Wszystko dla mas

Zamiast wstępu

Sztuka ta jest swego rodzaju alegorią, próbą syntetycznego ujęcia wydarzeń re­wolucyjnych i postrewolucyjnych. Dziś pisarz, dramaturg nie musi bowiem – w przeci­wieństwie do poprzedników (np. Zygmunta Krasińskiego czy Stanisława Ignacego Witkie­wicza) – przewidywać, co będzie później. Wiele społeczeństw przeżyło rewolucje, okresy porewolucyjne i lata „powrotu” do świata „poprzednich” wartości.

W poniższym dramacie historia zatacza koło. Wojna była początkiem poprzedniej rewolucji, pod koniec sztuki zanosi się na kolejną wojnę. Rewolucyjni bohaterowie i ich następcy bez skrupułów przejmują, a później utrzymują władzę. Co umożliwiło ich suk­ces? Odpowiedzi na to pytanie tutaj nie znajdziecie. Nie potrafię jej udzielić. Nie wiem. Warto jednak przyjrzeć się mechanizmom władzy.

Osoby:

W salonie. Rewolucjoniści:

Ideolog – Pankracy. Przywódca rewolucji. Ginie zamordowany przez wodza armii pod koniec I aktu.

Jego żona – Zofia. Publicystka, fanatyczna zwolenniczka rewolucji, mimo że pochodzenia

szlacheckiego. Umiera w II akcie.

Wódz armii – Leon. Niewielkiego wzrostu, bardzo ambitny.

Córka Wodza – brzydula. Blond dziewczę z wielkimi piegami. Dwa warkocze przewiązane czerwonymi wstążeczkami w żółte groszki. Naiwna. Typ słodkiej idiotki. Z wiekiem prawie się nie zmienia.

Prezes Radiokomitetu – mąż Córki Wodza. Średnio rozgarnięty elegant.

Syn Wodza armii (Anatol) – oficer (w mundurze podobnym do munduru żołnierzy, jednak dodatkowo z epoletami i orderami). Później Prezes Banku Centralnego (w eleganckim, choć tandetnie błyszczącym garniturze). Raczej tępawy.

Żona Anatola – brunetka z długimi włosami. Mocny makijaż.

Minister Kultury – Felek Zdanek. Kolega rewolucjonistów spod celi. Pospolity przestęp­ca. Socjopata i psychopata.

Szef tajnych służb – szczupły, średniego wzrostu, zawsze w czarnych okularach. Zostaje zabity w II akcie. Jego miejsce zajmie były Pomocnik kucharza.

Żołnierz I – ubrany w strój rewolucyjny. Połączenie stroju esesmana z czerwonogwardzi­stą.

Żołnierz II – ubrany podobnie jak i żołnierz I.

Ambasador – wysłannik Arystolandii.

W kuchni:

Służący I – syn zbankrutowanego ziemianina. Ojciec przegrał majątek w karty jeszcze przed rewolucją.

Pokojówka I – narzeczona, później żona Służącego I .

Pokojówka II

Kucharz – mówi prostackim językiem, który czasami kaleczy, np. nie wymawiając „ę”. Kocha swój zawód, artysta gotowania.

Służący II

Służący III – młody człowiek z „irokezem”, który zastąpi w pracy Służącego I w III akcie. Jest podobny do Służącego II, z tym że nie ma wąsów. Rolę tę może grać ten sam aktor.

Szofer

Szofer II

Ochroniarz

Pomocnik kucharza – później – dzięki wsparciu Ministra Kultury – Szofer i pracownik tajnych służb, wreszcie w III akcie Szef tajnych służb.

Pomocnik kucharza II

Ochroniarz II – pojawia się wraz ze Służącym III w III akcie. Młody człowiek z długimi włosami.

Dwaj zapaśnicy – ich sylwetki podkreślone (a nawet zbudowane) wyłącznie przy pomocy widocznego kostiumu. Kolory nienaturalne, krzykliwe. Występują w dziwacznych „bojo­wych” maskach. Ich role mogą grać inni, chwilowo wolni aktorzy.

Dwaj grabarze – występują w białych maskach. Mogą grać ich aktualnie wolni aktorzy.68 69

Akt I

Rewolucja – przejęcie władzy.

Scena 1

[W kuchni. Pojęcie „kuchnia” jest tu dość umowne. To raczej miejsce pełniące wiele funkcji gospodarczych pałacu. Są tu i kredensy i szafy z obrusami, jest także stolik, przy którym często przesiadują wolni w danej chwili od właściwej pracy: Szofer, Ochroniarz, Pokojowi i Służący.

W pomieszczeniu Służący I i Pokojówka I.]

Służący I – I cóż mogę ci ofiarować? Ojciec przegrał w karty cały nasz majątek. Ja od wczesnych lat pracuję.

Pokojówka I – Właśnie, mamy pracę. Poradzimy sobie. Miłość, nasza miłość najważ­niejsza.

Służący I – Chciałbym dać ci tak wiele…

Pokojówka I – Ja cię kocham.

Służący I – I ja ciebie.

Pokojówka I – To wystarczy.

[Do kuchni wchodzi Służący II, po nim Szofer. Pokojówka I i Służący I oddalają się od siebie. Pokojówka I układa obrusy. Szofer siada na krześle i przegląda gazetę.]

Szofer – Cześć. Witajcie.

Służący II – Dzień dobry.

Szofer – Patrzcie, u nas rewolucja, tyle krwi przelanej, a w Demolandzie bez problemów monarcha władzę narodowi oddał. Tak jak wcześniej w wielu innych krajach.

[Do pomieszczenia wchodzi Kucharz i Pomocnik kucharza.]

Kucharz – Szczęść wam Boże. Co, już w pracy? [Nie czekając na odpowiedź, szybko podchodzi do kuchni i wlewa wodę do garnka.]

Służący II – Dzień wam dobry. Tak jak widać. [Po chwili do Szofera.] Jego szczęście. Jak nie po dobrej woli, to siłą wszędzie władzę lud odbierze. Im szybciej ją oddadzą, tym lepiej dla nich. Może głowy zachowają. Koniec rządów panów.

Kucharz – Zawsze komuś trza gotować.

Pomocnik kucharza – Ja o większych rzeczach marzę.

Kucharz – Bo i kucharz z ciebie będzie marny. Wczoraj znów przesoliłeś sos. Musiałem wylać i szybko zrobić inny. Jeszcze jeden błąd i wylecisz z pracy.

Pomocnik kucharza – [Zajęty już obieraniem ziemniaków.] Też mi praca. Znajdę lepszą.

Kucharz – Pracę, jaka by nie była, trza szanować.

[Wchodzi, a właściwie wbiega Pokojówka II.]

Pokojówka II – Słyszeliście? Wszyscy, wszyscy zginęli! Cała rodzina wymordowana. Wszyscy zginęli. Nawet dzieci.

Kucharz – Niemożliwe? Nawet dzieci?

Szofer – Co ty pleciesz?

Pokojówka II – Tak jak mówię. Wszyscy!

Kucharz – Boże. Kiedy to się skończy wreszcie?

Pokojówka I – Pani jaka była grzeczna.

Pokojówka II – Pamiętam, jak kiedyś rozlałam kompot. Byłam przerażona. „Nic się nie stało”, powiedziała.

Pokojówka I – [Zbliżając się do Służącego I, w miarę cicho, ale na tyle głośno, że pytanie słyszą i inni.] I co teraz z nami będzie?

Kucharz – [ Uważając, że pytanie Pokojówki I dotyczy wszystkich.] Praca będzie taka sama.

Szofer – Panowie się zmieniają.

Kucharz – Podniebienia nowych na pewno bedo takie same. 70 71

Scena 2

[Salon pałacu czasowo pełniący funkcję sztabu rewolucyjnego. Wyposażenie pałacowe, o nowej funkcji świadczy telegraf stojący na stoliku przy ścianie, zwijana w rulon ogromna mapa – bez określonych granic – leżąca na stole. Biurko, niepasujące do po­zostałych mebli. Za biurkiem siedzi Ideolog. Obok na stoliku urządzenie do wysyłania depesz. Ideolog trzyma w ręku pasek depeszy. Do gabinetu wchodzi Wódz armii.]

Ideolog – Kto wydał rozkaz? Boże, cała rodzina, nawet dzieci.

Wódz armii – Mówiłeś, że Boga nie ma.

Ideolog – Mówiłem, że nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy Bóg jest, czy go nie ma. Dlatego żyję tak, jakby go nie było. To różnica. Zresztą ty i tak tego nie rozumiesz. To­bie i tak wszystko jedno. Do diabła. Tak tylko mówię – Boże. Kto wydał rozkaz?

Wódz armii – [Rozdrażniony.] Nie wiem. Ktoś na dole.

Ideolog – Boże… Tyle krwi. Tyle krwi.

Wódz armii – To wojna, że tak powiem, ofiary muszą być. Ich śmierć może powstrzy­ma pozostałych. Czas najwyższy zakończyć walkę. Prawda.

Ideolog – Wojna, ale domowa. Zginęło już trzy miliony.

Wódz armii – To tylko liczby. Dwa, trzy, pięć. Liczby, statystyka. Ofiary muszą być. To wrogowie rewolucji… To właśnie z winy tych straconych, wcześniejsza wojna, zabor­cza, że tak powiem… przez nich przecież rozpoczęta… prawda, też pochłonęła miliony ofiar.

Ideolog – Może i masz rację. Zamiast rozwiązywać wewnętrzne sprawy kraju posłali naród na niepotrzebną wojną. Teraz, gdy zwyciężymy, damy ludowi wolność. Za nami pójdą inni, inne kraje. Zwycięży rewolucja światowa. Śmierć zawsze jednak mnie prze­raża.

Wódz armii – To krwiopijcy. Arystokraci, kapitaliści i ich sługusy… że tak powiem. Zapłacili za swe zbrodnie.

Ideolog – Ale sąd. A dzieci? Dzieci przecież jeszcze nie zdążyły zdradzić, nic złego zrobić.

Wódz armii – Jeśli nie same, to kto inny zza ich pleców zbrodnie by popełniał. Prawda. Już dziś były dla nas groźne, tym bardziej w przyszłości… Zresztą ileż innych dzieci poległo? Nikt o tym nie wspominał. Ileż ich dziś wśród bezdomnych na ulicach naszych miast? Zresztą stało się. Koniec. Kropka, że tak powiem. Tradycja… Musimy zacząć pisać nową. Nie tak łatwo utrwalić nową władzę…

Ideolog – Może i masz rację… Nasza narracja przeciw ich narracji… My rządzimy… cóż ich szepty przeciw naszej prawdzie mogą znaczyć?

[Wchodzi Felek Zdanek.]

Felek Zdanek – Czy to prawda?

Ideolog – O co pytasz?

Felek Zdanek – No, ta zbrodnia?

Wódz armii – Ciebie chyba nie przeraża. Przecież za zbrodnie cię wsadzili .

Felek Zdanek – [Śmiejąc się.] Parę osób się zabiło, tych trupów jednak mi już nie przy­piszecie. Przecież jestem z wami. [Patrząc na Ideologa i Wodza.] Czyli prawda?

Wódz armii – Prawda, prawda.

Felek Zdanek – Tak często słowo to powtarzasz, że już nie wiem, czy to przerywnik czy prawda?

Ideolog – Prawda.

Felek Zdanek – To i dobrze. Teraz koniec. Czas rozpocząć naszą władzę.

Ideolog – Jeszcze wiele pracy jest przed nami.

Felek Zdanek – Możesz to i nazwać pracą.

Wódz armii – Jeszcze wielu arystokratów zbiera siły. Władzy łatwo nie oddadzą. 72 73

Scena 3

[W kuchni. Przy stoliku siedzą Szofer, Ochroniarz i Służący II, czytają gazetę. Kucharz kroi ogórki w plasterki, Pomocnik kucharza obiera ziemniaki. Pokojówka I, Pokojówka II i Służący I układają ręczniki.]

Kucharz – [Patrząc na Pomocnika.] Szybciej, brachu, bo z obiadem nie zdążymy.

Pomocnik kucharza – Szybciej nie dam rady.

Kucharz – Lepiej powiedz – nie chcę.

Szofer – [Odkładając gazetę.] Uzyskamy wolność.

Pomocnik kucharza – Znaczy, że nie będę już gotować?

Szofer – Wolność myśli, głupcze.

Pomocnik kucharza – Nie rozumiem.

Szofer – Boś jest ciemny.

Kucharz – Ja tam lubie swoją kuchnię.

Służący I – [Do Pokojówki I. Cicho.] Czemu jesteś taka smutna?

Pokojówka I – [Też cicho.] Smutna? Nie.

Służący I – Tak mi się wydaje.

Pokojówka I – Nie, to tylko przemęczenie. W ich sypialniach wciąż bałagan. Praca tak nieregularna.

Służący II – Co tam w kącie tak szepczecie? Mówcie głośno, bo o spisek was posądzą.

Pokojówka I – Nie przesadzaj. My tu tylko pracujemy.

Pokojówka II – Pracę mieć to zaszczyt. Taką pracę.

Służący I – Toteż nikt z nas nie narzeka.

Szofer – U nas w pracy ktoś donosi?

Służący I – Niemożliwe.

Szofer – A możliwe właśnie. Sam słyszałem jak Wódz mówił, w samochodzie. Wczoraj. Jak mówił, że porządek u nas trzeba zrobić, że szemrzemy.

Służący II – Kto tu szemrze?

Szofer – Otóż właśnie. Ktoś donosi i przekręca. Za pieniądze ludzie do wszystkiego zdol­ni.

Kucharz – Ja tam nie wim. Ja tu tylko gotuję. I to dobrze, to wi każdy.

Szofer – Nie mówię – kto, mówię ktoś.

Służący II – Podejrzany ten, kto pyta.

Szofer – [W postawie bojowej.] Uważaj, bo…

Służący II – Bo co? Przecież to nie ja. Chyba mnie już znasz.

[Do kuchni wchodzą dwaj żołnierze. Podchodzą do Szofera.]

Żołnierz I – Wstawaj. My po ciebie.

Scena 4

[W salonie. Pierwszy konflikt w obozie nowej władzy.]

Żona Ideologa – Boję się go. Tak źle mu z oczu patrzy.

Ideolog – Ktoś musi wykonać brudną robotę. Później go usuniemy. Jeszcze nie czas.

Żona – Już pora. Wojna domowa prawie ukończona. Wróg rozbity, resztki tylko bronią się na kresach… Nie oni jednak dziś nam grożą, lecz ci z nas, którzy mają zbyt wiele am­bicji. Uważaj, on ma coraz więcej siły. Za dużo już wie.

Ideolog – Nie przesadzaj. Chyba jednak wpadasz w paranoję.

Żona Ideologa – Bo i czasy coraz gorsze. Męczą mnie wciąż straszniejsze wieści. Boże, kiedy to się skończy?

[Żona Ideologa wychodzi z salonu, Ideolog otwiera jakiś list. Czyta. Po chwili wchodzi Szef tajnych służb.]74 75

Ideolog – I jak tam? Jak nastroje?

Szef tajnych służb – Coraz lepiej. Tych, którzy szemrali, zesłaliśmy na roboty. W ko­palniach, kamieniołomach, przy wycince lasu nauczą się, co oznacza posłuszeństwo pań­stwu… ci, co przeżyją oczywiście.

Ideolog – To i dobrze. Myślę, że z czasem powinniśmy znacznie zmniejszyć armię. Do pracy prześle się żołnierzy.

[Wchodzi Wódz armii.]

Wódz armii – Wojna zakończona. Wróg rozbity.

Ideolog – Właśnie mówiłem, że teraz trzeba rozwiązać armię. Powinniśmy skierować wszystkie siły do odbudowy kraju.

Wódz armii – Armia zawsze jest potrzebna. Jej rozwiązać nie pozwolę.

Szef tajnych służb – Armia i służby to podstawy bytu kraju. Bez nas rządzić niepodobna.

Ideolog – Tak myśleli ci poprzedni. My inny model państwa wymyślimy.

Wódz armii – Hmm… Może kiedyś. Dziś wróg czuwa.

Ideolog – Przecież pokonany.

Szef tajnych służb – Już my go znajdziemy.

Wódz armii – Dziś teki na nowo trzeba dzielić, to ważniejsze i nam bliższe cele.

Ideolog – Na stanowiska dziś za wcześnie.

Szef tajnych służb – A ja zgadzam się z Wodzem armii, właśnie dziś je trzeba dzielić.

Wódz armii – Dla mnie jasne. Armią ciągle ja dowodzę.

Szef tajnych służb – Moja zgoda.

Ideolog – [Z rezygnacją.] I moja także.

Szef tajnych służb – To i ja na stanowisku swym zostanę, służbę dla nas będę pełnić.

Wódz armii – Moja zgoda.

Ideolog – Moja także.

Felek Zdanek – A co dla mnie?

Wódz armii – Pod celą na mandolinie grałeś nieźle. [Z rozrzewnieniem nuci, bardzo fał­szując.] „Felek Zdankiewicz był chłopak morowy”. Dziś propaganda… że tak powiem, będzie najważniejsza. Musimy mieć pełną kontrolę nad środowiskami kultury… Prawda. Może teka Ministra Kultury?

Ideolog – Bez przesady.

Felek Zdanek – Co, że nie dam rady?

Ideolog – Ale przecież…

Wódz armii – Coś dziś… prawda… dziś za często wciąż jesteś przeciw.

Szef tajnych służb – Ja jestem za.

Wódz armii – Teka twoja. Pokaż, co potrafisz.

Scena 5

[W salonie. Stół przesunięty pod ścianę. W jego miejsce zaimprowizowany ring – dywan. W salonie Ideolog, Wódz armii, Minister Kultury i Służący II, który trzyma tacę, z której pozostali biorą po kieliszku z koniakiem.

Walka atlety-kulturysty, dla którego ważna jest sylwetka, z chudym siłaczem. Za formą nie musi kryć się treść.

Atleta pokazuje, jak pięknie jest zbudowany. Piękno jest wartością względną. Atleta jest przesadnie umięśniony. Nie ma ducha walki. Nie po to ćwiczył, by walczyć. Do walki zo­staje zmuszony. Jego przeciwnik jest szczupły, ale bardzo agresywny. Silny.]

Minister Kultury – [ Wskazując gotowych do walki zapaśników.] To najlepsza forma rozrywki. Bez podtekstów.

Ideolog – Wszędzie można znaleźć jakąś treść.

Wódz armii – Hmm. Chyba masz… że tak powiem, rację. Piękno, siła, z drugiej strony słabość. Ja na kulturystę stawiam.76 77

Minister Kultury – Przyjmuję.

Ideolog – Nie rozumiem?

Wódz armii – Dwa do jednego, że wygra kulturysta.

Ideolog – Może wygrać chudszy.

Wódz armii – To co, przyjmujesz?

Ideolog – Niech ci będzie.

Minister Kultury – Zaczynajcie.

[Toczy się walka. Po kilku próbach podejścia chudy zawodnik bardzo szybko skłonem chwyta przeciwnika za nogę i sprowadza do parteru, po czym zakłada mu klamrę. Kultu­rysta uderza ręką w podłogę, dając sygnał, że się poddaje.]

Wódz armii – [Do zapaśników.] Wynocha!

[Zapaśnicy szybko wychodzą, a właściwie wybiegają z salonu.]

Ideolog – I co, i już?

Minister Kultury – Drugim razem pokażę lepszych przeciwników.

Ideolog – [Do Wodza armii.] To co? Wygrałem. Jednak miałem rację.

[Wódz armii wyjmuje pistolet i strzela do Ideologa. Następnie strzela do Służącego II i wkłada mu broń do ręki. Z szuflady biurka wyjmuje rewolwer i znów strzela, tym razem w powietrze.]

Wódz armii – [Do Ministra Kultury.] Dość go miałem. Zawsze musi mieć rację. To mę­czące.

Minister Kultury – Też go nie lubiłem.

[Do pokoju wbiega dwóch strażników.]

Wódz armii – [Z rozpaczą w głosie.] Zabił, zabił naszego Przywódcę. Ojca narodu. Dwa tragiczne strzały. [Groźnie, wskazując na zwłoki Służącego II.] Kto przyjmował go do pracy? Kto go kontrolował? Sprawdzić. Sprawdzić i zesłać na roboty. Rodzinę tego śmie­cia… [pokazuje na ciało], że tak powiem, na roboty. Dożywotnio… [Po chwili], prawda. Nie, na śmierć skazać. Rozstrzelać. Wszystkich, aż do trzeciego pokolenia. Co za zdrada! Wszędzie zdrajcy. A myśleliśmy, że to już zwycięstwo. Trzeba być czujnym… że tak po­wiem. Uważać. Wróg czuwa, może być wszędzie. [Patrząc na strażników.] Wy jeszcze tu? [Rozkazująco.] Wykonać!

Minister Kultury – Natychmiast!

Strażnicy – [Razem.] Tak jest.

[Strażnicy wychodzą, za nimi Wódz armii i Minister Kultury. Po krótkiej chwili na sce­nę wchodzą, ciągnąc drewniany wózek, dwaj grabarze (w białych maskach). Na wózku trumna z dużą żółtą szóstką. Grabarze wkładają Ideologa do trumny. Później wrzucają na wózek zwłoki Służącego II i, ciągnąc wózek, schodzą ze sceny.]

Scena 6

[Pogrzeb. W salonie przed stołem, na niższym od niego, specjalnym stojaku przykrytym czarnym kirem z żółtą szóstką w kole w środku, trumna. Przed nią dwaj żołnierze z bronią. Po krótkiej chwili do trumny podchodzą żałobnie ubrani: Żona ideologa, Minister Kul­tury, Szef tajnych służb, Wódz armii, jego Córka i Syn w stroju oficera. Przemawia Wódz armii.]

Wódz armii – [Trzyma w ręku spisane przemówienie, ale mówi, nie zaglądając do tek­stu.] Eee, że tak powiem… Przywiodła nas tu… prawda… smutna okoliczność, przyszli­śmy tu… prawda… by pożegnać naszego ukochanego… że tak powiem, wspaniałego, największego przywódcę… prawda… myśliciela. Wielkiego przyjaciela, człowieka nie­zastąpionego. Człowieka, który… że tak powiem, wskazał nam drogę. Drogę prawdy, drogę, którą… prawda… szliśmy dotąd razem. Jego życie, przerwała… że tak powiem, zostało przerwane zdradziecką ręką, tego… że tak powiem, przedstawiciela tej warstwy, dla której właśnie życie chciał poświęcić. Prawda. Strzelił człowiek z ludu. Nie uda się 78 79

jednak naszym wrogom, wbrew ich propagandzie, wbrew… że tak powiem, nieudolnym próbom oszukiwania mas zawrócić nas z raz obranej drogi.

Rewolucja zwyciężyła. Przyszedł czas… że tak powiem, wolności, równości. Wróg jed­nak się czai, musimy być czujni. Prawda. Rewolucja przyniosła wolność dla ludu, który od zawsze był tylko zniewolony. Ci, którzy myśleli, że śmierć naszego ukochanego… że tak powiem, Ideologa powstrzyma realizację jego marzeń, mylą się. Że tak powiem, przeciwnie. Teraz przyśpieszymy zmiany. Teraz czas, by wprowadzić w życie idee na­szego wielkiego… że tak powiem, przyjaciela. Dla ludzi pracy… prawda, ziemia będzie jednym miastem kwitnącym, jednym domem szczęśliwym, jednym warsztatem bogactw i przemysłu1. Powstaną tu szklane domy. Praca i chleb dla wszystkich. Prawda. Zbuduje­my nowy, sprawiedliwy ład dla nas wszystkich.

[Chowa kartki do kieszeni. Minister Kultury zaczyna klaskać, szybko jednak reflektuje się i przestaje.]

Wódz armii – Prosimy o nieskładanie kondolencji. W imieniu żony naszego… że tak powiem, naszego tragicznie zmarłego przyjaciela zapraszam na skromny poczęstunek.

[Wchodzą dwaj służący z tacami zastawionymi kieliszkami z winem.]

Wódz armii – [Bierze z tacy kieliszek z winem i podchodzi do Żony Ideologa.] Uważaj. Ostrzegam. Przestań jątrzyć. I tak niczego nie zmienisz.

Żona Ideologa – Co ty mówisz? Jeszcze dziś? Gdy Pankracy jeszcze tutaj…

Wódz armii – Powiedziałem raz i starczy.

Żona Ideologa – Już słyszałam.

[Podchodzi do nich Szef tajnych służb.]

Szef tajnych służb – To był wielki człowiek… Cóż, był. Wielka strata.

Wódz armii – Prawda. Wielka.

Żona Ideologa – Źle się czuję. Pójdę już.

1 Cytat z „Nie-Boskiej komedii”

Wódz armii – Przyjdź jutro. O przyszłości pomyślimy. Trzeba wydać jego prace.

Żona Ideologa – Właśnie o tym myślałam.

Wódz armii – [Sucho.] My pomyślimy.

Żona Ideologa – Do widzenia. [Wychodzi.]

[Do Wodza podchodzi jego syn, Anatol.]

Anatol – Tato, ja już pójdę. Umówiłem się z panienką.

Wódz armii – Jeśli tak, to nie ma sprawy. Mógłbyś jednak, czasem – czasem, mówię, o sprawach państwa… że tak powiem, pomyśleć.

Anatol – No to lecę. [Wychodzi.]

Szef tajnych służb – Trzeba zmienić świat. Teraz lud będzie rządzić, ludowa będzie wła­sność.

Wódz armii – Cała władza dla mas.

Szef tajnych służb – Chciałeś powiedzieć – dla nas.

Minister Kultury – [Śmiejąc się.] Jedna literka, cóż to znaczy?

Wódz armii – Zresztą i masy dostaną to, czego im potrzeba. Pracy i chleba.

Szef tajnych służb – Praca za chleb. To rozumiem. Za miskę zupy niech pracują. To im w zupełności wystarczy.

Wódz armii – Jedzenie, mieszkanie i ubranie. Trzy rzeczy potrzebne do życia, na co zwra­cał uwagę już Platon i później Marks.

Szef tajnych służb – Każdemu… Tak, każdemu z nich po równo.

Wódz armii – [Głośno, ale jakby do siebie.] Jest nasza prawda i prawda dla nich. Dla nich narracja, opowieść musi być piękna. Kiedyś będą mieli swój szczęśliwy świat. Dostaną wszystko. Wszystko… że tak powiem. Kiedyś.

Szef tajnych służb – Kiedyś, czyli nigdy.

Wódz armii – Kto to wie? Kiedyś, mówię. Może gdy nas już tu nie będzie. Tego nikt już nie wie. Dziś jednak cała władza nasza. Prawda. Nasze wszystko, i ich los w naszych rękach.80 81

Akt II

Umacnianie władzy. Przejmowanie majątku poprzednich elit na rzecz „ludu”.

[Jest to okres stabilizowania się władzy. W salonie, który teraz pełni funkcję gabinetu rządowego, panuje ład, porządek. O nowej funkcji tego pomieszczenia świadczy jedynie biurko, na którym stoją dwa telefony.]

Scena 1

[W kuchni. Kucharz, Pomocnik kucharza, Służący II, Szofer, Służący I, Pokojówka I.]

Kucharz – U nas na wsi wielkie zmiany. Spółdzielnie zawiązali. Ziemia wspólna, wspól­na gospodarka. Każden względem pracy zyski otrzymuje.

Służący II – Fabryki też są wspólne. Tam też praca najważniejsza. Robotników dzisiaj władza. To oni tworzą nasz majątek.

[Do kuchni wchodzi Minister Kultury, w eleganckim garniturze, z białym szalikiem nie­dbale owiniętym wokół szyi. W kuchni wszyscy cichną.]

Minister Kultury – No i jak? Co dziś będzie na obiad?

Kucharz – Na przystawkę trufle, później zupa grzybowa. Bażanty…

Minister Kultury – [Podchodząc do ładnej pokojówki i klepiąc ją w pupę.] A na deser?

Kucharz – Lody z ananasem, polewane likierem orzechowym.

Minister Kultury – Nie wiem, czy to dobre połączenie? [Podchodzi do młodego ładne­go Pomocnika kucharza. Mówi ciepło, z podtekstem.] Jaki piękny chłopiec. Jak masz na imię, chłopcze?

Pomocnik kucharza – [Niepewnie.] Franuś, proszę jaśnie pana.

Minister Kultury – Jaśnie panów dziś już nie ma. Obywatel lub towarzysz, mów mi, towarzyszu. Dziś jesteśmy równi.

Pomocnik kucharza – [Niepewnie.] Dobrze… towarzyszu.

Minister Kultury – Tak już lepiej. Chłopcze, ty się tu marnujesz. Przyjdź do mnie, pomy­ślimy o twej przyszłości. Mam pokój w lewym skrzydle, na piętrze. Trafisz?

Pomocnik kucharza – [Niepewnie.] Nie wiem… [Szuka wsparcia w oczach pozostałych pracowników, ci jednak, jakby nie rozumiejąc sytuacji, „gorliwie” zajmują się jakąś pra­cą.] Spróbuję.

Minister Kultury – [Tonem nieznoszącym sprzeciwu.] Trafisz, trafisz, Franuś… [Z tonem groźby w głosie i postawie.] Ci. co nie trafili… sam wiesz. [Przygląda się Pomocnikowi kucharza.] No, no, naprawdę jesteś piękny. [Wychodzi z kuchni.]

Służący I – [Do Pokojówki I.] I jak?

Pokojówka I – Jestem w ciąży.

Służący I – Cóż za szczęście. [Głośno do wszystkich.] Zapraszamy po pracy do nas na przyjęcie. Ewa jest przy nadziei.

Kucharz – Przyjdę wcześniej i zakąski przygotuje wam w prezencie.

Szofer – Ja mam wino z dawnych czasów.

Pomocnik kucharza – [Podejrzliwie.] Z dawnych czasów?

Szofer – [Niepewnie.] Tak. Po-poprzedni państwo kiedyś w sa-samochodzie zostawili. Na pi-pikniku nie wypili i…

Ochroniarz – Co się tak jąkasz, tak tłumaczysz? Masz, to przynieś. Jest okazja wypijemy. Przecież nikt tu nie donosi.

Scena 2

[Salon pałacowy – gabinet rządu. W gabinecie przy stole: Wódz armii, Minister Kultury, Szef tajnej policji.]

Szef tajnej policji – Ciągłe bunty. Wczoraj stanęła huta w Borze. Tydzień temu wyszli na ulice tu, w stolicy. 82 83

Wódz armii – Bo zbyt długo z nimi się cackamy. Iluż arystokratów ciągle z dumą cho­dzi po ulicach. A fabryki, banki, sklepy i hurtownie, czemu ciągle jeszcze nie wszystkie zabrane?

Wódz armii – A żona ideologa? Słyszałem, że po kątach wciąż coś szemrze.

Szef tajnych służb – Nigdy jej nie ufałem. To szlachcianka. Jaśniepańskie obyczaje wciąż jej bliskie.

Wódz armii – Właśnie. Przecież są obozy pracy.

Szef tajnych służb – Jeśli tylko każesz.

Wódz armii – Część odpowiedzialności weź na siebie bez rozkazu. Prawda.

Szef tajnych służb – Zrobione, Nie ma sprawy. Nie martw się, problem ten już nie po­wróci.

Minister Kultury – Słusznie to problemem tylko nazywacie. Nigdy jej nie ufałem, była nie z naszego świata. [Śmiejąc się.] Dla ludu chciała się poświęcić. Dla mas. To i dobrze, teraz może odejść. Dla nas jej nie trzeba. Teraz przyśpieszymy zmiany.

Szef tajnej policji – Teraz przykręcimy śruby.

Wódz armii – I nie cackać mi się z nikim. Arystokratów i ich rodziny jak najszybciej zniszczyć… że tak powiem. Komu można zdradę udowodnić… o dowody dziś nie trud­no… tego stracić. Rodziny wywłaszczyć… że tak powiem, później dzieci… prawda. Do dobrych szkół już ich nie dopuszczać… praca dla nich gdzieś w kopalni. Będą walczyć. To tym lepiej… że tak powiem. Zamykać do więzień, niszczyć, nękać. Prawda.

Szef tajnej policji – Da się zrobić… A właśnie. Jest tu ten arystokrata Ławski. Przedtem w ich rządzie był ministrem spraw wewnętrznych. Chciał się z tobą widzieć.

Wódz armii – Jeszcze żyje? Jak on przeżył?

Szef tajnej policji – Poznał wcześniej wiele tajemnic, wiele ścieżek. Wielu w państwie miał w swych sidłach.

Wódz armii – Narada skończona. Możecie wyjść.

[Minister Kultury i Szef tajnej policji wychodzą. Wódz armii zajmuje miejsce za biurkiem.]

Wódz armii – [Głośno.] Straż! [Wbiegają żołnierze.] Gdzie ten Ławski?

Żołnierz – W przedpokoju czeka.

Wódz armii – Może wejść.

[Żołnierze wychodzą, po chwili wchodzi arystokrata Ławski. Staje przed biurkiem. Wódz armii, siedząc za biurkiem, przegląda jakieś papiery.]

Wódz armii – [Po chwili.] Słyszałem, że wciąż nie utraciłeś wszystkich włości?

Ławski – [Butnie.] Nie przywykłem być tykanym.

Wódz armii – To przywyknij. Dziś więzienia przecież nasze.

Ławski – [Mniej pewnie.] Wszystko ulec może zmianie. Nie tak łatwo zburzyć nasz świat wartości.

Wódz armii – Waszych wartości. Jakież to wartości? Władza? Dziś my ją mamy. Siła? Też po naszej stronie. Epolety i ordery? Wymyślimy własne. Zgrzybiali, robaczywi, pełni napoju i jadła, ustąpcie młodym, zgłodniałym i silnym2.

Ławski – Ustąpcie. Jakże piękny eufemizm na nazwanie zbrodni.

Wódz armii – [Kontynuując, jakby nie słyszał uwagi Ławskiego.] Maski pozy, miny… to jedyne wartości, które po was pozostały i te zginą z waszym światem.

Ławski – Nie zniszczycie go zupełnie. Nasz świat wróci.

Wódz armii – [Groźnie.] Życie jednak trudno wrócić… Wracając… że tak powiem, do tematu… Reformę omijasz… ziemie rozpisałeś, by nie oddać w ręce ludu. Prawo chcesz ominąć?

Ławski – Mamy te włości od pokoleń

Wódz armii – Bo zostały kiedyś zagrabione. Słowo rycerz od rozbójnika przecież po­chodzi.

Ławski – Od pokoleń, później ciężka praca, by utrzymać ten majątek. Ci, co do naszej

2 Cytat z „Nie-Boskiej komedii”.84 85

warstwy weszli, musieli wykazać się wielka pracą, przedsiębiorczością.

Wódz armii – Spekulanci i złodzieje.

Ławski – Prawo, prawo najważniejsze!

Wódz armii – Dziś prawo my piszemy. Nie dla siebie, lecz dla ludu włości wasze dziś bierzemy. Jak mówiłem, włości kiedyś zagrabione…

Ławski – Cóż innego dziś wy robicie? Znów grabicie, jak mówicie, setki lat temu zagra­bione, lecz przecież prawnie nasze. Pochodzenie? Przez tyle pokoleń się mieszało. Ileż mezaliansów, ileż zdrad. Czytałem ostatnio… jakiś historyk się dogrzebał… podobno w jakiejś zacnej linii praprababką była zwykła kurwa zza granicy.

Wódz armii – Każdy z was to z kurwy syn.

Ławski – A ty kto? Myślisz, że nie czytałem twoich akt? Twój ojciec był alfonsem, ku­rew miał gdzieś z dziesięć. Nawet nie wiesz, która była twoją matką, bo oddano cię do przytułku.

Wódz armii – Kto jeszcze o tym wie?

Ławski – Niewielu, dziś już może nikt, ale w aktach… gdzieś w papierach śladów jest bez liku…

Wódz armii – [Wyjmuje nagana.] Papiery? Papier spalić można. [Strzela. Ławski pada. Po chwili Wódz armii woła głośno.] Straż! [Wbiegają dwaj żołnierze w strojach rewolu­cyjnych.] Zabrać mi to ścierwo.

[Żołnierze wynoszą trupa. Wódz armii wyjmuje z barku butelkę koniaku i nalewa sobie lampkę. Po chwili do gabinetu wchodzi Córka Wodza.]

Wódz armii – I jak tam, córuś, czegoś znowu potrzebujesz?

Córka – [Ciepło.] Och, tatko. Tak chciałabym dostać maleńkiego pieska.

Wódz armii – Tylko tyle? Jutro go kupimy.

Córka – Och tatusiu, jesteś taki dobry.

Wódz armii – [Popijając koniak.] Jak tam w szkole?

Córka – Pani od rachunków ciągle krzyczy.

Wódz armii – Ciągle krzyczy, mówisz? No to ją zmienimy.

Córka – Dzięki, tatku.

Scena 3

[W kuchni. Kucharz nakłada coś na talerze. Służący I bierze je w milczeniu i wychodzi. Szofer siedzi w rogu na krześle i czyta gazetę. Po przeciwnej stronie Pokojówka II układa obrusy. Do kuchni wchodzi dwóch żołnierzy. Podchodzą do Szofera i biorą go pod ręce.]

Szofer – [Stawiając opór.] Ale o co chodzi?

Żołnierz I – [Do Żołnierza II.] Nigdy się nie nauczą, że opór tu bez sensu.

Żołnierz II – [Do szofera.] Idź spokojnie durniu. Jeśli nawet nie wiesz, za co, to i tak ci to powiedzą.

Żołnierz I – Wie, to pewne, lecz udaje. [Wychodzą.]

[Kucharz, który jakby nie dostrzegał tego wydarzenia, cały czas układał talerze, podobnie Pokojówka II wciąż zajęta „bardzo starannym” układaniem obrusów. Po chwili wchodzi Pomocnik kucharza, tym razem jednak w uniformie Szofera (Szofer II).]

Kucharz – O, jaśnie pan awansował. [Podchodzi do Szofera II i obraca go.] No, no. Uni­form całkiem nowy. Patrzcie państwo.

Szofer II – [Ostro, z tonem groźby w głosie.] Nie tykaj pan. Nie tykaj.

Kucharz – [ Oddalając się od niego. Z lekką obawą, a nawet przestrachem w głosie.] O, przepraszam. Nie chciałem urazić. Po prostu, cieszy, gdy ktoś awansuje.

[Do kuchni wchodzi Pokojówka I z młodym mężczyzną.]

Pokojówka I – [Podchodząc do kucharza.] Ten pan będzie nowym pomocnikiem.

Pomocnik kucharza II – Jaki pan. Zenek jestem.

Kucharz – No to, Zenek, do roboty.86 87

Pomocnik kucharza II – Co mam robić?

Kucharz – Na początek rzecz najprostszą. [Wskazuje na wiadro z ziemniakami.] Obierz te ziemniaki. Chyba potrafisz?

Pomocnik kucharza – [Z werwą.] Jasne, w domu to robiłem.

Kucharz – Może bedą z ciebie ludzie. Gotowanie to jest sztuka. Trza być wrażliwym, znać potrzebe zmysłów, później poznać całą gamę smaków, wreszcie samo gotowanie. Znać proporcje, właściwości. Nie, to nie jest takie proste. Twój poprzednik tu nie sprostał.

Pomocnik kucharza II – [Obierając ziemniaki.] Ja spróbuję.

Kucharz – Miło słyszeć. Zobaczymy.

Pokojówka II – Nowy pan jest wspaniałym człowiekiem. Jaki rodzinny, jak dba o dzieci. Córka jego dostała maleńkiego pieska. Jak go tuli, jak go kocha…

Pokojówka I – I nad nas, służbę, się nie wynosi.

Służący I – [Właśnie wrócił do kuchni.] Wczoraj przypadkiem… zupełnie przypadkiem, naprawdę, stłukłem kieliszek. „Nic się nie stało. Posprzątaj to tylko szybko” – powiedział. Żadnych konsekwencji, żadnych uwag przy tym.

Służący III – Bo nie jego. To kieliszek poprzednich państwa. Nawet nie wie, ile on kosz­tował. Nie jego, to mu nie żal.

[Szofer II wychodzi z pomieszczenia.]

Kucharz – Nie opowiadaj głupstw. Ktoś podsłucha i na co ci to? Masz pracę, to się ciesz.

Służący III – Co ja takiego powiedziałem? Przecież to prawda. Zresztą teraz już jesteśmy równi. Tak jak kiedyś arystokraci i my możemy miny stroić.

Pomocnik kucharza II – My tu też potrafimy oryginalnymi być. Też nosimy miny.

Służący III – Wysokie buty w domu mamy i w parku zadajemy szpan.

Pomocnik kucharza – Ja najdalej mogę pluć.

Służący III – Kolczyków w ciele piętnaście mam.

Ochroniarz – Byleby nie sześć.

Służacy III – A jeśli dziesięć, to skąd wiadomo, który szósty i gdzie go mam?

Ochroniarz – Stary, uważaj, co mówisz.

Pomocnik kucharza – A może on prowokatorem jest, może jemu wolno? Zresztą czy nie ma dziś już nic gorszego niż obrazić liczbę sześć?

Służący III – Tatuaż na dupie i nie powiem jeszcze gdzie.

Pomocnik kucharza – My też możemy się gębić.

Ochroniarz – Wygębiać.

Służący III – Robić gębę.

Ochroniarz – Obrzydliwą.

Pomocnik kucharza – Piękną.

Ochroniarz – Uwzniośloną.

Służący III – Ty to gębą robisz?

Ochroniarz – Ja jestem w stanie nawet się odgębić.

Służący III – Tylko nie obcinaj sobie uszu i tak Van Goghiem nie zostaniesz.

[Wraca Szofer II w towarzystwie dwóch żołnierzy. Wskazuje na Służącego III. Żołnierze podchodzą do wskazanego, biorą go pod ręce i bez oporu wyprowadzają z sali.]

Scena 4

[W salonie. Wódz armii i Minister Kultury.]

Minister kultury – Zobacz, jak wielu poszło naszym śladem. Dziś w kolejnym państwie rewolucjoniści wzięli władzę.

Wódz armii – Gdzie? W jakim kraju?

Minister Kultury – Dziś nazywa się Ludoland, wcześniej… ymm… nie pamiętam. Czy nie wszystko jedno? Ważne, że zwycięstwo. Po kielichu warto strzelić.

Wódz armii – Warto. Po kielichu zawsze warto.

Minister Kultury – Rewolucja to jednak piękna sprawa.

Wódz armii – Piękna? A dlaczego?

Minister Kultury – Ludzi równa. Popatrz na nas. Tych z samego dołu w górę wnosi, a tych z góry o głowę skraca.

Wódz armii – Tak, to rewolucji dzieło. To ona winę za zbrodnie ponosi. Prawo historii, jak mówił wielki Marks. Rewolucja, historia i ich prawa. Ludzie tu niewinni, ludzie nie mają nic do rzeczy.

[Do salonu wchodzi Szef tajnych służb.]

Wódz armii – I jak tam Ambasador? Zadbaliście, by nie nudził się tu zbytnio?

Szef tajnych służb – Dostał wszystko. Jak kazałeś. Aż zanadto. Skąd tak wielka troska?

Wódz armii – Nie twoja sprawa, to nie pytaj.

Szef tajnych służb – Ja tak tylko…

Wódz armii – Powiem zresztą. Córkę mą, Brzydulę, wydać chcę za ich księcia. Kraje nasze chcę połączyć.

Szef tajnych służb – Przecież u nich wciąż monarchia.

Wódz armii – I cóż z tego? Czy ma córka nie księżniczka?

Szef tajnych służb – Twoja wola, ty tu rządzisz. Chociaż…

Wódz armii – [Do Ministra Kultury.] Obiad każ podawać.

[Minister głośno klaszcze w dłonie. Służba (obie Pokojówki i dwaj Służący) wnosi szybko wazy i tace z posiłkiem i wychodzi. W tym czasie Wódz armii, Szef tajnych służb i Minister Kultury czekają, stojąc przy stole. Wchodzi Ambasador Arystolandu.]

Wódz armii – Prosimy. Siadajcie.

[Cała czwórka zasiada przy stole.]

Wódz armii – To co? Po kielichu. Za waszego władcę.

Ambasador – [Podnosząc kielich.] Za władcę.

[Wypijają, po czym Służący szybko napełnia kielichy.]

Minister Kultury – [Wznosząc kielich ponownie.] Teraz za królową matkę.

Ambasador – Przecież ta nie żyje.

Minister Kultury – Nie wiedziałem. To za żonę jego.

Ambasador – Za królową.

[Służący ponownie nalewa alkohol.]

Minister Kultury – Teraz za syna.

Ambasador – Nie za szybkie tempo?

Minister Kultury – Za królewicza, skoro już mówiłem, wypić trzeba.

Ambasador – Jego zdrowie.

Wódz armii – Oby jak najdłużej panowali.

Ambasador – To już koniec rewolucji? I to wy mówicie?

Wódz armii – Dziś nadszedł etap umacniania władzy, czas powrócić do tradycji. Amba­sador – Arystolandia powstała w zamierzchłej przeszłości. Nasze elity nie pamiętają już, w jaki sposób doszły do władzy.

Szef tajnych służb – [Wyraźnie wstawiony.] Nie przesadzaj, wiemy, że twój dziad dorobił się na rozboju, a ojciec kupił tytuł.

Ambasador – [Też wstawiony.] Coś pan? Jak pan śmie?

Szef tajnych służb – Nie pan. U nas tylko towarzysze.

[Minister kultury gra na mandolinie, przyśpiewując. Lekko fałszuje.]

A z biura śledczego wypuścić nie chcieli

Felka Zdankiewicza pod kluczyk zamknęli

Ojra tarira, ojra tarira,

Ojra tarira, raz dwa trzy!

Lecz Feluś nie gapa, już nóż swój otwiera

Przebił Czajkowskiego, na fuksa naciera

Ojra tarira, ojra tarira,

Ojra tarira, raz dwa trzy!

Ledwie wyskoczył za bramę ratusza

Wsiada do dorożki, na stolicę rusza.

Ojra tarira, ojra tarira,

Ojra tarira, raz dwa trzy!

Szef tajnych służb – Rewolucja permanentna naszym celem.

Ambasador – Ludzie zawsze dzielili się na lepszych i gorszych.

Wódz armii – Moją córkę z waszym księciem… że tak powiem, by połączyć.

Ambasador – To możliwe. Władca nad tym myśli.

Szef tajnych służb – Taki mariaż? A gdzie rewolucji ideały?

Wódz armii – Zważaj, bracie. Nie do ludu teraz mówisz. Miałeś sprawdzić najnowsze depesze.

Szef tajnych służb – Na śmierć zapomniałem. Zaraz wracam. [Wychodzi.]

Wódz armii – [Do siebie.] Na śmierć właśnie. [Głośniej.] Wszystkiego trzeba samemu dopilnować. Prawda… Więc mówisz pan, że mariaż jest możliwy?

Ambasador – Mówiłem, że nasz władca dopuszcza taki wariant.

Wódz armii – Wariant. Prawda. Niezłe słowo, że tak powiem. Więc dobrze. Poczekamy, że tak powiem.

[Wchodzi Szef tajnych służb, podchodzi do Wodza armii i coś szepcze mu do ucha.]

Wódz armii – [Głośno.] Nic nie będzie z mariażu. Koniec, kropka. U was wkrótce rewo­lucja, tron się chwieje. Nie tędy droga do przyszłości… że tak powiem… Dziś, jak widać, wszędzie na gruzach trzeba nowe tworzyć. [Do Ambasadora, wskazując palcem drzwi.] Paszoł won. Wynocha. [Do Służącego III.] Jesteś wolny. [Do Szefa tajnych służb.] Idź z nim i przynieś jeszcze wódki. [Ambasador wychodzi na prawą, Służący III i Szef taj­nych służb w lewą stronę.

Po wyjściu Szefa służb Wódz armii wyjmuje z kieszeni marynarki flakonik i wlewa jakiś płyn do kieliszka Szefa tajnych służb.]

Wódz armii – [Do Ministra Kultury.] Już dawno miałem to zaplanowane.

[Wraca Szef tajnych służb z butelką w ręku.]

Szef tajnych służb – No i dobrze. Problem sam się tu rozwiązał.

Wódz armii – [Podając kieliszek Szefowi tajnych służb, a następnie wznosząc swój.] To za rozwiązanie.

[Szef tajnych służb wypija i w konwulsjach pada na podłogę. Męczy się.]

Wódz armii – Za dużo chciał władzy.

Minister Kultury – Za dużo wiedział?

Wódz armii – Jeszcze jeden dowód na to, że co za dużo to niezdrowo.

Scena 5

[W kuchni.]

Pokojówka II – [Zajęta składaniem obrusów.] Ktoś zwinął tu obrusy!

Ochroniarz – Zwinął? Co to znaczy?

Pokojówka II – Wczoraj jeszcze były. Wyniósł ktoś.

Ochroniarz – Zwinął, wyniósł lub zorganizował, eufemizmy ciągle nowe. Zwinął, wy­niósł… znaczy ukradł?

Pokojówka II – Mówię przecież.

Ochroniarz – Słowa tracą dziś znaczenie.

Kucharz – Słowa, czy ich treść na wartości traci?

Szofer II – [Do Pokojowego I.] Co tak patrzysz?92 93

Służący I – Ja tu tylko pracuję. Nie wypowiadam się, nie moja sprawa, mnie interesuje tylko praca.

Szofer II – Może to egoizm. Zajmować się tylko własnym życiem.

Służący I – A ty dla innych żyjesz?

Szofer II – [Groźnie.] Mnie nie tykaj.

Służący I – I mnie daj spokój. Idę do roboty.

Szofer II – Wy kapitaliści zawsze byliście egoistami.

Służący I – Ja tu tylko służę.

Szofer II – Myślisz, że nie wiemy, że twój ojciec był właścicielem fabryki?

Służący I – Sam mówisz. Był. Miał fabrykę, ale ją przehulał. Karty, dziwki. Jego życie. Nam niczego nie zostawił. To, co mam, to z mojej pracy.

Szofer II – Kapitalista w kapitaliście pozostanie, w arystokracie – arystokratyczna krew.

Służący I – Daj mi spokój. [Wychodzi.]

Kucharz – Nam każą wierzyć, że najlepszym rozwiązaniem jest kolor żółty i numer sześć.

Szofer II – W narodowej republice niebieskich wierzą, że najlepszy jest błękit i numer dziewięć. A przecież i oni i my w czasie rewolucji walczyliśmy o równość i wolność.

Kucharz – I prawo do własności. Wedle mnie zawsze chodzi tylko o to, by przeżyć. Zwycięstwo i życie – to jedyne prawo, przed którym głowę chylił nawet nasz Ideolog, Pankracy3.

Szofer II – I mieć dzieci. Musi przecież być jakiś sens. Boga nam zabrano.

Kucharz – Religia to opium dla mas.

Służący II – [Śmiejąc się.] Opium też nie dostaliśmy. Żółty z niebieskim daje zieleń. Zie­lona może być na przykład łąka. Na łące sześć na dziewięć. Z czym wam się to kojarzy? Mnie tylko z jednym.

3 Zwycięstwo i życie – Jedno tylko prawo uznaję i przed nim kark schylam. Cytat z „Nie-Boskiej komedii”.

Kucharz – Tobie wszystko kojarzy się z jednym.

Ochroniarz – Tak tylko udaje. Przecież on się leczy.

Kucharz – Leczy się?

Ochroniarz – Tak, bo mu nie staje. To impotent. Dlatego tak dużo mówi o seksie. Za słowami nie musi się przecież kryć żadna treść. Ciekawe, co by na to powiedział nasz kochany Freud? Może by ten przypadek pominął?

Służący II – Głupie żarty. Może tobie sił już w łóżku brak?

Ochroniarz – Troszkę przekręcił.

Kucharz – Tak by było, jak zwykle by przekręcił i wyszedł na swoje. [Z podziwem.] Ten to miał głowę.

Służący II – Głupie żarty.

Służący I – [Do Pokojówki I. Z troską.] I jak?

Pokojówka I – Ciągle chory. Gorączka wciąż wielka.

Służący I – Nie martw się. Będzie dobrze.

Pokojówka I – Mam nadzieję, lecz chciałabym już być w domu.

Służący I – Nie martw się. Mama doświadczona, wychowała ciebie, to i z naszym synem sobie poradzi.

Pokojówka I – Wiem. [Patrząc na zegar.] Zobacz, to już trzecia. Mogę iść do domu.

Służący I – Ja dziś pracuję do późna w nocy. Znów przyjęcie urządzają. Bywaj.

[Pokojówka I wychodzi. Po jej wyjściu Służący I układa na tacy butelkę wina i trzy kie­liszki i też wychodzi.

Po wyjściu wszystkich do kuchni wraca Służący II, rozgląda się i wyjmuje magnetofon zza dzbana na kredensie. Wychodzi. Po krótkiej chwili do kuchni wchodzi Szofer i wyjmuje magnetofon z doniczki, po jego wyjściu wchodzi Ochroniarz i wyjmuje magnetofon zza firany.] 94 95

Scena 6

[Salon. Za biurkiem Szef tajnych służb II. Przed nim Ochroniarz, który chowa pieniądze do portfela, który później wkłada do kieszeni.]

Szef tajnych służb II – [Podchwytliwie.] Czemu to robisz? Chodzi ci o to, by przeżyć?

Ochroniarz – Nie, ja wierzę w kolor żółty i numer sześć.

Szef tajnych służb II – A ja ci nie wierzę. Wiemy już o twej kochance.

Ochroniarz – Ja naprawdę…

Szef tajnych służb II – Naprawdę, to masz być mi posłuszny. Uszy, oczy wciąż uważne. Każda nawet najdrobniejsza informacja może mi się przydać. Rozmowy sam prowokuj. Czy ja wciąż cię uczyć muszę. Kilka zdań krytyki… jakaś aluzyjka. Może ktoś podchwy­ci.

Ochroniarz – To, co w kuchni… na wszystko tam patrzę.

Szef tajnych służb II – Kuchnia, salon. Wszędzie ludzie, wszędzie wroga można znaleźć.

Ochroniarz – Wszystko powiem, bez obawy.

Szef tajnych służb II – No, uważaj… Więzień mamy wystarczająco wiele. Do zobacze­nia.

Ochroniarz – Do widzenia. [Wychodzi.]

[Wchodzi Wódz armii, widząc go, Szef tajnych służb II szybko wstaje.]

Wódz armii – [ Podchodząc do barku, z którego wyjmuje butelkę koniaku.] Siedź tam sobie, siedź. Tylko nie przyzwyczajaj się… nie przyzwyczajaj się… że tak powiem, za bardzo. [Nalewa koniak do kieliszka.] Napijesz się?

Szef tajnych służb II – [Podchodząc do Wodza armii.] Chętnie. Miałem dziś męczący dzień. Czasami mam już dość tych donosów, spraw.

Wódz armii – [Nalewa drugi kieliszek i podaje go Szefowi tajnych służb.] A co z tym Szoferem?

Szef tajnych służb II – Jutro sąd. Dostanie dwadzieścia lat katorgi.

Wódz armii – Ale przecież może się bronić. Należy mu się adwokat.

Szef tajnych służb II – Bronić się może. Każdy ma prawo. Póki jednak my rządzimy…

Wódz armii – Masz rację, nie możemy pobłażać… prawda. Nie możemy, bo później… że tak powiem, znów podniosą głowy.

Szef tajnych służb II – Tak jest. To niewdzięczna swołocz. Przecież mógłbym skazać go na śmierć.

Wódz armii – Nie przesadzaj. W kopalniach robotników potrzeba coraz więcej. Ale do­brze… że tak powiem, dobrze, że w strachu ich trzymamy. Niech się boją, jedni drugich śledzą. Prawda. Tak potrzeba.

Szef tajnych służb II – Tak robimy. [W tej chwili do salonu wchodzi Minister Kultury.] Rewolucja jeszcze nie skończona.

Minister Kultury – Jak to? Przecież teraz my rządzimy.

Szef tajnych służb II – Rewolucja permanentna naszym celem. W imię ludu my rządzi­my.

Minister Kultury – Takich głupot nie powtarzaj. Twój poprzednik przez to życie stracił. Mów za siebie.

Wódz armii – Dość tych sporów. Teraz są ważniejsze sprawy. Dziś już w świecie prawie brak monarchii. Wszędzie rządzą nam podobni. Czas budować nowe prawo. Prawo… że tak powiem, które nasze interesy zabezpieczy. Bez nas byłby tu tylko… że tak powiem, chaos. Chaos… że tak powiem, i bałagan. Nasze rządy dla są ludu… że tak powiem, dla mas są zbawieniem… prawda, szczęściem. Szczęściem… że tak powiem, dla nas. Dla mas, oczywiście. Właśnie to chciałem powiedzieć.

[Wchodzi Syn Wodza Armii, Anatol.]

Wódz armii – Wreszcie jesteś. O sprawach państwa byś czasem pomyślał.

Anatol – Przecież nieźle sobie radzisz.96 97

Wódz armii – Radzę sobie. Prawda. Ale nie jesteśmy, ze tak powiem, wieczni. O stano­wiskach znów pomyśleć musimy. Weźmiesz banki. Dziś pieniądze najważniejsze.

Anatol – Mogą być i banki. Choć zagranicznych u nas coraz więcej, konkurencja…

Wódz armii – Tylko nie narzekaj. Twoja siostra… no, jej mąż… jak mu tam… wszystko jedno… że tak powiem, media weźmie.

Anatol – To niech weźmie.

Minister Kultury – Nowe władze, nowe czasy. Lecz my władzy nie oddamy.

Akt III

W stronę wojny i rachityczne próby kolejnej rewolucji.

Scena 1

[Salon pałacowy. Nie ma już śladów po poprzednich funkcjach tego pomieszczenia. Prze­pych, bogactwo.

W salonie Minister Kultury, jego „żona” (Pomocnik kucharza – Szofer II – obecnie Szef tajnych służb II), Wódz armii (na emeryturze). Wszyscy ubrani w ozdobne mundury. Epo­lety, ordery.]

Minister Kultury – [Pokazując swój wielki portret na ścianie salonu.] I jak ci się podo­ba?

Wódz armii – Nieźle się tu urządziłeś. No, no. Całkiem, całkiem…

Minister Kultury – Twój zamek, po tym… jak on się nazywał… Sawskim?

Wódz armii – Ławskim.

Minister Kultury – No właśnie. Twój zamek jednak większy.

Wódz armii – Ale dalej od stolicy.

Minister Kultury – Sam tak wybrałeś, wycofując się od władzy.

Wódz armii – Nie narzekam. Tylko stwierdzam… że tak powiem. Co na obiad?

Szef tajnych służb II – [Stając obok Ministra Kultury.] Dziś podamy dzika. To z wczo­rajszych łowów. Będą też kaczki w maladze…

Minister Kultury – Cóż bym ja bez ciebie zrobił, mój ty piękny.

Szef tajnych służb II – Nie mów tak przy ludziach. Proszę.

Minister Kultury – Ależ Leon to przyjaciel.

Szef tajnych służb – Wiem, ale…

Minister Kultury – Dobrze, dobrze. Już po sprawie.

[Wchodzą dalsi goście. Córka Wodza z mężem (Prezesem Radiokomitetu) oraz Syn Wodza (Prezes Banku Centralnego) z żoną.]

Wódz armii – Wreszcie jesteście. Nigdy w porę.

Córka Wodza – Och tatusiu. Zobacz, jaki piękny prezent podarował mi Anatol. [Podsu­wa rękę w kierunku ojca.]

Wódz armii – [Unosząc rękę córki na wysokość wzroku.] Moja księżniczka każdej biżu­terii godna. Rzeczywiście, będzie z kilkanaście karatów.

Minister Kultury – Pokaż, dziecko.

[Córka Wodza podchodzi do Ministra Kultury i podsuwa mu pierścień pod oczy. Minister, podobnie jak wcześniej ojciec, przytrzymuje chwilę jej dłoń.]

Minister Kultury – No, no. Całkiem, całkiem. [Córka cofa rękę.] Właśnie taki kiedyś, robiąc kwadrat u rzeźnika, skroiliśmy.

Wódz armii – Mógłbyś o tym nie wspominać.

Minister Kultury – A to czemu? Sami swoi. [Z rozrzewnieniem.] Młodość. Nasza mło­dość była piękna. [Zmieniając ton.] A i rewolucję waszą jakoś sfinansować musieliśmy.

Szef tajnych służb II – Chyba naszą.

Minister Kultury – Waszą, naszą. Cóż to za różnica. Kasa była i jest dziś wciąż potrzebna. 98 99

Żona Szefa Radiokomitetu – Też chcę taki pierścionek.

Szef Radiokomitetu – Dobrze, jutro.

Żona szefa Radiokomitetu – [Z tonem pretensji w głosie.] Mógłbyś choć raz być pierw­szy.

Anatol – [Stając przed obrazem. Tyłem do widowni. Bardzo głośno z zachwytem.] Fajny portret.

Minister Kultury – Podoba ci się?

Anatol – Podobny sobie każę namalować. [Rozglądając się po sali.] W moim zamku salon taki też zbudować każę.

Wódz armii – Dobrze. Siadajmy wreszcie do stołu. [Siada przy stole, zajmując centralne miejsce. Po jego lewej stronie zasiada Minister Kultury, z przeciwnej strony Szef służb, dalej dzieci Wodza i ich partnerzy.]

Minister Kultury – [Głośno.] Służba.

[Wchodzą Służący i Pokojówki, którzy wnoszą posiłek. Siedzący przy stole szybko, nie czekając, napełniają talerze i zaczynają jeść.]

Wódz armii – [Z pełnymi ustami.] Dziś już wszędzie zwyciężają nasze wartości, zwycię­ża kapitalizm, wolny rynek. Równe prawa. Własność.

Minister Kultury – [Sięgając po kawałek mięsiwa. Ze śmiechem.] Naszej nie oddamy.

Anatol – [Do Prezesa Radiokomitetu.] Zamówiłem w Ludolandzie świetną brykę. Mówię ci, co za jakość! Wewnątrz skóry, złote okucia. Ze szczerego złota!

Prezes Radiokomitetu – Podobną sobie sprawię.

Anatol – To nie takie proste. Pół roku musiałem czekać.

Prezes Radiokomitetu – To poczekam. Cóż, znowu jesteś pierwszy.

Wódz armii – Jak czytałem, dziś już wszyscy wprowadzają kapitalizm.

Córka Wodza – [Do Żony Anatola.] Możesz podać mi pulardę?

Żona Anatola – A nie boisz się, że znów przytyjesz?

Córka Wodza – Bez obawy. Mam dobrą przemianę materii. Zresztą, jeśli nawet trochę, to w sypialni szybko wagę zgubię.

Żona Anatola – [Wskazując na Prezesa Radiokomitetu.] To on w łóżku taki dobry?

Córka Wodza – A czy on jeden jest na świecie?

Szef tajnych służb II – Ja tam wolę mówić: wolny rynek, a nie kapitalizm. Gdy ktoś skarżyć się zaczyna, zaraz o prawach rynku mu przypominam.

Minister Kultury – Jak go zwał, tak zwał. Był komunizm, mamy kapitalizm. Własność pozostaje nasza.

Wódz armii – A jak masy?

Minister Kultury – Dla nich mamy sprawy ciągle ważne. I symbole…

Szef tajnych służb II – Równouprawnienie płci.

Minister Kultury – Niech dyskutują o zasadach wiary.

Szef tajnych służb – Tych sprzeciwiających się za bardzo pracy pozbawimy. Praca musi stać się cenna. Nie dla wszystkich jej wystarczy.

Minister Kultury – Słusznie.

Wódz armii – A czy wiemy, co się dzieje w dole? Jakie wśród ludu są nastroje?

Szef tajnych służb II – Wiemy, wiemy. Szpicli ciągle wielu. Teraz prawie każdy donosi.

Wódz armii – Tak było i za poprzedniej władzy, a jednak nie wszystkich upilnowali… Choćby nas…

Minister Kultury – Partie opozycyjne, nawet te w podziemiu, przez naszych obsadzo­ne… Ostatnio w ich pajęcze sieci coraz więcej wrogów wpada… Giną… Nie ma po nich śladu.

Wódz armii – Wiem, wiem… Tak było i poprzednio. Sam mówisz… coraz więcej… Więc jednak nie wszystko pod kontrolą.

Minister Kultury – Wpadasz w paranoję… Radzimy sobie… Jak smakuje zupa z trufli?

Wódz armii – Świetna. Z trufli? Nie wiedziałem. Dobra. 100 101

Minister Kultury – No i to jest najważniejsze. Faktyczna władza w naszych rękach pozo­stanie, Banki, służba, media… co tam jeszcze… wszystko w naszych rękach zostać musi.

Scena 2

[W kuchni. Szofer siedzi przy stoliku i czyta gazetę. Kucharz i jego Pomocnik przygotowują posiłek. Służący I i Pokojówka I wycierają szklanki. Do pomieszczenia wchodzi Pokojów­ka II.]

Pokojówka II – Wczoraj znowu byli tu żołnierze. Mundury już nie takie same, ale Służą­cego znowu do aresztu wzięli.

Służący I – Tym razem jednak już bez sądu go nie skażą. Przecież mamy prawo.

Pokojówka II – Prawo prawem, ale wyroki ludzie dają. Przecież sędziowie wciąż ci sami.

Służący I – Ale konstytucja…

Kucharz – Konstytucja to litery.

Pomocnik kucharza II – Służb dziś więcej niż poprzednio.

Pokojówka II – Poprawność polityczna dziś jest w państwie najważniejsza.

Pokojówka I – Znowu czesne poszło w górę.

Służący I – Ceny mieszkań również.

Pokojówka I – Skąd wziąć więcej na studia Jasia?

Służący I – Ja już robię nadgodziny.

Pokojówka I – Ja podobnie.

Służący I – Jakoś poradzimy. Studia Jasia najważniejsze. Od wczoraj już nie palę. Szkoda zdrowia przy tym.

Pokojówka I – Lecz lubiłeś palić.

Służący I – Szkoda zdrowia, mówię… Choć mój wujek mawiał, że zawsze do sytuacji, w jakiej jesteśmy, uzasadnienie znaleźć można. [Śmieje się.] Poradzimy sobie.

Kucharz – Nigdy o tym nie mówiłem. Mam dwóch synów. Żaden z nich nie chce iść w me ślady. Gotowanie to nie dla nich. Zresztą oba beztalencia. Jeden w bankowości swą przyszłość se upatrzył, drugi w Szkole Morskiej wylądował. Za to córka…! Gdy ona go­tuje, to aż radość. Jakie wyczucie smaku, i jak piknie zawsze poda.

Służący I – Troje dzieci. To dziś trudna sprawa. Koszty wielkie.

Kucharz – Bez problemów. Jakoś sobie radzę. Kucharz ze mnie całkiem dobry. Dziś niejeden bankiet obsługuję.

[Do kuchni wchodzi Ochroniarz. Na jego widok pozostali milkną.]

Ochroniarz – Co tak zamilkliście? Przecież dziś już wolność mamy.

Kucharz – Wolność wolnością jest do czasu, gdy żołnierze przyjdą. Wczoraj znowu byli.

Ochroniarz – Bo i dzisiaj durniów nie brakuje. Wolność mamy, a o rewolucji mówią. Terroryści jeszcze gorsi.

Pomocnik kucharza II – Podobno powstał jakiś tajny rząd.

Ochroniarz – [Czujnie.] Tajny rząd, mówisz? Jaki?

Pomocnik kucharza II – Tak tylko powiedziałem. To tylko żart.

Ochroniarz – Tajny, i do tego rząd, to już nie jest żart. Dokończ, skoro już zacząłeś.

Pomocnik kucharza II – To żart tylko.

Ochroniarz – [Groźnie.] Dokończ, powiedziałem.

Pomocnik kucharza II – [Przerażony.] Był tu znowu ten Służący. Dawno temu dostał wyrok… Wyszedł. On o rządzie jakimś mówił… Śmiał się przy tym, bo żartował.

Ochroniarz – A, to to. Nie ma sprawy. Właśnie znów aresztowany. Pracy, którą dostał, nie potrafił uszanować. Zresztą zawsze znajdą się tak głupi, którzy zechcą innych głup­ców słuchać.

[Do kuchni wchodzą dwaj żołnierze, którzy szybkim krokiem podchodzą do szofera i za­kuwają go w kajdany.]

Szofer – Co, znowu?102 103

Żołnierz – Tylko bez oporu.

[Wychodzą.]

Scena 3

[Sala pałacu. Wódz armii i Minister Kultury.]

Wódz armii – Nowy pałac jednak nie powstanie. Syn, Anatol, wszystko źle policzył. A myślałem, że jako prezes banku musi znać się na finansach.

Minister Kultury – Gdy kredyty były tanie, było łatwiej…

Wóz armii – Nawet… że tak powiem, nikt, nie, inaczej… że tak powiem, każdy z nas nie musiał ich spłacać.

Minister Kultury – To minęło. Dziś powoli prawo znaczy prawo.

Wódz armii – Otóż właśnie. Pałac wprawdzie rozpoczęty, lecz już więcej środków nie ma. A jak później to utrzymać. Cóż, ruina pozostanie… Prawda.

Minister Kultury – Wszystko jedno. Pałaców już istniejących dla nas starczy.

Wódz armii – Tak, lecz syn chciał mieć własny.

Minister Kultury – Niech się stara, niech pomyśli. Póki co i willa musi mu wystarczyć.

Wódz armii – Też tak myślę. Nie nasz problem. A my tak… że tak powiem, o suchym pysku?

Minister Kultury – Bo też wieści ciągle nowe. Po koniaczku?

Szef armii – Nalej… Wieści jakie?

Minister Kultury – W Ludolandzie ciągle strajki.

Szef armii – W prasie o tym nie pisali. W radiu milczą również.

Minister Kultury – Bo i po to je trzymamy w naszym ręku. [Wznosząc toast.] Na począ­tek.

[Wchodzi Szef tajnych służb II.]

Szef tajnych służb II – O, jak zwykle przy koniaczku?

Wódz armii – A ty ciągle w pracy.

Szef tajnych służb II – Czasy się zmieniają, ale interesów naszych ciągle trza pilnować.

Minister Kultury – Nie trza, lecz trzeba. Ciągle muszę cię poprawiać, mój ty piękny.

Szef tajnych służb II – Właśnie trzeba. Niby wolność, prawo, a lud ciągle szemrze. Wła­sność dostali, wolność także, wciąż im mało. Władzy chcą zbyt wiele.

Wódz armii – Czyżby znów groziła rewolucja? Po co mamy służby?

Szef tajnych służb II – Toteż pracujemy. Inwigilacja, prowokacja, donosy… Praca jak zawsze. Zresztą jesteśmy w tym coraz lepsi, coraz dokładniejsi. Dziś walczą już tylko ze sobą. Zwolnieni z obozów to nasi agenci. Innych do buntu nakłaniają, tych aresztujemy. Później wychodzą zwolnieni. Zwolnieni z obozu… Każdy każdego się boi i jakoś się kręci.

Minister Kultury – Chleb i igrzyska ludowi dajemy. Ich są dziś święta, ich też idee. Zresztą kolejna rewolucja to w tych czasach mrzonki. W masach strach pozostał. Dostali też swe domy na własność. Kto odważy się je stracić?

Wódz armii – Właśnie mój syn swój nowy pałac stracił.

Szef tajnych służb II – Jak to stracił?

Wódz armii – Ano stracił. Kredyty zaciągnął. Dziś je trzeba płacić.

Szef tajnych służb II – Hmm… Dziś już nie da rady. Wszędzie dziennikarze… Hmm, cholera. Nie te czasy.

Minister Kultury – I do tego bezrobocie. Coraz więcej ludzi pracę traci. Automaty, kom­putery. Z nimi konkurować trudno.

Wódz armii – Myślę, że już niedługo czas o wojnie… że tak powiem, o wojnie czas pomyśleć.

Minister Kultury – Co ty mówisz?

Wódz armii – Wojna. To najlepsze rozwiązanie. Znowu armia będzie najważniejsza, 104 105

znów za mordę ich chwycimy. Kto podskoczy tego do okopów. Życie straci albo chociaż zmięknie.

Minister Kultury – Póki co, by rządzić, musimy wciąż napuszczać jednych na drugich, haki zbierać i siać strach.

Wódz armii – Strach, niepewność losu, to broń ciągle najskuteczniejsza.

Szef tajnych służb II – Opornych zamykać.

Wódz armii – Tylko dobrze ich traktować. Będą potrzebni. Mięsa armatniego nigdy do­syć.

Scena 4

[Kuchnia. W pomieszczeniu przy stoliku tylko Ochroniarz i Służący I.]

Służący I – Znowu areszt, a myślałem, że z tym już koniec.

Ochroniarz – Dlaczego zaraz koniec? Zawsze kraju trzeba pilnować. Kto tym razem?

Służący I – Znowu Szofer. Tych najczęściej brali. Zresztą, to ten sam, co przed laty. Le­dwo wrócił znów go wzięli.

Ochroniarz – Tym razem za długo nie posiedzi. Dziś kopalnie zamykają… górnicy na bezrobociu. Po co tyle gadał? Donoszenie to nic złego. Służba swemu państwu rzeczą ważną, najważniejszą.

Służący I – Swemu państwu, czy kieszeni własnej?

Ochroniarz – Wszystko jedno. Nie wiem przecież. Nie ja tu donosiłem i nie ja donoszę.

Służący – Mnie profesja ta też obca. Cóż takiego on powiedział?

Ochroniarz – Nie wiem. Cóż mnie to obchodzi? Jakżeś ty się tu uchował?

Służący I – Trochę szczęścia, trochę sprytu. [Śmiejąc się.] Z boku stałem to się i ostałem.

Ochroniarz – Widziałeś moją ostatnią pannę? Niezła laska, co?

Służący I – A co z żoną?

Ochroniarz – Żona? Nie wie… Oczy nie widzą, to i sercu nie żal. A ty co, ciągle z jedną?

Służący I – Tak to wyszło. Dziś za stary jestem na nowe amory.

Ochroniarz – Twoja sprawa. Twoja strata.

Służący I – Moje życie. Dziś przyszłość naszego syna dla nas najważniejsza. Skończył studia, szuka pracy, za granicę chce wyjechać.

Ochroniarz – Dzisiaj wolno. Nowe czasy. Ma tam pracę?

Służący I – Chce w rozrywce się zakręcić. Po powrocie myśli producentem zostać. Ma­rzy… właśnie, marzy. Tak w obłokach. A co życie? Czy nie za wysoko mierzy?

Ochroniarz – Niech próbuje. Jego życie. Dzisiaj można. Komuś przecież się udaje.

[Do kuchni wchodzi Kucharz.]

Kucharz – I pomocnik też się zwolnił.

Służący I – Też?

Kucharz – Ja odchodzę.

Ochroniarz i Służący I – [Prawie jednocześnie.] Jak to?

Kucharz – Tak to. Koniec pracy. I tak za długo już tu jestem.

Ochroniarz – To kto będzie nam gotował?

Kucharz – Wam? Państwu przecież gotowałem.

Ochroniarz – Ale wszyscy jedli.

Kucharz Nu tak. Tak to jest i było. Teraz kuchnia będzie inna, bo następcy nie mam.

Ochroniarz – Będzie lajska lub tamaska. Dziś jest wolność, innych kuchni spróbujemy.

Służący I – Ja tam lubię naszą. To i ty odchodzisz? Nigdy nie mówiłeś. Pierwsze słyszę.

Ochroniarz – „I” ty? Cóż to znaczy?

Służący I – Emerytura, bracie, emerytury już się doczekałem. Pracy wystarczy. Koniec, kropka. Jutro wolność. Tylko rybki, grzybki, nad rzeką lub w lesie… Och marzenia, oby jak najdłużej.

[Do kuchni przychodzą nowi pracownicy. Młody człowiek z „irokezem” i drugi z długimi 106 107

włosami.]

Służący I O, jesteś. [Podaje Służącemu III uniform służącego.] To chyba dla ciebie.

Służący III (młody człowiek z „irokezem”) – [Wkładając uniform.] Ja tu długo nie zo­stanę.

Służący I – Też tak mówiłem. Zostałem tu na zawsze. [Zdejmując uniform.] Teraz już koniec. Życzę ci jak najlepiej

Służący III – Dziś są czasy inne, możliwości więcej. Na pewno znajdę inną pracę.

Służący I – Szukaj. Twoje prawo.

Ochroniarz II – [Rozglądając się.] Co mam robić?

Ochroniarz I – Mnie zastąpisz.

Ochroniarz II – Ale co mam robić?

Ochroniarz I – Nie martw się, wkrótce ci powiedzą.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *