Usiłuję pisać, żeby przełamać jakąś niemoc, ogólne zniechęcenie, które zapanowało nade mną przed kilkoma dniami. Można to nazwać chandrą, małą depresją, ale nazwa, wbrew nadziejom, niczego nie wyjaśnia. Szczególnie wobec tego stanu, słowa wydają się bezradne. To stan, w którym z trudem znajduję jakiekolwiek słowa, stan w którym jestem z nimi na bakier. Czyż brzydki, nudny i szary świat można opisać słowami niosącymi zawsze jakieś nasycenie, jakieś osobliwe piękno?

    O zohydzanie mi świata podejrzewam samą matkę naturę, która tak wymyśliła starość, żeby i dolegliwości cielesne, i uwięziona pod czaszką psychika czyniły życie coraz mniej wartościowym.

    Nie trzeba się o mnie martwić (gdyby komuś to przyszło do głowy) bo na dzisiejszym porannym spacerze, myśląc o znanych mi próbach samobójstwa stwierdziłem, że dla mnie najbardziej bezsensowne życie ma jednak więcej sensu od śmierci. Jeśli przyjąć powszechne założenie, że natura jest bytem sensownym, wówczas sensu śmierci (dla nas – nie dla niej) dopatrzyć się nijak nie mogę.

   Dość tej bezradnej metafizyki, która prócz melancholii niczego nie karmi!

   Starość mieści się w pakiecie długiego życia; jest jego nieodzowną końcówką. Mimowiednie zawiera się w życzeniach składanych solenizantom, nawet gdy już mają daleko posuniętą sklerozę. Życzenie młodości byłoby przecież niedorzeczne i ironiczne, więc śpiewając sto lat!, życzy się przyszłym trupom długiego dogorywania.

   Tylko niektórzy są starości pozbawieni. Do owych wyjątków należą: wybrańcy bogów, ofiary nagłych wypadków i epidemii, urodzeni z genetycznymi wadami i może jeszcze beznadziejne ofiary zabójczego nałogu. Tyle o przypadkach niedobrowolnych, chyba żeby ostatnią kwalifikację zaliczyć do śmierci świadomie wybranej, co jest wątpliwe, bo przecież nie zawsze nałogowcy robili to z pełną świadomością skutku.

   Co innego samobójcy z własnej woli, w pełni świadomie podejmujący nieodwołalną decyzję przekroczenia granicy zza której nie ma powrotu. Gdyby wiedzieli, co o tym i o nich myślę, chyba zamiast siebie woleliby zabić mnie. Znałem kilkunastu skutecznych wykonawców wyroku na sobie, lecz żaden przedtem nie ujawnił zamiaru opuszczenia świata i tym samym ich śmierć była zaskoczeniem dla wszystkich. Dedykuję im pośmiertnie od Szymborskiej:

Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.

   Ci zaś, którzy opowiadali mi o przemyślnych a misternych sposobach samounicestwienia, nigdy tego nie wykonali. Nie dostrzegłem też związku między drastyczną decyzją samozagłady, a ogólnym położeniem egzystencjalnym. Czym bowiem wytłumaczyć zamachy na własne życie ludzi młodych, pięknych, bogatych i będących u szczytu powodzenia?

   Przyszłych samobójców nie umiałem więc rozpoznać. W świetle skromnego doświadczenia sądzę, że byli oni nie do uratowania – nie dało im się pomóc choćby z powodu braku symptomów. Śmierć była jakby tajemnie, niedostrzegalnie wpisana w ich osobowość. Czy zna ktoś naukowe opracowania zjawiska nazywającego się „samobójstwo”?

   Natomiast wielu znanych mi smutasów, nieustannie narzekających na los, dożyło sędziwego* wieku, oczywiście nieustannie narzekając.

   Jak zauważyłem, związek między położeniem bytowym, a samobójczą decyzją oczywisty nie jest. Znam też żywe zaprzeczenie samobójczej postawy:

   Kolega mój, który z własnego wyboru nie osiągnął pieniędzy ani sławy, jedyny prawdziwy hipis w morzu udawaczy, i który z mieszczańskiego punktu widzenia nie odniósł naocznego sukcesu, a niektórzy nawet powiedzieliby o życiowej klęsce, który stracił (jak się wielu wydaje) wszystko poza nagim istnieniem – nie stracił przy tym pogody ducha.

   Trochę z przekory, a trochę dla zabawy, chciałem go z tego pogodnego stanu, tego kwiecistego wręcz optymizmu na chwilę wytrącić, a ponieważ jest ogólnie kumaty, więc zacząłem z wysoka:

Co ty chłopie wiesz o nicości?

Nic – odrzekł bez wahania i bez żenady.

No właśnie, przypadkiem trafiłeś, bo nicość to właśnie… nic!, czyli to, co pamiętasz sprzed własnego urodzenia. Nie tykajmy tu platońskiej koncepcji anamnezy, bo chodzi w niej jedynie o doznania ludzkiego rozumu, który duchów nie widział, lecz bywa skłonny, żeby w nie wierzyć. Na nicość nie wszyscy się godzą – jest tworem rozumu sceptycznego, utożsamianego w kręgach sceptyków z rozumem w ogóle. Taka schopenhauerowska nicość nastanie na wieki po twej śmierci. Co gorsza, także po nieuniknionej śmierci twoich dzieci. Na wieki, to źle powiedziane, bowiem sugeruje istnienie twego pośmiertnego czasu. Lepiej już „na zawsze”, bo dla ciebie żadnego czasu już nie będzie.

   Przypomniałem sobie sympatycznego prof. Religę, który na kilka miesięcy przed śmiercią wywodził, że rozwój nauki medycznej pozwala już teraz myśleć o nieśmiertelności. Dla nas pozostał „chwilowo nieśmiertelny”, ale co mu z tego?

   Liczba ludzi pamiętających profesora będzie malała, aż do zaniku.

Żadnych marzeń panowie, żadnych marzeń” – to słowa mędrca ze wschodu ucierającego nosa naszym romantycznym politykierom. Podobnie marzenia o nieśmiertelności były i są niedorzeczne, bo nieśmiertelność byłaby obstrukcją świata, który już obecnie doznaje kryzysu przeludnienia. Dotychczas natura miała środki przeczyszczające w postaci pandemii, potężnych żywiołowych katastrof i to wszystko wspomagała wojnami cywilizacja.

I co z tego? – zupełnie się nie przejął moim wywodem ani wizją nicości.

Kak zwał, tak zwał. Chcesz mnie obarczyć odpowiedzialnością stwórcy, że tak wymyślił świat? Niemal wszystko co dostrzegasz przerasta nasze umysłowe możliwości. Skoro tylko poeta przedstawia dwie możliwości ujęte syntetycznie w pierwszym wersie monologu Hamleta, ja wybrałem „być”. Mieszkam teraz na wsi bez wody w kranie i bez elektryczności (podejrzewam, że mu wyłączyli, bo nie płacił) i nie wiem nawet, ile w tym mojego wyboru, a ile skazania losu za łańcuch wyborów przez całe życie. W zimie, czego tłumaczyć nie trzeba, jest znacznie trudniej. Wychodek, zwany przed wojną sławojką, stoi pięćdziesiąt metrów od domu. Wychodząc do niego muszę włożyć walonki. Gdy jest jeszcze ciemno bądź już zapadnie mrok, przez dziurę w drewnianym dachu widzę gwiazdy. W mieście nigdy tyle gwiazd nie zobaczysz. A propos nicości, raz tylko o niej pomyślałem gdy kucnąłem nad cuchnącym otworem i zadzierając głowę ujrzałem przez dziurę rozgwieżdżone niebo. I wówczas właśnie zastanowiłem się, czy nicością jest to, co nade mną, czy to, co pode mną.

   Po tym jego wyznaniu uświadomiłem sobie, że głównie zajmuję się, jak leci, wypełnianiem obowiązków równie mało przyjemnych, co banalnych. Oto moje zycie: za udział w cywilizacji płacę (jak mi się wydaje) nieproporcjonalnie wysoką cenę; za rzekomą wolność czynię się jej niewolnikiem.

   Od dawna już nie kupuję gazet, bo miałem niewygodę z wynoszeniem kilogramów makulatury; kilogramy z wiekiem zaczynaja ważyć coraz więcej.

   W pewnej chwili zauważyłem, że tej bezbrzeżnej masy słów nie czytam, bo się nie da. Ledwie prześlizguję po tytułach i początkach artykułów. Wyglądało to, jakbym zamawiał wielodaniowy obfity posiłek i potem, próbując wszystkiego po jednym kęsie, resztę wyrzucał. Nijaki i niezdrowy to sposób odżywiania się. Ponadto pozostawał nikły osad podejrzenia, że w tej masie słów odrzuciłem przez nieuwagę informację cenną lub tekst rzeczywiście ciekawy. Dzienniki i czasopisma nie ułatwiają nam zadania; z chęci utrzymania tytułu staczają się do poziomu bulwarowego. Chcą być dla szerokiej rzeszy i grozi im, że staną się dla nikogo. Oto zwycięstwo ekonomii nad duchem. W znacznym stopniu odgrodziłem się także od innych mediów: grające niegdyś godzinami radio, teraz włączam na wybrane audycje, telewizor obchodzę z dala i oglądam tylko pozycje nagrane uprzednio, aby ominąć irytujące reklamy.

   Ostatnio przez ciekawość zrobiłem sobie „dzień mediów”; kupiłem rano dziennik i jeden tygodnik, których lekturę zacząłem przy włączonym radiu, cały zaś wieczór poświęciłem na oglądanie TV, przerzucając się podczas reklam na resztki porannych gazet. Od dziecka czytam kompulsywnie wszystko, co mi się pod oczy podsunie. Nawet w windzie czytam instrukcję obsługi, a w poczekalniach afisze i plakaty. Gdzie mogę zabieram ze sobą książkę.

   Po tym „dniu mediów” jeszcze następnego dnia czułem się przejedzony ptifurkami i bez apetytu na treściwy posiłek. Ze zgrozą pomyślałem, że większość obżera się popcornem informacji, nie pozostawiając w sobie miejsca na coś zdrowo pożywnego. Zbyt często widywałem ludzi gapiących się od rana w gadający ekran. Zamiast przynajmniej gimnastykować ciało przy otwartym oknie, oni od rana formatują sobie umysł. Po prawdzie, ich umysł jest formatowany z zewnątrz. Potem dziennikarze w ulicznych interview urządzają sobie zabawę, będącą jednocześnie egzaminem sprawdzającym stopień przyswojenia wiedzy medialnej. Z odpowiedzi słychać, czego ludziska słuchają i co ewentualnie czytają oraz jak to zrozumieli. Wywołani przed kamerę starają się odtworzyć słownictwo pierwowzoru wraz z jego emocjami. Swoje kwestie poprzedzają słowami „moim zdaniem”, czym naiwnie sugerują, że wyrażają własny, oryginalny pogląd. Może zresztą sami w to wierzą?

   Czy płynące zewsząd i oplatające nas słowa to tylko powódź, czy już potop?!

*Sprawdziłem etymologię tego słowa i zawiodłem się. Sądziłem, że „sędziwy” ma wspólny źródłosłów z sędzim i oznacza dojrzałą z wiekiem mądrość, że jest synonimem kogoś czcigodnego, dostojnego, a nawet natchnionego niczym Homer lub Wernyhora. Tymczasem współcześnie kojarzony jest raczej z niedołężnym, zacofanym, przebrzmiałym, zramolałym tetrykiem,

   Słowo pochodzi od staropolskiego: szedziwy, czyli siwy, po czesku – šedivý.

.  Szczególnie wobec tego stanu, słowa wydają się bezradne. To stan, w którym z trudem znajduję jakiekolwiek słowa, stan w którym jestem z nimi na bakier. Czyż brzydki, nudny i szary świat można opisać słowami niosącymi zawsze jakieś nasycenie, jakieś osobliwe piękno?

   O zohydzanie mi świata podejrzewam samą matkę naturę, która tak wymyśliła starość, żeby i dolegliwości cielesne, i uwięziona pod czaszką psychika czyniły życie coraz mniej wartościowym.

   Nie trzeba się o mnie martwić (gdyby komuś to przyszło do głowy) bo na dzisiejszym porannym spacerze, myśląc o znanych mi próbach samobójstwa stwierdziłem, że dla mnie najbardziej bezsensowne życie ma jednak więcej sensu od śmierci. Jeśli przyjąć powszechne założenie, że natura jest bytem sensownym, wówczas sensu śmierci (dla nas – nie dla niej) dopatrzyć się nijak nie mogę.

   Dość tej bezradnej metafizyki, która prócz melancholii niczego nie karmi!

   Starość mieści się w pakiecie długiego życia; jest jego nieodzowną końcówką. Mimowiednie zawiera się w życzeniach składanych solenizantom, nawet gdy już mają daleko posuniętą sklerozę. Życzenie młodości byłoby przecież niedorzeczne i ironiczne, więc śpiewając sto lat!, życzy się przyszłym trupom długiego dogorywania.

   Tylko niektórzy są starości pozbawieni. Do owych wyjątków należą: wybrańcy bogów, ofiary nagłych wypadków i epidemii, urodzeni z genetycznymi wadami i może jeszcze beznadziejne ofiary zabójczego nałogu. Tyle o przypadkach niedobrowolnych, chyba żeby ostatnią kwalifikację zaliczyć do śmierci świadomie wybranej, co jest wątpliwe, bo przecież nie zawsze nałogowcy robili to z pełną świadomością skutku.

   Co innego samobójcy z własnej woli, w pełni świadomie podejmujący nieodwołalną decyzję przekroczenia granicy zza której nie ma powrotu. Gdyby wiedzieli, co o tym i o nich myślę, chyba zamiast siebie woleliby zabić mnie. Znałem kilkunastu skutecznych wykonawców wyroku na sobie, lecz żaden przedtem nie ujawnił zamiaru opuszczenia świata i tym samym ich śmierć była zaskoczeniem dla wszystkich. Dedykuję im pośmiertnie od Szymborskiej:

Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.

   Ci zaś, którzy opowiadali mi o przemyślnych a misternych sposobach samounicestwienia, nigdy tego nie wykonali. Nie dostrzegłem też związku między drastyczną decyzją samozagłady, a ogólnym położeniem egzystencjalnym. Czym bowiem wytłumaczyć zamachy na własne życie ludzi młodych, pięknych, bogatych i będących u szczytu powodzenia?

   Przyszłych samobójców nie umiałem więc rozpoznać. W świetle skromnego doświadczenia sądzę, że byli oni nie do uratowania – nie dało im się pomóc choćby z powodu braku symptomów. Śmierć była jakby tajemnie, niedostrzegalnie wpisana w ich osobowość. Czy zna ktoś naukowe opracowania zjawiska nazywającego się „samobójstwo”?

   Natomiast wielu znanych mi smutasów, nieustannie narzekających na los, dożyło sędziwego* wieku, oczywiście nieustannie narzekając.

   Jak zauważyłem, związek między położeniem bytowym, a samobójczą decyzją oczywisty nie jest. Znam też żywe zaprzeczenie samobójczej postawy:

   Kolega mój, który z własnego wyboru nie osiągnął pieniędzy ani sławy, jedyny prawdziwy hipis w morzu udawaczy, i który z mieszczańskiego punktu widzenia nie odniósł naocznego sukcesu, a niektórzy nawet powiedzieliby o życiowej klęsce, który stracił (jak się wielu wydaje) wszystko poza nagim istnieniem – nie stracił przy tym pogody ducha.

   Trochę z przekory, a trochę dla zabawy, chciałem go z tego pogodnego stanu, tego kwiecistego wręcz optymizmu na chwilę wytrącić, a ponieważ jest ogólnie kumaty, więc zacząłem z wysoka:

Co ty chłopie wiesz o nicości?

Nic – odrzekł bez wahania i bez żenady.

No właśnie, przypadkiem trafiłeś, bo nicość to właśnie… nic!, czyli to, co pamiętasz sprzed własnego urodzenia. Nie tykajmy tu platońskiej koncepcji anamnezy, bo chodzi w niej jedynie o doznania ludzkiego rozumu, który duchów nie widział, lecz bywa skłonny, żeby w nie wierzyć. Na nicość nie wszyscy się godzą – jest tworem rozumu sceptycznego, utożsamianego w kręgach sceptyków z rozumem w ogóle. Taka schopenhauerowska nicość nastanie na wieki po twej śmierci. Co gorsza, także po nieuniknionej śmierci twoich dzieci. Na wieki, to źle powiedziane, bowiem sugeruje istnienie twego pośmiertnego czasu. Lepiej już „na zawsze”, bo dla ciebie żadnego czasu już nie będzie.

   Przypomniałem sobie sympatycznego prof. Religę, który na kilka miesięcy przed śmiercią wywodził, że rozwój nauki medycznej pozwala już teraz myśleć o nieśmiertelności. Dla nas pozostał „chwilowo nieśmiertelny”, ale co mu z tego?

   Liczba ludzi pamiętających profesora będzie malała, aż do zaniku.

Żadnych marzeń panowie, żadnych marzeń” – to słowa mędrca ze wschodu ucierającego nosa naszym romantycznym politykierom. Podobnie marzenia o nieśmiertelności były i są niedorzeczne, bo nieśmiertelność byłaby obstrukcją świata, który już obecnie doznaje kryzysu przeludnienia. Dotychczas natura miała środki przeczyszczające w postaci pandemii, potężnych żywiołowych katastrof i to wszystko wspomagała wojnami cywilizacja.

I co z tego? – zupełnie się nie przejął moim wywodem ani wizją nicości.

Kak zwał, tak zwał. Chcesz mnie obarczyć odpowiedzialnością stwórcy, że tak wymyślił świat? Niemal wszystko co dostrzegasz przerasta nasze umysłowe możliwości. Skoro tylko poeta przedstawia dwie możliwości ujęte syntetycznie w pierwszym wersie monologu Hamleta, ja wybrałem „być”. Mieszkam teraz na wsi bez wody w kranie i bez elektryczności (podejrzewam, że mu wyłączyli, bo nie płacił) i nie wiem nawet, ile w tym mojego wyboru, a ile skazania losu za łańcuch wyborów przez całe życie. W zimie, czego tłumaczyć nie trzeba, jest znacznie trudniej. Wychodek, zwany przed wojną sławojką, stoi pięćdziesiąt metrów od domu. Wychodząc do niego muszę włożyć walonki. Gdy jest jeszcze ciemno bądź już zapadnie mrok, przez dziurę w drewnianym dachu widzę gwiazdy. W mieście nigdy tyle gwiazd nie zobaczysz. A propos nicości, raz tylko o niej pomyślałem gdy kucnąłem nad cuchnącym otworem i zadzierając głowę ujrzałem przez dziurę rozgwieżdżone niebo. I wówczas właśnie zastanowiłem się, czy nicością jest to, co nade mną, czy to, co pode mną.

   Po tym jego wyznaniu uświadomiłem sobie, że głównie zajmuję się, jak leci, wypełnianiem obowiązków równie mało przyjemnych, co banalnych. Oto moje zycie: za udział w cywilizacji płacę (jak mi się wydaje) nieproporcjonalnie wysoką cenę; za rzekomą wolność czynię się jej niewolnikiem.

   Od dawna już nie kupuję gazet, bo miałem niewygodę z wynoszeniem kilogramów makulatury; kilogramy z wiekiem zaczynaja ważyć coraz więcej.

   W pewnej chwili zauważyłem, że tej bezbrzeżnej masy słów nie czytam, bo się nie da. Ledwie prześlizguję po tytułach i początkach artykułów. Wyglądało to, jakbym zamawiał wielodaniowy obfity posiłek i potem, próbując wszystkiego po jednym kęsie, resztę wyrzucał. Nijaki i niezdrowy to sposób odżywiania się. Ponadto pozostawał nikły osad podejrzenia, że w tej masie słów odrzuciłem przez nieuwagę informację cenną lub tekst rzeczywiście ciekawy. Dzienniki i czasopisma nie ułatwiają nam zadania; z chęci utrzymania tytułu staczają się do poziomu bulwarowego. Chcą być dla szerokiej rzeszy i grozi im, że staną się dla nikogo. Oto zwycięstwo ekonomii nad duchem. W znacznym stopniu odgrodziłem się także od innych mediów: grające niegdyś godzinami radio, teraz włączam na wybrane audycje, telewizor obchodzę z dala i oglądam tylko pozycje nagrane uprzednio, aby ominąć irytujące reklamy.

   Ostatnio przez ciekawość zrobiłem sobie „dzień mediów”; kupiłem rano dziennik i jeden tygodnik, których lekturę zacząłem przy włączonym radiu, cały zaś wieczór poświęciłem na oglądanie TV, przerzucając się podczas reklam na resztki porannych gazet. Od dziecka czytam kompulsywnie wszystko, co mi się pod oczy podsunie. Nawet w windzie czytam instrukcję obsługi, a w poczekalniach afisze i plakaty. Gdzie mogę zabieram ze sobą książkę.

   Po tym „dniu mediów” jeszcze następnego dnia czułem się przejedzony ptifurkami i bez apetytu na treściwy posiłek. Ze zgrozą pomyślałem, że większość obżera się popcornem informacji, nie pozostawiając w sobie miejsca na coś zdrowo pożywnego. Zbyt często widywałem ludzi gapiących się od rana w gadający ekran. Zamiast przynajmniej gimnastykować ciało przy otwartym oknie, oni od rana formatują sobie umysł. Po prawdzie, ich umysł jest formatowany z zewnątrz. Potem dziennikarze w ulicznych interview urządzają sobie zabawę, będącą jednocześnie egzaminem sprawdzającym stopień przyswojenia wiedzy medialnej. Z odpowiedzi słychać, czego ludziska słuchają i co ewentualnie czytają oraz jak to zrozumieli. Wywołani przed kamerę starają się odtworzyć słownictwo pierwowzoru wraz z jego emocjami. Swoje kwestie poprzedzają słowami „moim zdaniem”, czym naiwnie sugerują, że wyrażają własny, oryginalny pogląd. Może zresztą sami w to wierzą?

   Czy płynące zewsząd i oplatające nas słowa to tylko powódź, czy już potop?!

*Sprawdziłem etymologię tego słowa i zawiodłem się. Sądziłem, że „sędziwy” ma wspólny źródłosłów z sędzim i oznacza dojrzałą z wiekiem mądrość, że jest synonimem kogoś czcigodnego, dostojnego, a nawet natchnionego niczym Homer lub Wernyhora. Tymczasem współcześnie kojarzony jest raczej z niedołężnym, zacofanym, przebrzmiałym, zramolałym tetrykiem,

   Słowo pochodzi od staropolskiego: szedziwy, czyli siwy, po czesku – šedivý.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *