Katarzyna Rapacz

Otwórz oczy

Ostatnio widuję cię coraz częściej; to dziwne tak dzień w dzień przypatrywać się, jak ktoś, kto w jednej chwili zrujnował i poskładał na nowo moje życie, tak medytuje nad wyborem jajek czy mleka. Robimy zakupy w tym samym sklepie od niedawna, więc podejrzewam, że dopiero się wprowadziłaś. Nie ukrywam – najbardziej ciekawi mnie, czy zamieszkałaś samotnie i, mimo początkowej zawiści do ciebie, teraz wiem, że tak byłoby najlepiej.

Mijamy się bardzo często w ciasnych alejkach z konserwami oraz ekspresowymi przekąskami. Wiedziałam, że albo obie jesteśmy samotne i zbyt leniwe, by stać godzinami w kuchni, albo masz znacznie poważniejsze problemy niż to, czy dieta bazująca na samych chińskich zupkach kiedyś cię wykończy.

Wiem, że mnie nie poznajesz, choć mój obraz na pewno utkwił ci w głowie na bardzo długie lata. Chirurdzy dołożyli wszelkich starań, żeby doprowadzić do porządku moją pozszywaną twarz pokrytą gęstą siatką blizn. Obcięłam się na krótko, zaczęłam nosić buty na wysokich obcasach i wyrazisty makijaż, którego właściwie nie było widać spod dużych szkieł okularów przeciwsłonecznych. Mnie jednak wystarczała sama świadomość, by czuć się nareszcie jak kobieta, która może się podobać. Nie szaleńczo, ale w granicach przyzwoitości, a tej brakowało mi przez kilka długich lat.

Czułam się jak podglądacz, przez cały czas obserwując, co dokładasz do swojego koszyka. Sądziłam jednak, że to będzie wskazówka na temat tego, co tu robisz. Pewnie kto inny miałby pewność już po ujrzeniu dwóch paczek prezerwatyw, które trzymasz w dłoni, ale dla mnie to niewystarczający argument. Przełom następuje, kiedy zatrzymujesz się przy stoisku z alkoholami. Masz rozbiegany wzrok i niby śledzisz ceny trunków, ale ja wiem, że nie w tym rzecz. Zapewne właśnie walczysz sama ze sobą, wiedząc, jakie to ma konsekwencje. Ile razy byłam w tej samej sytuacji…

Jeśli niczego nie kupię, pewnie strasznie się zdenerwuje. A jeśli kupię… przecież nie wiadomo, jak się potem zachowa” – dosłownie słyszałam twoje myśli. Wahanie dało mi do zrozumienia, że jesteś świadoma tego, w co się wpakowałaś. Sama świadomość nie jest jednak zła, a wręcz jak najbardziej pożądana, jeśli zamierzasz cokolwiek z nią zrobić. Widzę jednak, że zupełnie nie masz na siebie pomysłu i doskonale wiem, co to oznacza.

Ostatecznie wygrywają w tobie resztki moralności. Wyciągasz rękę w stronę whiskey, ale natychmiast ją cofasz, jakby przypomniał ci się poprzedni wieczór. Mimo że tak cię nienawidziłam, teraz jedynie ci współczuję. A może nawet jestem wdzięczna za ratunek.

Ustawiam się za tobą w kolejce do kasy. Czytnik nie chce przyjąć twojej karty, ludzie za nami zaczynają się irytować, bo przecież każdy dokądś się spieszy. Stoisz zakłopotana i uśmiechasz się przepraszająco, ale napięcie jakoś nie opada.

Bardzo państwa przepraszam. – Pakujesz niezdarnie resztę rzeczy do torby, wszystko leci ci z rąk.

Te, może by się pani pospieszyła!

Już dwadzieścia minut tu stoję, bez przesady!

Czemu nikt nie otworzy nowej kasy?

Większość ludzi nie jest zbyt empatyczna. Zwykle rzadko kto rozumie nasz gorszy dzień, jakąś chwilę słabości; wszyscy są zbyt zajęci swoimi sprawami i dają się porwać temu pędowi życia, który prowadzi nas nie wiadomo gdzie i po co. We mnie jednak odzywa się zrozumienie. Zdążyłam pojąć, że twój gorszy nastrój trwa już od bardzo dawna, a z czasem coraz trudniej z nim walczyć.

Ja zapłacę – odzywam się po cichu, stając obok ciebie.

Może nie zarabiam fortuny, ale te sześćdziesiąt złotych wydawało się warte tego, żeby oszczędzić twoje siły na wieczór. Wzbraniasz się przed tym pokazem dobroci, jakby cię przerażał. Chyba zapomniałaś, jak to jest być człowiekiem. Trudno uwierzyć, że kiedyś byłam taka jak ty.

Nie musiała pani, naprawdę, tak mi głupio. Oddam pani przy następnej okazji, mieszka pani gdzieś blisko, prawda? Naprawdę, tak przepraszam – zaczynasz się tłumaczyć, kiedy wychodzimy na zewnątrz.

Oddasz, kiedy będziesz mogła, nic się nie stało. Kobiety muszą sobie pomagać – stwierdziłam, rzucając hasłem, które do przesady śmierdziało feminizmem.

Dziękuję, nie wiem, jak się odwdzięczę, tak się zdenerwowałam.

Patrzę na ciebie ze zrozumieniem, po raz pierwszy mogąc przyznać, że jesteś niezwykle urodziwa, ale, przede wszystkim, straszliwie młoda. Wyglądasz na dwadzieścia lat, nie więcej. Choć bije od ciebie ta specyficzna energia młodości, to nie umiem jej znaleźć w twoich oczach. Sprawiają wrażenie, jakby naoglądały się za dużo, jakby były zmęczone i przerażone otaczającym je światem. Niestety to wszystko, co mogłam dla ciebie zrobić, przynajmniej w tym momencie.

Potrzebuje pani pomocy? – pytam, a ty znów spoglądasz na mnie jak spłoszone zwierzę. Ten, kto sprawia, że dziewczyna ma takie spojrzenie, nie zasługuje na to, by nazywać się mężczyzną.

Nie, radzę sobie. Niczego mi nie potrzeba. Po prostu karta mi nie zadziałała. Do widzenia.

Uciekasz, a wtem wszystkie negatywne emocje, które do ciebie żywiłam, znikają. W końcu to tak jakbym brzydziła się swojego lustrzanego odbicia.

Obserwuję, jak znikasz z pola widzenia, wiedząc już nawet mniej więcej, gdzie mieszkacie. Ciekawiła mnie ta zmiana lokacji, a raczej to, kto ją zainicjował. Może nikt nie chciał tkwić w domu, który nosił w sobie znamiona kłótni jak tamta, gdy po raz pierwszy spotkaliśmy się we trójkę.

Myślę o tobie właściwie cały dzień, który spędzam w dziwnym letargu. Wieczorem udzielam korepetycji przez kilka godzin, a mimo wszystko przewijasz się gdzieś pomiędzy kserówkami, źle odmienionymi czasownikami i niegramatycznymi wypowiedziami. Cały czas widzę te twoje przerażone oczy, a im godzinowa wskazówka zegara posuwa się dalej, tym wiem, że z tobą jest gorzej.

Zachodzi słońce, a ja biorę prysznic i układam się na fotelu z pilotem w ręce. Włączam telewizor akurat w doskonałym momencie, by zobaczyć łóżkową scenę, przez którą ścisnęło mnie w żołądku. Trochę tak jakbym widziała was w tamten majowy wieczór. Najwyraźniej mój mąż wziął sobie do serca rozmowę, którą przeprowadziliśmy kilka dni przed tym incydentem i szybko znalazł dla mnie następczynię.

Dosyć tego, słyszysz?! Dosyć! Wyniosę się z domu, jeśli z tym nie skończysz! – wrzeszczałam przez łzy, kuląc się na podłodze wśród odłamków rozbitego szkła, które pozostało po rozbitej przez niego flaszce.

Wylałam zawartość wszystkich butelek do zlewu. Ostrzegałam go, że tak zrobię, jeśli jeszcze raz przyniesie jakikolwiek trunek do domu. Najwyraźniej mężczyzna mi nie uwierzył, a ja przynajmniej pod tym względem nie zachowałam się jak wzorcowa żona alkoholika. Wypełniłam swoje słowa i odeszłam, mimo że nie chciałam tego robić. Zdrada jednak mocno mi pomogła. Jakaż byłam wtedy naiwna…

Droga wolna! Zobaczymy, kto będzie cię chciał utrzymywać! Spójrz na siebie, już od długiego czasu jesteś po prostu paskudna! – odparował bełkotliwie.

Mój problem wcale nie polegał na tym, że nie potrafiłam mu odmawiać. Niejednokrotnie wyrzucałam go za drzwi, zabraniałam pić, robiłam, co w mojej mocy. Popełniałam jednak zasadniczy błąd; wybaczałam mu za każdym razem, kiedy o to poprosił. Nie zgadzałam się na zażegnanie sporów dlatego, że miałam wyrzuty sumienia, zupełnie nie o to chodziło. Wiedziałam po prostu, że gdy Adrian wytrzeźwieje, to znów będzie najczulszym mężczyzną na świecie, który starałby się dosięgnąć gwiazdki z nieba, byle mi dogodzić. Ta jego wyjątkowa część sprawiała, że nie potrafiłam przestać go kochać mimo wszystkich krzywd, których zaznałam.

Choć to zakończony etap w moim życiu, zebrało mi się na płacz. Straciłam pięć lat, by zyskać brak wiary w siebie i koszmarnie ciężki balast do dźwigania przy okazji kolejnych relacji, które na razie wydawały się odsunięte na daleki plan. Mam dwadzieścia dziewięć lat, a dopiero powoli się statkuję i staję na nogach. Cóż, przynajmniej mi się udało, choć opłaciłam to ciężką pracą i stratą bliskich przyjaciół, którzy nie znieśli widoku mojego staczania się na dno. Może wreszcie powinnam się do nich odezwać.

Tej nocy mało śpię, choć mam wiele snów. Jeden o tobie, drugi o mnie, ale jaka to różnica, skoro historia jest ta sama? Dużo wspominam, choć na dłuższą metę nie ma czego. Czasem podchodzę do okna i staram się wydedukować, który balkon z niedalekiego bloku należy do was. Liczyłam, że wyjdziesz na świeże powietrze, zobaczę twoją wymęczoną twarz i pokażę, że to da się przeżyć, ale nic z tego.

Widzę cię dopiero o poranku. Poruszasz się powoli, jakby chodzenie sprawiało ci ból. Przystajesz przy rozsuwanych drzwiach sklepu i rozumiem, że zamierzasz czekać na mnie tak długo, jak to będzie potrzebne. Ledwie cię poznaję przez tę babciną chustkę na głowie i ciemne okulary. Wyglądasz nieco jak ja, choć twój styl jest nie tyle wyszukany, ile wymuszony.

Z trudem przełykam ślinę i wychodzę na podwórko. Twoja twarz wykrzywia się w sztucznym uśmiechu, kiedy mnie widzisz. Musi być naprawdę źle, skoro chcesz udawać, jak bardzo jest dobrze.

Dzień dobry! Mam dla pani pieniądze. Bardzo dziękuję za pomoc. Nie wiem, co mnie wczoraj opętało, miałam naprawdę pechowy dzień. Na szczęście dzisiejszy zapowiada się bardzo dobrze! – mówisz nazbyt entuzjastycznie i wyciągasz banknoty w moim kierunku.

Zdążam jednak zauważyć, że lekko bełkoczesz. Przez chwilę jestem gotowa uwierzyć, że piłaś razem z nim, ale prawda jest o wiele brutalniejsza.

Nie oddawaj mi pieniędzy. Lepiej kup leki przeciwbólowe.

Podejrzewam, że patrzysz na mnie w zdumieniu. Przez szkła nie widzę twoich oczu, ale ciało napięło się w ułamku sekundy, a to wystarczający znak. Nie odzywasz się ani słowem; czuwasz, szykując się do ucieczki. Już wiem, że sprawa jest przegrana, więc nie boję się zaryzykować. Wyciągam dłoń w kierunku chusty i delikatnie ją odsuwam. Wystarczyły centymetry, bym dostrzegła, że pod nią rozlewa się wręcz brunatny krwiak. Przez moment nie mogę uwierzyć, że twoje kości to wytrzymały.

Drugą ręką niemalże równocześnie sięgam do twoich okularów i unoszę je w górę. Ledwie widzisz na jedno oko, tak łzawi i puchnie. Chcę cokolwiek powiedzieć, ale naraz wyrywasz mi się, a twoje nastawienie staje się wrogie. Tworzy się między nami ten specyficzny rodzaj dystansu: „może i moje życie nie jest tak cudowne jak twoje, ale się nie mieszaj”.

Spadłam ze schodów – warczysz stanowczo, a ja nie mogę opanować politowania na twarzy.

Naprawdę? Ile razy?

Co?

Ile razy z nich spadłaś? Na raz, ani nawet na pięć, to nie wygląda. No chyba że ktoś panią rzucał o te schody, wtedy to bardziej zrozumiałe.

To nie twój gówniany interes! – wybuchasz i jestem niemalże pewna, że gdybyś w tym momencie była sprawna, rzuciłabyś się na mnie, by wydrapać oczy.

Hm, właściwie, wyobraź sobie, po części jest też mój.

Patrzysz na mnie nierozumnie, a twój strach rośnie. Chyba zdałaś sobie sprawę, że nasza znajomość nie jest taka przypadkowa, bo pytasz:

Kim pani jest?

Naprawdę mnie nie rozpoznajesz? – Dziwię się, bo musiałaś całkowicie wyprzeć mój obraz z pamięci. Zdjęłam więc okulary i wskazałam parę punktów na swojej twarzy – Miałam trzy duże blizny; tu, tu i jeszcze tutaj. Wtedy jeszcze byłam blondynką. Pamiętasz, widziałyśmy się już kiedyś. Ja stałam w progu, a ty leżałaś w łóżku z moim mężem.

Na te słowa cofasz się gwałtownie. Wiem, że teraz dokładnie mnie pamiętasz. Jesteś spłoszona jak maleńkie zwierzę i wycofujesz się z pola walki.

Czego ode mnie chcesz?! To nie moja wina, że cię nie chciał!

Chcę ci pomóc – stwierdzam, choć z każdym twoim słowem szczerość moich intencji wydaje się coraz bardziej wątpliwa.

Pomóc? Niby w czym? W rozpadzie związku? Przecież mnie nienawidzisz!

Bardzo mi wtedy pomogłaś – milknę na moment. – Może nie wiedziałam tego od razu, ale tylko dzięki tobie stanęłam na nogi o własnych siłach. Adrian to nie jest ktoś, z kim można zbudować rodzinę czy dom. Już nie.

Mówisz tak, bo wiesz, ile straciłaś – wysyczałaś przez zęby, a ja wręcz nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

Tak, doskonale wiem. Kilka lat życia, pokaleczone ciało i poczucie, że jestem warta nie więcej niż szmata rzucona w kąt. Jest czego żałować. – Uśmiechnęłam się lekceważąco. – Wiem, że inni wierzyliby w tę historię tylko po to, by nie mieć cię na sumieniu. Ale ja byłam na twoim miejscu, w twojej skórze. Wiem, jak to jest, codziennie żyć w strachu, czy dziś będzie mieć dobry dzień i chociaż cię przytuli, zamiast lać za każdy kieliszek, którego mu pożałujesz. Wiem, jak to jest, kiedy budzisz się w środku nocy i wysłuchujesz, jak to właśnie ty niszczysz wasze życie łóżkowe, bo jesteś taka szkaradna. Uwierz mi, ja to wszystko wiem.

Po co to mówisz? – To twój jedyny komentarz.

Zadzwoń albo przyjdź. Mój dom jest dla ciebie otwarty. – Podaję ci kartkę z zapisanymi danymi.

Nie interesuje mnie twoja propozycja – kwitujesz chłodno i odchodzisz, ale wciskasz skrawek papieru do kieszeni płaszcza. To daje mi jakąś nadzieję.

Mijają tygodnie, a ty nie odzywasz się ani słowem. Wciąż robimy razem zakupy, wymieniamy się spojrzeniami i szturchnięciami w wąskich alejkach, ale uparcie milczysz. Udajesz, że mnie nie znasz, że nie masz ze mną nic wspólnego, bo przecież twoja twarz się goi, a ty tylko spadłaś ze schodów – każdemu się zdarza.

Wszystko zmienia się dokładnie po miesiącu. Jest już grubo po północy, a ja relaksuję się po dniu ciężkiej pracy i zażywam gorącej kąpieli. W tle gra powolna muzyka, piana wylewa się poza brzegi wanny, a w powietrzu unosi się różany aromat. Sielski nastrój przerywa jedynie ciche stukanie do drzwi, a potem przeciągłe naciśnięcie dzwonka. Zwykle bym to zbagatelizowała, ale nie teraz. To nie pora na odwiedziny ani na żarty chuliganów – do głowy przychodzisz mi jedynie ty.

Ten fakt sprawia, że nawet się nie wycieram, o ubieraniu nie wspomnę. Niezdarnie narzucam na siebie ręcznik i biegnę do wyjścia. Widok po drugiej stronie sprawia, że krew zamarza mi w żyłach. Moje oczy nie przyzwyczaiły się do ciemności panujących na klatce schodowej, ale i bez tego dostrzegam ciemną plamę malującą się pod twoimi nogami. Łkasz cicho i trzymasz się kurczowo za brzuch, próbując zatamować krew wypływającą spomiędzy twoich palców. Próbuję podnieść cię z klęczek, ale idzie mi opornie.

Musimy jechać z tym do szpitala, może trzeba będzie zszyć – mówię, a ty zaczynasz panicznie płakać.

Tylko nie do szpitala, błagam, błagam! – krzyczysz, a ja dla własnego spokoju robię ci opatrunek uciskowy, podkładam ręczniki i kładę cię na kanapie.

W pośpiechu spada mi ręcznik, ale ty nawet nie zwracasz na to uwagi. Jesteś straszliwie blada, cały czas coś bełkoczesz. Mówisz, że miałam rację, że chcesz uciec, że tak cię boli, a ja zastanawiam się, co stało się z twoimi rodzicami, dlaczego to do nich nie możesz się zwrócić.

Po jakimś czasie krwawienie ustaje, co dziwi nawet mnie. Zostanie jednak paskudny ślad, gorszy niż ja miałam kiedykolwiek. Rana wygląda tak, jakby dźgnął cię nożem albo wbił porządny kawał szkła, ale ty nie chcesz rozmawiać na ten temat.

Tego wieczoru chciałam umrzeć, wiesz? A potem pomyślałam o dziecku. – To jedyne, co mówisz, nim zasypiasz, a mnie zdejmuje przerażenie.

Pół nocy zastanawiam się, jak dalej będzie wyglądało nasze życie. Nie widziałam problemu w tym, byś u mnie pomieszkiwała, ale nie brałam pod uwagę dodatkowych gości.

Jesteś w ciąży? – pytam od razu, kiedy się budzi. Żadnego „jak się czujesz” czy „wszystko gra?”.

Tak.

Od jak dawna to wiesz?

Ze dwa miesiące.

Nie rozumiem. Kupowałaś prezerwatywy.

On nie wiedział. Nie chciałam, żeby wiedział. Pewnie by je skrzywdził.

Pewnie i tak to zrobił, zważając na to, że nie był trzeźwy, kiedy uprawialiście seks, ale przemilczałam ten fakt. Na pewno zdawałaś sobie sprawę, jakie mogą być tego konsekwencje.

Trochę się tego nie spodziewałam. – Przecieram oczy.

W porządku. Zostanę u ciebie tylko moment, póki się nie pozbieram.

Nie wymagam tego od ciebie. Po prostu będziemy mieć trochę więcej pracy. – Wzruszam ramionami, ale dziecko nie wydaje mi się tak poważnym problemem jak twoja zmienność nastrojów.

Bywa, że masz naprawdę dobre dni i wyglądasz, jakbyś wychodziła na prostą. Czasem jednak łapiesz porządny dół i płaczesz za dawnym życiem. Mnie też chce się wtedy ryczeć, bo nie mogę słuchać tego, że choćby myślisz o tym, by znów dać się poniżać. Koszmar kończy się w momencie, kiedy spotykamy Adriana w sklepie. Jest pijany, zatacza się i łazi w poszukiwaniu wódki. Widzi ciebie, widzi mnie, ale nie poznaje żadnej z nas. To wreszcie otwiera ci oczy. Mimo że boli, tak będzie lepiej.

Walczymy z dawnymi przyzwyczajeniami, równocześnie przygotowując się na wielki dzień narodzin. Chodzimy po sklepach dziecięcych, kupujemy akcesoria, robimy przemeblowania w domu. Stałyśmy się sobie niesamowicie bliskie, choć nie była to typowa bliskość, jaką okazują sobie inni ludzie.

Z czasem zauważamy, że ludzie spoglądają na nas, jakby próbując wyczytać z naszych twarzy, czy jesteśmy parą. Starsze panie omijają nas szerokim łukiem, gdy trzymamy się za ręce albo wspólnie wybieramy śpioszki dla małego. Wydaje nam się czasem, że połowa ludzi postrzega nas jako lesbijki. Raz nawet jakiś starszy mężczyzna mówi, że nie jest za wychowywaniem dzieci przez pary homoseksualne, a po wysłuchaniu naszej opowieści czerwienieje jak burak, przeprasza nas i odchodzi w przeciwnym kierunku.

Może nie o takim życiu marzyłam jeszcze dziesięć lat temu. Nie spodziewałam się, że będę mieszkać z kochanką męża i pomagać jej w wychowaniu ich dziecka. Nie sądziłam, by ktokolwiek wierzył w naszą historię, a tym bardziej ją docenił. Nie podejrzewałam też, że poznam kogoś, kto zaakceptuje w pełni ten stan rzeczy i pokaże mi, że dwoje ludzi może ułożyć zdrową, pełną czułości relację, a jednak tak się stało.

Życie to jednak pasmo niespodziewanych wydarzeń; czasem lepszych, czasem gorszych, ale codziennie mamy szansę na lepszy start. Może nie czuć tego każdego poranka, gdy otwieramy oczy, ale może kiedy zrobimy to setny raz z rzędu, coś nagle się zmieni. Wystarczy chcieć i zdać sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy; to zależy tylko i wyłącznie od nas.

 

 

Kilka słów od autora: Katarzyna Rapacz

 

W ubiegłym roku zdobyłam wyróżnienia w dwóch konkursach literackich obejmujących zasięgiem całą Polskę; „Pigmalion fantastyki” oraz „Piórem malowane”, a także drugie miejsce w konkursie wojewódzkim: „Literacki Fenix”. Największym jednak sukcesem jest to, że jestem tutaj i wciąż wznoszę się ponad wyznaczone poprzeczki.

Zaczęłam pisać za sprawą miłości do książek. W wielu z nich odnajdowałam jakąś cząstkę wpływającą na moje życie i to był impuls, przy którym pomyślałam: „Rany, to jest właśnie to, co chcę robić – uwrażliwiać. Nie mogę operować ludzi, bo zbyt boję się krwi, ale mogę odciągnąć ich od własnych problemów, pozwolić na chwilę oddechu!”

Czerpię pomysły z wszystkiego, co mnie otacza. Podchwytuję urywki rozmów, co czasem przeraża moich bliskich, a mimo tego, jeśli należysz do osób odważnych, możesz napisać do mnie tutaj: katrap.wobec@gmail.com – w sprawie tekstów czy zapytań. Tylko uważaj, bo w końcu i Ty możesz znaleźć się w opowiadaniu! 🙂

 

Zapraszam także na moją autorską stronę z opowiadaniami:

https://katarzynarapacz.wordpress.com/

https://www.facebook.com/katrap.opowiadania/ ‘’

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *