O filmie wiedziałam od dawna, jednak nie miałam w sobie dość chęci, by zabrać się za tę pozycję. Nie widziałam niczego specjalnego w dziele Darren’a Aronofsky’ego i przyznaję się, że uznanie tego filmu za nie wartego uwagi okazało się wielką pomyłką. Na „Requiem dla snu” (2000r.) zbierałam się kilka dni, czytałam wcześniej, że jest to mocny film i notorycznie bałam się za niego zabrać, niezbyt ciągnęło mnie do ekranizacji, gdzie głównym podmiotem są narkomani, ale po włączeniu filmu i wysłuchaniu oprawy muzycznej już wiedziałam, że to nie będzie byle jaki film, od pierwszego lepszego reżysera. Po obejrzeniu mogę z całą stanowczością stwierdzić, że mamy co czynienia z mocnym dramatem z wyraźnie zarysowanym kontekstem psychologicznym, niewiele jest miejsca na dowcip i radość, temat jest poważny – narkotyki.
Są młodzi, piękni, mogą wszystko, połączyło ich kilka rzeczy – przyjaźń, miłość i uzależnienie. Każdy z nich ma swoją historię, każdy z nich za czymś tęskni, każdy z nich chce spełnić swoje marzenia. Jednak narkotyki z ich własną ingerencją stały się częścią ich świata i zakłóciły trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość. Jest też czwarta osoba odchodząca od schematu, przecież narkomanami są zazwyczaj ludzie młodzi (bo zazwyczaj nie dożywają oni starości, jeżeli nie porzucą nałogu), a w tym filmie spotykamy się ze starszą kobietą, która tak jak pozostała trójka – Marion, Tyrone i jej syn Harry – odbywa podróż w głąb piekła uzależnień.
W filmie moją uwagę zwróciło przyspieszenie, gdy mamy do czynienia ze zwykłymi czynnościami codziennymi bohaterów, jak sprzątanie, jedzenie, czy czynności fizjologiczne, to takie podkreślenie, że narkomani to przede wszystkim ludzie, a nie wyłącznie specjalne jednostki z doklejoną etykietą „ćpun”. Wielokrotnie podczas seansu odnosiłam wrażenie, że życie bohaterów przecieka przez ich palce, czułam, jakby życie tych ludzi kręciło się wokół narkotyków, coraz głębiej oddając ich w zatraceniu. Pomimo, że psychologiczne podejście do tematu przez reżysera i genialna muzyka mnie urzekły, to była jedna rzecz, która odbierała urok podczas seansu, a mianowicie kadry. Reżyser miał swoją koncepcję i postanowił podzielić perspektywę bohaterów na pół, już na początku możemy się z tym zetknąć. Niezbyt miło ogląda się film, kiedy po lewej skupiamy się na jednej postaci i jednocześnie musimy skoncentrować się na tym co dzieje się po prawej stronie ekranu. Da się jednak to wybaczyć, dzięki dużej realistyczności postaci, gry i sytuacji. Film dzięki temu pochłonął mnie bez reszty, nie było ani jednej sekundy, podczas której miałabym ochoty zerknąć do telefonu zastanawiając się kiedy się to wreszcie skończy. Oglądałam z zainteresowaniem do samego końca i byłam nawet rozczarowana, kiedy okazało się, że to już koniec.
Gra aktorska położyła mnie na łopatki, Jared Leto (Harry Goldfarb) zdecydowanie wyróżniał się przy grze Jennifer Conelly (Marion Silver) i Marlona Wayans’a (Tyrone C.Love), ale to Ellen Burstyn (Sara Goldfarb) podbiła moje serce swą fenomenalną kreacją. Nie jest łatwym zadaniem zagrać osobowość ze skomplikowaną psychiką, ale to zazwyczaj dzięki takim rolom aktorzy zapisują się na długo w pamięci widowni.
„Requiem dla snu” to skomplikowany dramat o zaślepieniu, kłamstwie i życiu w iluzji rzeczywistości. Każdy z czterech bohaterów szukał ucieczki od rzeczywistości starganej różnymi troskami i problemami, przeplatanej samotnością, tęsknotą i cierpieniem, każdy z nich stracił coś, co miało dla niego duże znaczenie. Historia o ludziach, którzy zrobią wszystko, żeby zdobyć choć jedną działkę. Historia o ludziach, którzy w pogodni za marzeniami zgubili swoją tożsamość. Historia o ludziach, którzy stali się dla siebie samych wrogami i sprawili, że życie wymknęło się spod kontroli i zamieniło się w jeden wielki koszmar.
Po seansie uświadomiłam sobie, że uzależnienie to coś, co może dotknąć każdego z nas, nikt nie jest ponad tym zjawiskiem, wystarczy spróbować raz, by nigdy się z tego nie otrząsnąć. Nikogo nie obchodzi los ćpuna, a osoby, których uważamy za wariatów, mogą okazać się ludźmi z dużymi problemami… Co tu dużo opowiadać, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Ludzie bywają niekiedy największymi wrogami dla samych siebie, dlatego warto czasami stanąć przed lustrem i zastanowić się, czy nie jesteśmy świadomym, bądź nieświadomym źródłem swojej autodestrukcji. Film polecę każdemu, kto lubi mocne i psychologiczne kino, ale nie zachęcam do oglądania ludziom zbyt podatnym na przygnębiający klimat i z obiekcjami co do scen erotycznych (które w filmie występują i nie są ocenzurowane), dlatego nie będzie to w żadnym wypadku pozycja dla młodszych widzów.

Kilka słów o autorze: Roksana Krasińska
„Szesnastoletnia licealistka imieniem Roksana, która od dziecka przejawiała pasję do pisania. Swoją przygodę zaczęła od opowiadań, następnie testowała swoje możliwości w pisaniu wierszy, by w 2015 roku spełnić swoje marzenie i założyć bloga na którym spróbowała swych sił w pisaniu luźnych artykułów. Oprócz pisania lubi czytać o psychologii oraz oglądać i czytać o interesujących sprawach kryminalnych, czasami coś narysuje lub sfotografuje, jednak to pisanie stawia ponad wszystko. Nie narzeka nigdy na brak pomysłów, inspiruje ją wszystko co ją otacza. Nigdy nie mówi, że czegoś nie da się zrobić, a dużą siłę czerpie z cytatów Alberta Einsteina jak „Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, i przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da i on to właśnie robi.” Na tej stronie pisze dlatego, że chce przetestować swoje możliwości, jest to dla niej doskonała okazja, by nauczyć się czegoś nowego, a to, że może tutaj pisać jest dla niej dużym sukcesem.

Aktualnie prowadzi bloga: we-never-grow-from-dreams.blogspot.com ‘’


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *