Rozmawiałem niedawno z kolegą o literaturze, po której z lekko alkoholową werwą hasaliśmy bez składu. Wartkie nasze opinie o lekturach cechowała wyzwolona szczerość. Nie sadzę, abym się na taką zdobył wobec szerszej, zwłaszcza trzeźwej widowni. Przyznawaliśmy się do książek nieprzeczytanych, będących w kanonie inteligenta, albo ksiażek pobieżnie tylko przewertowanych, które porzuciliśmy, bo nas znużyły, bądź zniechęciły mało zrozumiałym językiem jakiegoś modnego „inteligenckiego” żargonu, którego coraz więcej w mediach, a zaczął przenikać do literatury. Zrobiłem uwagę, że kto się zanadto stroi w modę, przestanie z nowym sezonem być modny i strawny dla kogokolwiek. Rozmowa była o tyle pożyteczna, że ujawniła zaskakujące nas rozbieżności w lekturowych upodobaniach. Jedynie domyślałem się, że mogło ro wynikać z różnic światopoglądowych, których przez lata nie ujawniliśmy, chcąc uniknąć konfliktu. Żadne bowiem spory nie wywołują tak nieopanowanej gorączki, jak spory dotyczące światopoglądu lub polityki, a to dlatego, że znaczne obszary tych dziedzin wykraczają poza racjonalizm w sferę ciemnych uczuć i woli. Spory zaś pozaracjonalne pozbawione są sensu; najbardziej w nich irytuje oblekanie urojeń w szatki racjonalne. Pospolicie czynią tak strony jakiegokolwiek sporu. Nigdy się nie spotkałem, aby jakaś strona przekonała inną.

   Pomyślałem wtedy, że z podobnych zapewne powodów pisarze unikają jawnych deklaracji światopoglądowych, przypisując je wykreowanym postaciom. Preferencji pisarzy możemy się jedynie domyślać.

   Wracając do rozmowy o książkach, szczególnie zaskoczyła mnie niechęć kolegi do Franza Kafki. Pomyślałem, że przyczyną może być antysemityzm, lecz go o to nie spytałem, bo i tak by się nie przyznał. Poniżej zamieszczam wyciąg z mojej argumentacji, nie usuwając jej rozbiegania i niepełności.

   Kolonia karna Kafki dzieje się w nieokreślonym czasie i miejscu; lokalizacja taka byłaby zupełnie niepotrzebna i pominąć możemy także upał, piasek i elektryczny napęd narzędzia kary. W czasach Kafki elektryczność była jeszcze wynalazkiem świeżym i mogła uchodzić za synonim nowoczesności.

   Głównym rysem moralnym osobnika obsługującego machinę tortury jest odpowiedzialność za powierzone zadanie, a jedynym jego uczuciem jest satysfakcja z zajmowanej pozycji społecznej i duma z profesjonalnych kwalifikacji, podszyta jedynie lękiem o uchybienie procedurom, co mogłoby się wiązać z utratą posady i degradacją.

   Takie samo pragnienie sprawności i lęk przed jakąś awarią systemu wyczytałem we wspomnieniach Rudolfa Hoessa (komendanta Auschwitzu).

   Obie książki ukazują nie tyle psychikę kata obsługującego fizyczną machinę tortur i uśmiercania, co machinę społeczną, która także niekiedy zgrzyta i zacina się, ale zawsze można ją naoliwić, wadliwe zaś lub zużyte części wymienić. Jeśli tym karnym, pozbawionym refleksji i emocji wykonawcom cywilizacji przypisujemy uczucia sadystyczne, to już nasza inwencja.

   Nieudolnego, leniwego lub wrażliwego, czyli złego (z punktu widzenia jego szefa) oprawcę łatwo zastąpić, gdyż ochotnych na to stanowisko można znaleźć w każdej społeczności. Nie będziemy się tu kłócić, który naród jest w tym względzie hojniej przez kulturowe dziedziczenie, czy może jakoś inaczej obdarzony.

   W roli egzekutora można podstawić rzymskiego centuriona, któremu zlecono biczowanie lub ukrzyżowanie, żądny krwi plebs na walkach gladiatorów, nadzorcę układającego stos wieńczący proces auto-da-fe, kata obsługującego gilotynę w imieniu Wielkiej Rewolucji i samego Dr. Guillotin, który swój pomysł uzasadniał troską o „humanitarną” śmierć, nie zważając, że samo jej zadawanie jest czynem budzącym etyczne wątpliwości. Postulat zadawania śmierci bezbolesnej przypomina troskliwe zalecenie, by gwałcić tak, żeby i ofiara miała z tego przyjemność.

   W czasach bliższych: radość uczonych z udanego atomowego eksperymentu projektu Manhattan (jakże oni sobie szczerze gratulowali sukcesu!) została lekko przygaszona wybuchem ich wynalazku nad rzeczywistym miastem. Śmierci i koszmarnego okaleczenia ludzi nie dostrzegało się z bombowca, a co dopiero z Ameryki. Naukowcy miewają jednak wyobraźnię, więc dumę z naukowego osiągnięcia pokrył na chwilę lekki rumieniec zażenowania.

   Opowiadania Kafki są jak przygrywka do Procesu, w którym autor zawiera się w pełni, (podobnie jak Vivaldi w Le quattro stagioni; obaj mają łatwo rozpoznawalny styl). U Kafki jest to beznamiętne i szczegółowe sprawozdanie z przebiegu zdarzeń rozgrywających się w ekspresyjnej scenerii filmów o Dr. Mabuse, której autor Procesu nie mógł oczywiście podpatrzeć w czarno-białych obrazach Fritza Langa, bo jeszcze nie istniały.

   Nie przypominam sobie w prozie Kafki kolorów; utrzymana jest w daltonicznej szarości. Groza scenerii w połączeniu z ironicznie chłodnym poczuciem humoru sprawiają wrażenie cynizmu; jest wymowne, że autor nie opisuje żadnych uczuć, w tym także miłości, poprzestając na jakiejś mrocznej scenie aktu seksualnego. Programowo odrzuca psychologizm, redukując opis do przedstawień behawioralnych.

   Po lekturze Kafki przestał mnie wciągać „inwentaryzacyjny realizm” zmyślonych fabuł. Być może dlatego nie uległem później modzie baśniowych opowieści iberoamerykańskich, i nie chodzi tu o rangę pisarzy. Są świetni w esejach, dziennikach i wszelkich formach pozapowieściowych. ale też mało w nich egzotyczni – chciałoby się rzec, są w esejach swojscy, europejscy. Powieści adresują zaś chyba do latynoskiej społeczności, której częścią nie jestem. Myślę, że podobny kłopot mieliby anglosascy czytelnicy z naszymi Dziadami, Nieboskią Komedią czy Weselem.

   Twórczość iberoamerykańską objęto formułą realizmu magicznego, która od razu wydaje się oksymoronem, bo przecież magia to nie realizm. Oksymoron, jak wiemy, bywa świadomym zabiegiem stylistycznym. Ach te świadome zabiegi!… Na szczęście bywają także użycia nieświadome.

   Różne bywają drogi czytelniczej inicjacji. Lekturę Manna zacząłem przypadkiem od ostatniej jego powieści i nie wykluczam, że z powodu tytułu. Wyrosłem właśnie z przygodowych młodzieżowych narracji, pozostawiłem także za sobą pobieżnie przeleciane szkolne lektury, w miejsce których świeżo przeczytałem Mrożka i Gombrowicza (co tam wówczas było) i po omacku rozglądałem się za czymś mi nieznanym. Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla wydały mi się tytułem stosownym, tym bardziej, że nazwisko autora kołatało mi w głowie. Mamy bowiem w głowie mnóstwo rozmaitych nazwisk, często nie wiedząc – skąd. Zdarza się, że nie potrafimy nazwiska (bądź nazwy) z niczym powiązać, a one paradoksalnie długo się w nas gnieżdżą.

   Lektura zaskoczyła i potem, przeczytałem wszystko, co Tomasz Mann (przy okazji także jego brat Henryk) napisał, poczynając od nowel i Czarodziejskiej góry. Także Eseje, listy i wszelkie inne parerga. Wszystko, prócz Buddenbrooków. W międzyczasie bowiem sięgnąłem po Opowiadania i Proces Kafki, a po tej lekturze utraciłem na dłuższy czas ochotę na realizm. W każdym przypadku określenie „realizm” mam ochotę ująć w cudzysłów, bowiem odnosi się on w sztuce nie do rzeczywistości, lecz do konwencji; podobne do siebie pejzaże w kolorach sieny, feldgrau i lazuru umieszczali w tłach swoich obrazów Rafael Santi, Leonardo i inni, aż po wiek XIX, kiedy malarze przestali tworzyć z pamięci bądź ściągając od mistrzów, i wyszli w plener. Człowiek jednak postrzega coś więcej i rejestruje inaczej niż obiektyw aparatu i stąd impresjonizm, który był kierunkiem nie „od”, lecz „ku” realizmowi, czyli uchwycenia chwili widzianej przez artystę, nie zaś, co obiektywnie widzieć powinien. Odnosząc to do literatury, sądzę, że Ulisses Joyce’a jest opowieścią stricte realistyczną, z licznymi, zadziwiającymi erudycją dywagacjami wyobraźni. Myślę zresztą, że jest to słabością tej powieści, przypominającą mi paletę z próbkami różnych materiałów. Być może zabrałem się do niej za wcześnie i bez przygotowania płynącego z innych lektur. A może przekład wcale nie taki dobry, jak go krytycy malują? Rozmaite teksty mają różny stopień przekładalności, czego domyślam się z relacji naszych wybitnych pisarzy i poetów o trudach przekładu.

   Bodaj wszyscy doświadczamy stanu świadomości pośredniego między stand-by sennych wizji, a skupieniem trzeźwego umysłu na określonym celu. Podczas golenia, czy mycia zębów przelatuje nam przez głowę słowoobrazotok, podobny stylistycznie do monologu Molly, nie sądzę jednak, aby to było godne wiekopomnego utrwalenia, chyba że udałoby się tą techniką uchwycić i rozświetlić coś istotnego.

   Wracając do Kafki. Wieje z jego powieści podobnie jak z rysunków, poczucie samotności. Czy jej świadomość wynika z odkrycia, że jest nieodłącznym elementem każdej egzystencji, ale nieliczni tylko dostrzegają jej nieuchronność? Czy jakieś okoliczności życia mogą ją pobudzać? Nie jestem zwolennikiem, a wręcz przeciwnikiem niuchania w losach pisarzy przyczyn charakteru ich twórczości. Ale ciekawość (niech się nazywa plotkarska), pragnienie możliwie najpełniejszego obrazu twórcy skłania mnie do szukania wszelkich, najdrobniejszych śladów. Kobiety w twórczości Kafki pojawiają się rzadko, jako dalekie zjawy, zwiewne efemerydy, bardziej należące do wyobraźni niż zmysłowej cielesności. W życiu pisarza także ich niewiele, ale za to korespondencja z nimi dość obfita. W listach do Felicji a potem Mileny odnajdywałem (nie pamiętam już jakie) swoje też lęki. Wyczytałem w nich głównie lęk przed samotnością właśnie, ale może się mylę, bo to było dawno.

   Następne pytanie: czy żydowskość Kafki objaśnia jego twórczość, to znaczy, czy można ją w niej znaleźć? Temat zbyt rozległy, abym go tu rozwijał, ale na pewno nigdy wprost do żydowskości się nie odwołuje.

   W skrócie: Chyba agnostyk – niemiecki Żyd w językowo słowiańskiej Pradze, gdzie enklawa żydowska była spora, lecz środowisko literackie nieliczne, czuł się (tak wyczuwam, czyli imaginuję) wyobcowany, co może być płodną glebą do uprawiania sztuki. Odnalazł go wąski opiniotwórczy krąg literacki wzajemnie się wspierający. Osobna to opowieść, dodam tylko, że Nobla nie dostał. Nic dziwnego, skoro niczego nie publikował, a i tak w modzie były wówczas rozlewne, malownicze sagi.

   Tak się składa, że byłem ubiegłej jesieni w Pradze. Kafka jest tam, równolegle ze Szwejkiem, odpustową ikoną, marką promującą miasto. Może któryś z turystów pod wpływem reklamy sięgnie po jego książki? Może…

   Tkwiącym we mnie przez lata imperatywem było: chcę wiedzieć wszystko! Nie udało się, nie wyszło?!…To się dało przewidzieć. Ale przynajmniej próbowałem i nie żałuję.

   Były czytelnik książek, Cze


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *