Patrzę na Ciebie i podchodzę najbliżej, na tyle, na ile mi pozwolisz. Chusteczką delikatnie ścieram ślinę skapującą z kącików Twoich warg. Patrzysz na mnie zlękniony, kulisz się w sobie. Uśmiecham się do Ciebie uspokajająco, tak bardzo bym chciała, byś mi zaufał.

Mówię do Ciebie „wstawaj, idziemy”. Przecież wiesz, że zawsze dobrze jest pospacerować. Szum wiatru w koronach drzew, echo stukotu pociągu na torach. Ty i ja, ramię w ramię. Omijamy grube gałęzie, kierujemy się w stronę ciemnego lasu, nie zbliżamy do ludzkich siedzib.

Potrafimy spacerować godzinami, milczeniem opowiadamy sobie najtrudniejsze historie. Mijamy jezioro, przechodzimy obok brzozowego młodnika. Patrzysz na mnie z pytaniem o drogę, pokazuję ścieżkę w lewo. Wieczór kładzie się nad wsią, gdy wracamy do domu. W ogrodzie pachnie macierzanka, przy drzwiach wejściowych wisi podkowa – na szczęście. Czule witasz się z Miłkiem, naszym kotem. Po chwili siadamy w trójkę na kanapie. Miłek leży na oparciu, Ty kładziesz mi głowę na kolanach, zasypiasz. A w trakcie drzemki śnią Ci się koszmary. Głaszczę Cię po głowie, karku, nosie. Całuję oczy, które widziały w życiu zbyt dużo. Lekko drżysz.

Zbliża się północ, kiedy dochodzimy do wniosku, że zasadniczo, to wypadałoby coś zjeść. Z lodówki wyciągam gulasz, nakładam solidną porcję do Twojej miski. Ja wolę zupę pomidorową, nalewam parę chochel. Jemy w milczeniu, każde zatopione w swoich myślach i wspomnieniach. Po kolacji czas spać. Gdy przychodzę do łóżka po umyciu zębów, Ty już na mnie czekasz, wtulony w poduszkę.

Kładę głowę na Twoim brzuchu i zasypiamy. W środku nocy budzi Cię mój szloch. Znowu miałam zły sen. Śnił mi się były mąż, który mnie bił i zawsze krzyczał, a nigdy się nie uśmiechał. I moja matka, wiecznie niezadowolona i zła. Nigdy mi nie powiedziała, że jest ze mnie dumna. Podobnie jak ojciec, który najpierw – gdy byłam małą dziewczynką – pił i bił, a później zniknął i słuch po nim zaginął. Nie spotkałam w życiu zbyt wielu dobrych ludzi, niekiedy nawet traciłam wiarę w to, że takowi istnieją. Zawsze – na przekór wszystkim – starałam się być dobra, a później pojawiłeś się Ty.

Wtulasz nos w mój obojczyk. Zatapiam palce w Twoją sierść, czuję bicie Twojego serca. Uratowałeś mi życie, wiesz? Gdy znalazłam Cię w lesie, zmaltretowanego i przywiązanego smyczą do drzewa, zrozumiałam jedną rzecz. Że choćbym nie wiem ile razy została zraniona, nie mam prawa ranić innych. Traktować ich źle – to by mnie obdarło z wszelkiej godności, jaka mi została. Uwolnić się od złego i wykreować dobry świat wokoło siebie. Przygarnęłam Cię, wzięłam pod skrzydła. Razem śpimy, jemy, oswajamy się ze sobą. Jesteśmy dla siebie dobrzy, choć inni nie byli dobrzy dla nas. Co innego pozostało?

Kilka słów o autorze: Zosia Lenczewska-Samotyj:

Młoda kobieta żądna świata i przygód. Nie umie usiedzieć w miejscu, a jej największą pasją są podróże – najlepiej samotne, za jedynych towarzyszy mając optymizm, notes i aparat. W blogosferze obecna od blisko trzech lat, od zimy ’16 poważnie myśli, co tu zrobić, by z pasji do pisania żyć. Łapie każdą chwilę, nie pozwalając sobie na lenistwo, a co ma zrobić jutro, robi dziś. Taka sobie współczesna hipiska z wytatuowanym ciałem”.

Odwiedź Zosię na jej blogu: https://przezzycieinaczej.wordpress.com/


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *