Anna Maria Hajzer

Do zobaczenia w ogrodzie

Wiesz, co tak bardzo lubię w odlatujących ptakach?

Nie mam pojęcia – odparłam z wyczuwalną nutką ironii. Oderwałam wzrok od lustra wody i szykującego się do ataku komara, którego w ogóle nie przejmowały moje próby pozbawienia go życia i spojrzałam na Eustachego. Siedział zgarbiony, skubiąc sznurówkę od swoich zielonych tenisówek. Zrozumiałam, że moja złośliwość nie była tu potrzebna.

To, że zawsze wracają, pokonują cały ten trud drogi powrotnej… – powiedział bardzo cicho, ledwie zagłuszając nadzwyczaj denerwującego owada, który widocznie nie miał zamiaru zostawić mnie w spokoju. Niedawno zaginął starszy brat Eustachego. Był himalaistą. Szykował się na kolejną wyprawę, wyjechał wiosną ubiegłego roku, od tamtego czasu nie wrócił, a kontakt się urwał. To musi być straszne… Taka niepewność.

A, ja właśnie ich nie lubię. – odpowiedziałam, mając na celu odwrócenie uwagi Eustachego od przygnębiających myśli… Można powiedzieć, że momentami potrafiłam w nich czytać. Wreszcie zostawił te biedne sznurówki i spojrzał na mnie, przewracając oczami i nie mogąc ukryć uśmiechu.

Oczywiście, że nie lubisz tych biednych gęsi. W końcu zawsze musisz mieć zupełnie odmienne zdanie niż ja. – odpowiedział, udając poważnego choć w jego jasnych oczach tańczyły iskierki rozbawienia.

Udając, że wcale tego nie widzę postanowiłam przedstawić mu moje stanowisko w kwestii tych nieszczęsnych, odlatujących, dzikich gęsi.

Myślę… – zaczęłam mówić, zerkając czy Eustachy faktycznie mnie słucha. – Myślę, że są po prostu tchórzami. Odlatują, bo przestaje im pasować miejsce, w którym przebywają. Ciągła ucieczka w poszukiwaniu lepszego miejsca. Pomyśl o tych, które pozostają. One potrafią przeczekać zimę i oczekiwać wiosny. Wydaje mi się, że jest to nawet swego rodzaju odwaga. Zdecydowanie wolę te, które pozostają. Jestem w stanie nazwać je nawet wojownikami.

Eustachy spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

– W jakiś sposób pewnie masz rację. Ale prawda jest taka, że nie wszystkie są przystosowane do tego żeby zostać. Poza tym te, które zostają nie zawsze sobie radzą i często przeżywają zimę tylko dzięki pomocy ze strony ludzi.

Każdy wojownik potrzebuje czasem pomocy… – wiedziałam, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Kątem oka widziałam, że mój przyjaciel znowu przewrócił oczami i pokręcił głową, pozwalając opaść jego rudym kosmykom na oczy. Mimo tego, że uwielbiałam Eustachego to muszę przyznać, że czasem jego zachowanie nadzwyczaj mnie denerwowało, kompletnie nie potrafiłam go zrozumieć. Czasem dopadało mnie to dziwne uczucie, że najzwyczajniej w świecie uważa mnie za głupią. To wrażenie niższości zawsze chwytało mnie w swój zimny uścisk w najmniej spodziewanym momencie, zasłaniało mi oczy swoimi czarnymi dłońmi, zmieniając jego szczery uśmiech w grymas lekceważenia, a jego słowa pełne ciepła i życzliwości w zwyczajną kpinę. Wiedziałam, że to nie jest prawdą…

*****

Spotkałam go trzy miesiące temu pierwszego tygodnia wakacji, co więcej pamiętam nawet godzinę. Była 17:45. Zawsze o tej porze wyprowadzałam psa na dłuższy spacer, a mój pies wymagał nieprzeciętnie długich spacerów. Trochę jakby na przekór mojej osobowości. Zdecydowanie wolałam zostawać w ciepłych czterech kątach. Byłam zwolenniczką ciepłych kapci i kanapy. I on tam po prostu siedział… na ulicy przed moim domem, czytając książkę jakby to była najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem. W późniejszym czasie, jak się okazało, wszystkie nietypowe pomysły mojego przyjaciela zdawały się w jego wykonaniu rzeczą zupełnie normalną. Czasem nawet zastanawiałam się czy to aby na pewno nie są to te zachowania, jakie powinni naśladować wszyscy. Siedzenie na rozgrzanym asfalcie w lipcowym słońcu i czytanie książki wydawało się być czynnością tak naturalną jak oddychanie. Początkowo zaciekawiona obserwowałam go z daleka nie wiedząc, co do końca zrobić. Szczerze mówiąc bałam się mu przerwać. Zdawał się być jak w transie… mnie nigdy książki jakoś szczególnie nie porywały. Luna była bardzo niezadowolona z powodu wstrzymanego spaceru. Ciągnęła za smycz, próbując wszystkimi siłami się wyrwać, ale ja nieustępliwie stałam w miejscu. Siedział tam w białej koszulce, przez co jego sylwetka na tle czarnego asfaltu wyglądała jak figura białego króla na czarnym polu. To było chyba najlepsze porównanie… tak jak czytanie książek mnie nudziło, tak szachy kochałam ponad życie. Był pochylony nad książką, a dziś jestem niemal przekonana, że przydrożne drzewa pochylały się nad nim przyglądając mu się z ciekawością. Promienie słońca przenikające zielone korony kładły się na jego ramionach i tańczyły w jego rudych włosach, tworząc za jego plecami długi, mroczny cień, który nijak pasował do jego osoby… Jak mogłam już wtedy tego nie zauważyć. Potrafiłam nawet z tej odległości doskonale odczytać emocje, jakie przepływały przez jego twarz. Przepływały. Tak, to dobre słowo… Książki budziły w nim tyle emocji. Cały wachlarz. Nasza pierwsza rozmowa była, więc tak samo nietypowa jak zaistniała sytuacja. Podniósł wzrok znad grubego tomiska i spojrzał na mnie, obdarowując mnie na sam początek szerokim, szczerym uśmiechem. Już nigdy więcej nie widziałam u nikogo innego tak szczerego uśmiechu…

Mogę ci zadać pewne pytanie, które, muszę przyznać, od pewnego czasu niesamowicie mnie nurtuje?

Jasne – coraz bardziej nie mogłam uwierzyć w to, że nie zignorowałam tego pytania i nie przeszłam obok obojętnie. – Pytaj, o co zechcesz.

Twoje framugi okienne… – mówił, skubiąc sznurówki od butów, co, jak z czasem zauważyłam, było jego charakterystycznym zachowaniem kiedy tracił pewność siebie. – Są żółte.

Faktycznie są koloru żółtego. – odpowiedziałam lekko zszokowana nietypowym pytaniem.

A, mogę zapytać, dlaczego? – chłopak wyraźnie udawał, że nie widzi mojego zakłopotania.

Zapadła dłuższa chwila ciszy. Tej niezręcznej. Rozejrzałam się dookoła licząc, że gdzieś cudem znajdę jakąś odpowiedź. Ewentualnie, że ktoś podbiegnie i wręczy mi kartkę z inteligentnym zdaniem i poleci mi je przeczytać w ramach odpowiedzi… Jak mogłam się spodziewać, nic z tych rzeczy się nie wydarzyło. Wzięłam głęboki wdech i niezbyt mądrze wydusiłam z siebie.

Uważam, że dzięki temu, kiedy spoglądam za okno, świat jest trochę… weselszy. Bardziej przyjazny. – podobała mi się ta odpowiedź. Muszę przyznać, że nie brzmiała najgorzej. Nie miałam pojęcia czy była prawdziwa. Nie przepadałam za przekraczaniem progu domu. Ograniczałam tą nieprzyjemną czynność tylko do spacerów z Luną. Nie sądzę, aby kolor framug od okien mógł w jakikolwiek sposób to zmienić. Chociaż muszę się przyznać, że na samym początku kiedy się tu wprowadzaliśmy miałam taką nadzieję… Właśnie tym się kierowałam, wymyślając tę nietypową dekorację. Jednak nic to nie zmieniło.

To dość oryginalny pomysł… – ponownie zapadła chwila ciszy, którą nie do końca umiałam zinterpretować.

Lubiłam interpretować ciszę. Zawsze uważałam, że można rozróżnić jej dwa rodzaje: tę niezręczna i tę, która znaczy coś więcej. Zawsze tak myślałam… A właśnie teraz całe moje wcześniejsze przekonania rozsypały się jak stary brokat zrzucony z biurka przez nieuwagę i powoli spadający na brudny dywan. Na dywanie już nie wyglądał tak okazale jak na biurku… To właśnie on zrzucił ten brokat.

A tak w ogóle to Eustachy jestem. – spojrzał na mnie tak jakby wiedział o wszystkich myślach plączących się w mojej głowie.

I chłopak, który nosi imię Eustachy mówi mi, że to ja jestem oryginalna. – zaczęłam się śmiać żeby w jakiś sposób ukryć zakłopotanie. – A ja Anastazja. – odpowiedziałam z małym opóźnieniem. – Teraz może w końcu zejdziemy z ulicy, bo obawiam się, że siedzenie na niej może się źle skończyć.

– Nie uważasz, że życie jest za krótkie żeby przejmować się takimi szczegółami? Widać nas z daleka, więc potencjalny kierowca z pewnością zdąży się zatrzymać. Poza tym, tu przejeżdżają dwa samochody na tydzień. – odpowiedział z charakterystycznym dla niego rozbawieniem i na potwierdzenie swoich słów położył się na czarnym asfalcie, kładąc ręce pod głowę.

Sama nie potrafię wytłumaczyć dlaczego w tamtym momencie tak bardzo mnie ten widok przeraził. Byłam niemalże całkowicie przekonana, że smoliście czarna powierzchnia ulicy zaraz go wchłonie i wciągnie, zupełnie jak ruchome piaski. Poza tym miał rację, a ja tak bardzo nie lubiłam jej komukolwiek przyznawać. Zaprosiłam go na spacer razem ze mną i z Luną, żeby tylko podniósł się z jezdni. Potem długo nie opuszczało mnie wrażenie, że jakby pozostał na niej parę sekund dłużej to moje obawy by się potwierdziły. Uratowałam go… I nie myliłam się. Uratowałam. Niestety nie na długo. I właśnie w tamtej chwili wszystko się zaczęło. Niektórzy potrzebują miesięcy, a nawet lat żeby nawiązać z kimś bliższą relację, ale nie my. Nam wystarczyło zaledwie parę tygodni, a dziś jestem przekonana, że wystarczył ten jeden, krótki spacer.

*****

Wiesz, co? Uważam, że to co powiedziałaś było naprawdę ciekawe… Masz rację. Każdy wojownik potrzebuje czasami pomocy.

Głos mojego przyjaciela gwałtownie wyrwał mnie z zamyślenia. Trochę mnie zaskoczyło, że zdaniem Eustachego powiedziałam coś ciekawego. Tylko tu nasuwa się pytanie czy nie powiedział tego ze zwykłej sympatii… Nie. Znowu się zaczyna. To samo. Przecież on nigdy by tak o mnie nie pomyślał… Próbowałam wymusić uśmiech, ale grymas, który pojawił się na mojej twarzy miał z uśmiechem niewiele wspólnego.

Rozumiem, że cisza? – Eustachy spojrzała mnie uważnie.

Cisza” to było nasze własne hasło, które oznaczało solidarne milczenie. Używaliśmy go, gdy nie mieliśmy ochoty rozmawiać. Były takie momenty kiedy cisza była najlepszym wyjściem.

– Cisza. – odparłam, zamykając oczy.

Ogród babci Eustachego był zdecydowanie wyjątkowym miejscem… Drugim miejscem poza domem, gdzie czułam się naprawdę dobrze. Trochę dzikim. Większość przykładnych ogrodników powiedziałaby raczej, że zaniedbanym, ale ogród pani Ludmiły nie miał nic wspólnego z tymi brzydkimi, zasypanymi zgniłymi liśćmi i zarośniętymi trawą po kolana ogrodami. Wręcz przeciwnie. W tym małym zielonym świecie, wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Pani Ludmiła bardzo nie lubiła przycinać krzewów i drzewek. Co roku uparcie tłumaczyła swoim sąsiadom, którzy na wiosnę przycinali krzewy i zwracali jej uwagę, że w jej ogrodzie to najwyższy czas na zmiany, że jej zdaniem te wszystkie biedne roślinki mają uczucia. Po prostu nie miałaby serca ranić tak pięknych roślin. Ci nieznośni sąsiedzi nie potrafili tego zrozumieć. Bardzo lubiłam panią Ludmiłę. Uchyliłam lekko powieki i zerknęłam na Eustachego. Siedział wpatrzony w taflę oczka wodnego, a kosmyki jego rudych włosów opadały na zmarszczone czoło. Najwidoczniej bardzo intensywnie nad czymś myślał. Ponownie zamknęłam oczy. Pachniało oszałamiająco. Niezwykle. Zapach nadchodzącego wieczoru mieszał się ze świeżością ostatnich letnich kwiatów. Cudowna woń zdawała się tańczyć do melodii chłodniejszego wiatru i zapraszać mnie do tańca. Ja, onieśmielona jej delikatnością, z uśmiechem podziękowałam i pozostałam na wilgotnej od rosy trawie. Kiedy przymknęłam oczy niebo miało niebieski kolor… Mimo szarej, piętrzącej się warstwy chmur dla mnie było niebieskie… Położyłam głowę w trawie i zatopiłam swoje myśli w zielonym świecie. Może on trochę je uspokoi, w końcu zieleń uspokaja… Wkoło tańczył zapach. Niemal słyszałam kroki nadchodzącego wieczoru… Zaraz zacznie się bal. Świerszcze już szykują swoje skrzypce. Przybywają pierwsi goście. Nasz świat kryje wiele innych światów. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wiele. Wystarczy je odkryć i lekko przymrużyć oczy, żeby przez powieki zobaczyć niebieskie niebo…

Kiedy mój brat wracał z wyprawy, zawsze opowiadał o wszystkim co zobaczył: o ośnieżonych zboczach, o śniegu tak białym jak nic innego co oglądamy na co dzień i widokach, których po prostu nie sposób zapomnieć. Zawsze mu trochę zazdrościłem… – głos Eustachego zabrzmiał w sennym ogrodzie niewiele głośniej od odgłosów rozpoczynającego się balu. – Zawsze powtarzał, że ja także mogę zdobywać szczyty. Tu gdzie jestem. W tym miejscu. Że każdy powinien zdobywać szczyty swoich możliwości w zwykłej codzienności. Łatwo było mu mówić. Wydaje mi się, że go zawiodłem…

Wsłuchałam się w koncert świerszczy. Do moich uszu docierały tylko dwa dźwięki… Świerszcze i spokojny oddech mojego przyjaciela.

Masz rację. Zawiodłeś go. – odparłam bezlitośnie.

Eustachy podniósł się z ziemi i podpierając się na łokciach spojrzał na mnie wzrokiem pełnym ponurego niedowierzania.

A czego ode mnie oczekiwałeś? Że powiem dokładnie to co chcesz usłyszeć? – usiadłam po turecku pod drzewem, byłam cała przemoczona od rosy. – Nie znałam twojego brata, ale pomyśl trochę… Czy naprawdę uważasz, że kiedykolwiek byłby tobą rozczarowany?

Zapadła cisza, jedna z tych, których od czasu poznania mojego przyjaciela nie potrafiłam zinterpretować. Irytowało mnie to.

Masz raję. On nigdy nie byłby mną rozczarowany… – odpowiedział bardziej w stronę ciemności niż moją.

To co głupoty gadasz? – próbowałam trochę rozluźnić atmosferę. Czasem kompletnie nie potrafiłam go zrozumieć.

Jednak odpowiedziała mi cisza. Ta okropna cisza. Coś było nie w porządku. Myślałam, że lepiej będzie nie pytać. Och, gdybym wtedy zapytała…

Ja chyba będę już się zbierać. – odezwałam się niepewnie i wstałam trochę za szybko, nie spodziewając się, że moje nogi odmówią posłuszeństwa. Byłam bardziej przemoczona niż myślałam.

Do zobaczenia jutro w ogrodzie! – użyłam naszego ulubionego pożegnania i ruszyłam w stronę polnej dróżki. Jak dobrze, że nie zapomniałam latarki.

Do zobaczenia! – odpowiedział Eustachy krzycząc za mną.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego jeszcze raz. Jak zwykle bawił się sznurówkami. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Jak dobrze mieć przyjaciela. Zupełnie jak latarkę…

Eustachy został. W drodze powrotnej nie opuszczało mnie wrażenie, że słyszę kwiaty… Ich przytłumiony ciężką rosą chichot, śmiech gości tańczących na balu. Czyżby śmiali się z mojej głupoty?

*****

Dokładnie w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat na przeszłość patrzy się zdecydowanie inaczej. Wiele wspomnień pozostaje rozmazanych i pozmienianych. Jednak widok tego promiennego uśmiechu pozostaje na zawsze. Zajmuje honorowe miejsce wśród wszystkich wspomnień z całego mojego życia. Co się składa na nasze poczucie szczęścia? Ludzie z błyskiem w oku, którzy pozostawiają po sobie uśmiech. Zapachy, które długo nie dają o sobie zapomnieć i wgryzają się gdzieś pomiędzy serce a duszę. Światła, te niezapomniane, choćby latarek, cieszące nasze oczy i rozjaśniające wiele ciemności. Dźwięki przenoszące nas do innych światów. Ruch, który przypomina, że żyjesz tu i teraz. Wspomnienia nie dające zapomnieć o tym, że życie już dawno się zaczęło i trwa… oraz zamknięte oczy otwierające serce na to wszystko, bo żeby otworzyć serce czasem trzeba zamknąć oczy. Od tamtego czasu sporo się zmieniło, jednak jestem przekonana, że to właśnie Eustachemu mogę zawdzięczać to gdzie jestem dzisiaj. Mój przyjaciel kilka miesięcy po tamtych wydarzeniach odebrał sobie życie. Wiele bym oddała żeby dziś siedział tu gdzie ja siedzę i widział to co ja widzę. A spoglądam na ogród… Mój ogród. Po śmierci Eustachego pani Ludmiła zaczęła przycinać krzewy i drzewka, ale zaproponowałam jej, że to ja się zajmę ogrodem. Zgodziła się. I tak od tamtego czasu ogród niemal pod żadnym względem się nie zmienił. Przybyło tylko parę nowych odmian kwiatów i krzewów o słodkim zapachu. Mogę zagwarantować, że, tak samo jak za starych czasów, co wieczór odbywają się tu bale… Dalej słychać kroki nadchodzącego wieczoru. Pozostały nawet te denerwujące komary… Tylko tak bardzo mi ciebie brakuje. Trzymam na kolanach to wielkie tomisko, które czytałeś w dniu, w którym cię poznałam. Dostałam je od twojej babci i długo nie mogłam zrozumieć co mam z nim zrobić, dlaczego jest puste… Naprawdę wtedy wpatrywałeś się w śnieżnobiałe strony? Może wpatrując się w biel tych kartek myślałeś o białych szczytach, które miał szczęście zdobywać twój brat? Tego już się nie dowiem. W środku znajdowała się tylko mała pomięta karteczka z listą rzeczy… Listą rzeczy do zrobienia żeby być szczęśliwym. Więc chciałeś żyć. Jeden punkt z listy w szczególny sposób wgryzł mi się w pamięć. „Poznać dziewczynę z domu gdzie znajduje się to dziwne okno. Przyjaźń z nią będzie pewnie jedną z lepszych rzeczy w moim życiu. Wychodzi z domu codziennie równo o 17:45”. Przez jakiś czas miałam tę listę i bardzo lubiłam trzymać ją w dłoniach… Czuć jej chropowatą powierzchnię pod opuszkami palców, spoglądać na twoje wyjątkowo śliczne pismo. Ale zagubiła się w trakcie moich licznych przeprowadzek. Gdziekolwiek mieszkałam, a mieszkałam w naprawdę wielu miejscach, zawsze dwa razy w miesiącu starałam się tu przyjeżdżać i pielęgnować ogród. Z czasem zaczynało być to coraz mniej możliwe, więc obecnie mieszkam tutaj. Wróciłam. Dlaczego nic mi wtedy nie powiedziałeś? Dlaczego ja nie zapytałam? Dziś rozumiem dlaczego tak bardzo chciałeś żebym otrzymała tę książkę choć na początku nie było to dla mnie takie jasne. Chciałeś żebym ją zapełniła. I dzisiaj ta gruba książka jest zapełniona po brzegi pięknymi chwilami. Zapisałam ją. Całą. Notowałam szczegółowo wszystkie najlepsze dni mojego życia. I dzięki temu zobaczyłam, że życie jest naprawdę dobre. I jestem ci dziś za to wdzięczna. Tak bardzo nie mogę się pogodzić z tym, że nie ma ciebie, twojej rudej czupryny i uśmiechu na żadnej z kartek w tej książce… W jednej sekundzie wpadłam na pomysł żeby położyć się w trawie. Jest słonecznie. Tak jak pewnego lipcowego dnia. Z tą subtelną różnicą, że jest późny kwiecień. Cóż, najwyżej uznają, że na starość zwariowałam. Położyłam się w trawie i nawet nie musiałam przymykać oczu żeby niebo było niebieskie. Bo było. Nade mną rozpościerało się błękitne sklepienie i, choć zabrzmi to absurdalnie, chyba nigdy nie widziałam tak niebieskiego nieba.

– Ciekawe czy twoje włosy dalej byłyby rude czy już dopadłaby je siwizna. – zaśmiałam się w stronę puszystych obłoków, a odpowiedział mi krzyk przylatujących dzikich gęsi.

Do zobaczenia w ogrodzie przyjacielu! – krzyknęłam ze śmiechem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *