Alex i Rosie przyjaźnią się od dzieciństwa. Pewnie niektórzy poniosą teraz do góry prawą (lub jak wolicie, lewą brew) i powie „Tak, przyjaźń damsko-męska, jasne”. No, ale muszę Was z przykrością zawiadomić, że tak to mniej więcej wygląda. Spotykamy ich przed balem maturalnym, na który Alex zaprasza seksowną Bethany, a Rosie niezbyt rozgarniętego, ale powszechnie uważanego za przystojnego, Grega. Ta noc ma na zawsze zmienić ich życie i ich samych, a także dać nam dalszą część tej historii, która pewnie potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby na bal postanowili sobie nie pójść.

Alex dostaje się na studia do Bostonu, lecz Rosie nie może z nim jechać. Obiecuje, że dotrze do niego po czasie, lecz czasu mija coraz więcej, a ona wciąż pozostaje w rodzinnym mieście. Ich życia nabierają własnego biegu, a oni sami oddalają się nieco od siebie i spotykają zdecydowanie za rzadko. Obydwoje próbują ułożyć sobie życie na swój sposób, ale nie da się ukryć, że idzie im to raczej opornie. Najważniejszym pytaniem tego filmu jest: Czy im się uda?

Niestety Wam na to pytanie nie mogę odpowiedzieć, bo to byłby spoiler i nie musielibyście już tego filmu oglądać. A warto! Film powstał na podstawie książki Cecelii Ahern (autorki m.in. „PS. Kocham Cię”) o tytule „Na końcu tęczy”. Teraz książeczkę można kupić również pod filmowym tytułem.

No dobrze, cóż mogę powiedzieć o tym filmie? Pierwsze, co przychodzi mi na myśl to: absolutnie piękny. Nie wiem czy też to czasem czujecie, ale mi się zdarza po obejrzeniu filmu poczuć takie ukłucie w żołądku i to oznacza, że ktoś wykonał kawał dobrej roboty. Nie jest to historia bajkowa, lecz życiowa o trudnym dorastaniu, wadze przyjaźni i o tym, jak ciężko sobie czasem ułożyć życie. Jako dzieci bawimy się klockami, budujemy dom i myślimy, że jak już będziemy duzi, to będzie równie łatwo. A niestety nie do końca tak jest.


Podziwiam śliczną Lily Collins, która idealnie wpasowała się w rolę, była przeurocza i umiliła mi oglądanie. Nie powiem, że obecność Sama Claffina nie miała tutaj żadnego znaczenia. Nie będę owijać w bawełnę – obsada zrobiła swoje.


Polecam na takie wietrzne jesienne dni, gdy nie do końca wszystko jest dobrze i gdzieś w środku ma człowiek potrzebę, aby się wzruszyć. Chciałabym również dodać, że jestem po lekturze książki i jest to ta jedna z niewielu sytuacji, kiedy uważam film za lepszy od spisanego oryginału.

Tytuł: „Love, Rosie”
Reżyseria: Christian Ditter
Scenariusz: Juliette Towhidi
Kraj i rok produkcji: USA, Wielka Brytania / 2014

Kilka słów o autorze: Justyna Luszyńska

„Autorka książki pod tytułem „Będę czekać całą noc”, która miała swoją premierę w październiku 2016 roku. Laureatka Ogólnopolskiego Konkursu im. Bolesława Prusa organizowanego przez miesięcznik WOBEC, potem stała autorka miesięcznika, redaktor działu prozy, a od niedawna zastępca redaktora naczelnego. Przyznano jej również nagrodę specjalną w ogólnopolskim konkursie o nazwie „Sienkiewiczki” za esej o tematyce miłosnej. Redaktor koordynator oraz dziennikarz w serwisie EYIA (EuropeanYouth Information Agency). Studentka filologii angielskiej w specjalności glottodydaktycznej.

Obecnie pracuję nad następną książką, której do romansu daleko. Wyglądajcie!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *