej.

Zaparzyłam dwa kubki melisy. Mama zawsze robiła ją nam, gdy miałyśmy gorszy dzień albo nie mogłyśmy zasnąć. To tylko głupie zioła, ale czasem potrafiły zdziałać prawdziwe cuda. Diana siedziała po drugiej stronie stołu i patrzyła na parę unosząca się z naczynia. Jej twarz była całkowicie pozbawiona wyrazu. Wiedziałam, co to oznacza. Gdy byłam dzieckiem, często widywałam tę minę u mamy.

– Może teraz opowiesz mi, co się stało? – zapytałam. Próbowałam zapanować nad drżeniem własnego głosu, ale to było naprawdę trudne, skoro wiedziałam, co za chwilę usłyszeć.

Diana nerwowym ruchem założyła za ucho zabłąkany blond kosmyk, a potem skupiła na mnie wzrok.

– Artur nadal nie ma pracy – wydusiła w końcu z siebie – Jest jeszcze gorzej niż rok temu – powiedziała łamiącym się głosem. W kącikach oczu siostry dostrzegłam zbierające się łzy.

Dobrze wiedziałam kim był mężczyzna, o którym mówiła Diana. Poznali się trzy lata temu nad morzem. Potem okazało się, że mieszkają w tym samym mieście. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, jak zaznaczyła moja siostra. Na początku nawet go nie zauważyła, ale idąc przez plażę, usłyszała za swoimi plecami męski głos, który wykrzykiwał: „Przepraszam! Niech się pani zatrzyma! To chyba pani telefon!”. Te słowa natychmiast przykuły uwagę Diany. Tak, to był jej telefon. W ramach podziękowania zaprosiła go na lody. Powiedziała, że wtedy nawet nie uważała go za przystojnego – niebieskooki blondyn nie był jej wymarzonym typem faceta. Zazwyczaj zakochiwała się tylko w brązowookich mężczyznach, najlepiej z sześciopakiem na brzuchu i w drogich markowych ubraniach. Jednak po prawie dwugodzinnej rozmowie z nieznajomym, doszła do wniosku, że coś może z tego wyjść.

Po zaledwie kilku miesiącach znajomości z Arturem, Diana sprzedała własne mieszkanie i wprowadziła się do jego ciasnej kawalerki. Na początku – jak to zwykle bywa – było idealnie. Wspólne wypady na miasto, romantyczne kolacje, leniwe wieczory przed telewizorem, snucie planów jak to będzie za dziesięć, albo za dwadzieścia lat. Wszystko było w porządku do momentu, w którym Artur stracił pracę. Kochał ją chyba nawet trochę bardziej niż moją siostrę. Mama zawsze mi powtarzała, że faceci są znacznie słabsi od kobiet – potrafią znieść mniej bólu, nie panują nad wybuchami agresji, częściej popadają w depresję. Miała absolutną rację. Ukochany Diany załamał się. Coraz częściej zastawała go rano przed telewizorem pijącego kawę, a gdy wieczorem wracała do domu, leżał kompletnie pijany, a wokół niego walały się butelki po wódce. Po kilku tygodniach Diana nie wytrzymała i zwróciła mu uwagę. Powiedziała coś w stylu:

– Przestań się nad sobą użalać! Odstaw alkohol i zrób coś w końcu z sobą!

Te słowa podziałały jak czerwona płachta na byka. Wściekł się i rzucił się na nią z pięściami. Diana nie należała do osób walecznych, więc skuliła się na podłodze i czekała, aż skończy. To był pierwszy raz, kiedy Artur pokazał swoje drugie ja. Następnego ranka, znalazłam siostrę pod naszymi drzwiami. Chciałam wezwa

policję, ale mi zabroniła. Opowiadała, co się stało, a ja nie wierzyłam własnym uszom. Potem zadzwonił jej telefon. To był on – chciał przeprosić. Nie wiem, co dokładnie usłyszała od niego Diana, ale jestem pewna, że brzmiało to podobnie do tego:

– Skarbie, to się już więcej nie powtórzy. Błagam cię, wróć do domu. Tęsknie za tobą. Obiecuję, że to pierwszy i ostatni raz. Kocham cię.

Właśnie o to pokłóciłyśmy się w ubiegłym roku. Ja chciałam żeby go zostawiła, a ona nabrała się na jego obietnice bez pokrycia i do niego wróciła. A teraz znowu siedziała w mojej kuchni, mówiąc że znowu TO zrobił. Tego było już za wiele.

– Diana, wiesz, że musisz go zostawić, prawda?

Siostra upiła łyk gorącej melisy, po czym otarła załzawione oczy.

– Wiem – wyszeptała – Wiem, że powinnam go zostawić, ale… kocham go. Jak można opuścić kogoś, kogo się kocha?

Można, jeśli ten, kogo darzymy uczuciem, każdego dnia nas krzywdzi – pomyślałam, ale nie wypowiedziałam tego na głos.

Przykryłam swoją dłonią jej rękę. Była lodowata, jak zawsze.

– Chyba najwyższa pora, żebyś to w końcu usłyszała – westchnęłam.

Diana zmarszczyła brwi.

– Co masz na myśli? – zapytała podejrzliwie.

– Chodzi o naszego tatę. Nie wiesz wszystkiego.

Teraz ja skupiłam się na kubku z ziołami. Zaczęłam wodzić palcami po fioletowych kwiatach, które go zdobiły.

Diana nie poznała naszego taty. Zmarł miesiąc przed jej narodzinami. Wracał z pracy inną drogą niż zazwyczaj. Śnieg sypał tak mocno, że prawie nic nie było widać. Podobno nie zauważył znaku STOP, który również pokrył biały puch. Wjechał pod ciężarówkę, z którą nie miał żadnych szans. Zginął na miejscu.

– Zuza, zaczynasz mnie przerażać – odezwała się moja siostra. – Mów, o co chodzi.

Wzięłam głęboki oddech. Denerwowałam się tak bardzo, że zaczynało robić mi się niedobrze.

– Pamiętasz dzień, w którym przyszłaś do mojego pokoju i poprosiłaś abym opowiedziała ci o tacie? – Diana potwierdziła skinieniem głowy – Patrzyłaś wtedy na mnie tymi swoimi błękitnymi oczyma, szeroko się uśmiechając. Powiedziałaś, że strasznie zazdrościsz mi tym wszystkich wspomnień z tatą. Mówiłaś też, że bardzo chciałabyś go poznać, ale wiesz, że to nie możliwe…

– Odpowiedziałaś: Siadaj, to opowiem ci wszystko, co pamiętam – uzupełniła zamyślonym głosem Diana.

– Skłamałam. Prawie wszystko, co wtedy usłyszałaś, było kłamstwem – wyznałam jednym tchem.

Diana wyglądała jakbym uderzyła ją w twarz. Otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła jakby zabrakło jej słów. Patrzyła na mnie całkowicie oniemiała.

– Jak… jak to o… okłamałaś? – wyjąkała z trudem.

Poczułam, że się czerwienię.

– Byłaś dzieckiem – pośpieszyłam z wyjaśnieniami. – Nie chciałam abyś miała go za potwora. Miałaś go pamiętać jako wspaniałego, kochającego tatusia, który co tydzień zabierał mnie do kina, bronił przed chłopcami i opatrywał otarte kolana. Chciałam, żeby dla ciebie był idealny. – Poczułam jak po policzkach płyną mi łzy.

– A jaki był naprawdę? – Diana też zaczynała mieć wilgotne oczy.

– Był… – Wzięłam głęboki oddech – Potworem – dokończyłam łamiącym się głosem – Odkąd pamiętam bił mamę, wyzywał ją, poniżał. Gdy miał gorszy dzień, upijał się, a potem awanturował dosłownie o wszystko. Mnie nigdy nie tknął. Traktował mnie raczej jak powietrze, jakby wcale mnie tam nie było. Do tej pory słyszę w głowie obelgi, którymi rzucał w mamę.

– Czemu go nie zostawiła? – zapytała Diana, która teraz rozpłakała się na dobre.

– Bo… go kochała. – Siostra spojrzała na mnie z przestrachem.

– To dlatego tak bardzo chciałaś żebym zostawiła Artura? Wiedziałaś, że on znowu mnie skrzywdzi?

– Tak, wiedziałam. Za każdym razem, kiedy pytałam mamę, czemu wciąż z nim jest odpowiadała, że bardzo go kocha, a to nie pozwala jej tak po prostu odejść. Wolała być krzywdzona niż szczęśliwa. Potem okazało się, że jest z tobą w ciąży. Nawet on się wtedy cieszył, mimo że nie szczędził jej przykrych wyzwisk. Nie wiem, czy mama udawała, że jej to nie rusza, czy nie, ale obiecałam sobie jedno. Nikomu więcej nie pozwolę skrzywdzić moich bliskich. Jego śmierć wspominam jako wybawienie. Mama płakała jakby straciła miłość swojego życia, a ja tylko stałam, z malującym się na twarzy wymuszonym smutkiem, mimo że w głębi duszy skakałam ze szczęścia. Nadal nie rozumiem jak nasza mama mogła opłakiwać kogoś tak złego. Potem już nie była taka sama. To ja w większości się tobą zajmowałam. Jakaś cząstka mamy umarła wtedy razem z nim. Jakby ta jego toksyczna miłość, zaraziła ją, a ona nie mogła się z niej wyleczyć.

Teraz płakałyśmy obie. Diana wstała od stołu i podeszła do mnie. Zarzuciła mi ręce na szyję i mocno przytuliła.

– Przepraszam, tak bardzo cię prze… przepraszam – szlochała. – Ja… nie wiedziałam. Jestem jak… jak mama.

Odsunęłam ją na chwilę i spojrzałam prosto w jej zapuchnięte od płaczu oczy.

– Nie jesteś jak mama. Gdyby tak było, nie przyszłabyś tu do mnie i nie opowiedziała, co zrobił ci Artur. Dusiłabyś to w sobie, codziennie zapewniając się jak bardzo go kochasz, a każdy cios który ci wymierzy, też tłumaczyłabyś miłością. To na pewno nie jest miłość, pamiętaj. Jeśli kogoś kochasz, nie krzywdzisz go, wręcz przeciwnie, chronisz go. Jeśli zostaniesz z Arturem, będziesz umierała razem z nim kawałek po kawałku, aż staniesz się wrakiem człowieka. Nie pozwolę ci na to.

Diana otarła łzy rękawem i ponownie się we mnie wtuliła.

– Wiem – odparła stłumionym głosem. – Teraz już wiem. Nie chcę być jak nasi rodzice. Chcę być jak… ty.

Gładziłam ją dłonią po plecach. Robiłam tak zawsze, kiedy jako mała dziewczynka przychodziła do mojego pokoju, mówiąc że miała koszmar i boi się zasnąć. Ten drobny gest zawsze ją uspokajał.

– Czy mogę tu zostać, póki nie znajdę nowego mieszkania? – zapytała, a ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

– Jasne, miejsca starczy dla wszystkich.

Kilka słów od autora: Patrycji Kuliś

„Przygodę z pisaniem zaczęłam już w czwartej klasie szkoły podstawowej. Byłam wtedy zagorzałą fanką polskich seriali, więc oglądałam je z wypiekami na twarzy. Kiedy któryś z odcinków mi się nie podobał, układałam do niego własny scenariusz, co z czasem dawało całkiem nową historię.

Wszystko, co pisałam, lądowało w szufladzie. Dopiero niedawno wpadłam na pomysł, żeby założyć bloga, gdzie umieszczam swoje prace:

http://bezczytanianiemamarzen.blox.pl/html

W wolnym czasie oprócz pisania, dużo czytam. Przeważnie są to książki fantasy, bo takie kocham najbardziej.”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *