Katarzyna Rapacz

Vae victis¹

Ekran migotał, drażniąc moje przekrwione oczy. Może nie bolałyby tak bardzo, gdyby komputerowa kartka była choć w minimalnym stopniu pokryta słowami, ale ona uparcie pozostawała nieskazitelnie czysta. Wiedzcie, że nie ma nic dotkliwszego niż świetlista biel w samym środku czarnej nocy – tej, kolejnej, a potem także następnej. O dniu już nawet nie wspominając.
Wciąż wertowałem strony w notatniku, gdzie zapisywałem na poczekaniu wszelkie pomysły, które przewijały się przez moją głowę i byłyby gotowe ulecieć chwilę później. Dziś większość z nich i tak wydawała się bez sensu; pisałem je jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy o życiu wiedziałem tyle co nic. Teraz właściwie jest bardzo podobnie, ale przynajmniej nie tkwię już gdzieś pomiędzy pogonią za marzeniami i chęcią doświadczenia wszystkiego, co mnie otacza. Ostatecznie nienajlepiej się to dla mnie zakończyło.
Pamiętam, że w dniu zakończenia szkoły większość moich znajomych nie wiedziała, czym chce się dalej zająć. Czekali na wyniki matur, trzymali w dłoniach szkolne świadectwa, a mimo tego wciąż zastanawiali się, czy droga, którą obrali, jest tą właściwą. Część z nich zazdrościła mi, że byłem tak zdecydowany, ale… to nieprawda. Nigdy nie chciałem studiować prawa i nie wiem, co w ogóle podkusiło mnie, żeby składać papiery na ten kierunek. Miałem zupełnie inne plany, ale wydawały się tak irracjonalne na tle tych, którzy oznajmiali, że będą lekarzami, fizjoterapeutami czy strażakami, że zawsze pozostawiałem je jedynie w swojej głowie. I w nocnej szafce.
Przez kilkanaście lat naprodukowałem setki opowiadań, esejów, nawet jakąś większą powieść, ale nigdy nikomu się do tego nie przyznałem. Nie dlatego, że odczuwałem wstyd – uważałem raczej, że ubieranie w słowa swojej wyobraźni nie jest warte takiego zachodu jak fakt, że ktoś wykonał udany przeszczep. Wiedziałem, jak ludzie reagują na podobne pasje.
– Chcę zostać pisarzem.
– Naprawdę? To… fajnie.
„Chcę zostać pisarzem” brzmiało w uszach innych prawie tak, jakbym podmienił zawód na kosmitę, kowboja czy księżniczkę. A mimo tego nieliczni odnosili sukces i w głębi duszy nie pragnąłem niczego bardziej jak właśnie tego, by należeć do wąskiego grona szczęśliwców.
Wyjechałem więc na studia i każdego dnia zjawiałem się na zajęciach uczelnianych, wysłuchując wszystkich protokołów, ustaw i aktów prawnych, które musiałem znać. W wolnym czasie otwierałem opasłe podręczniki i kułem, bo doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli nie zacznę od razu, to przed sesją nie wchłonę takich zasobów wiedzy. I to w dodatku piekielnie trudnej i nużącej!
Na pewien czas odstawiłem pióro, choć myśl, by znów dać upust słowom, nie chciała wywietrzeć z mojej głowy. Kiedy pokój w akademiku pustoszał, walczyłem z przemożną chęcią wyciągnięcia z torby zmiętego notatnika i rozpoczęcia wielkiego literackiego projektu.
– Każdy ze współdziałających w popełnieniu czynu zabronionego odpowiada w granicach swoje… – przerwałem czytanie w połowie dwudziestego paragrafu kodeksu karnego. Moi współlokatorzy bawili się teraz w najlepsze; był w końcu piątkowy wieczór, a żaden z nich nie musiał uczyć się na pamięć choćby kilkunastu stron. Zamiast tego podglądali dziewczyny z przeciwległego skrzydła, szli na piwo czy najzwyczajniej w świecie odsypiali cały tydzień i budzili się dopiero po piętnastu godzinach. Ja, żeby wreszcie poczuć się szczęśliwym, chciałem pisać. I wiecie co? Tego samego dnia rozpocząłem przydługie opowiadanie o człowieku, który łamał po kolei wszystkie, ale to wszyściuteńkie prawa i tylko dzięki niemu nauczyłem się ich w odpowiedniej kolejności.
Nauka tym sposobem weszła mi w nawyk, a nawet więcej – sposób powoli wypierał naukę i stawał się zupełnie oddzielnym tworem, któremu chciałem całkowicie się poświęcić. Zachowałem jednak zdrowy rozsądek i zdecydowałem się na nieco odmienne wyjście, na swego rodzaju kompromis.
W poniedziałek kończyłem zajęcia dość późno, dlatego musiałem sprężać się ze zjedzeniem obiadokolacji, by z powrotem wrócić na uczelnię. Wspinałem się na ostatnie piętro i lądowałem pod salą ze złotą liczbą dwieście siedemnaście, choć właściwie nie powinno mnie tam być. Pewnie dlatego moja pierwsza próba zmierzenia się z dawnymi demonami okazała się fiaskiem.
Zaczekałem, aż wszyscy uczestnicy zajęć wejdą do środka i zamkną za sobą drzwi, a później zająłem miejsce na wygodnym, czerwonym fotelu w holu, przytykając głowę do ściany, nasłuchując. Niby mogłem podążyć za resztą, ale nikt mnie nie znał i szybko zwęszyliby we mnie obcego.
Któregoś jednak razu jedna ze studentek przyuważyła mnie, kiedy wyszła z sali, wykonując przeznaczoną jej część zadania. Miała zaczekać, aż reszta studentów przypnie do tablicy swoje prace w taki sposób, by wszyscy wiedzieli, która jest czyja, a ona miała rozpoznać właściciela po stylu, ewentualnie podejmowanej tematyce.
– Dlaczego pan nie wejdzie? – spytała zdziwiona, wskazując na drzwi.
– Czekam na wykłady – skłamałem odruchowo, choć była już dziewiętnasta, a za godzinę nic nie miało się tutaj odbyć.
– Ach, rozumiem. Ekonomia, marketing?
– Prawo.
– Ale nuda – rzuciła rozbawiona, a ja tyle ją widziałem, ponieważ ktoś z sali ją zawołał. I tak źle, i tak niedobrze, pomyślałem wtedy.
Ta smukła postać była jednak znacznie sprytniejsza, niż podejrzewałem. Tydzień później wyszła do mnie znowu, ale nie wyrzekła ani słowa. Po prostu przypatrywała mi się z ukosa, a jej oczy nieustannie się śmiały.
– Potem nie ma żadnych zajęć – stwierdziła.
Gdyby na jej miejscu stał jakikolwiek mężczyzna, miałby gdzieś, czy siedzę tutaj z konkretnego powodu, czy nie, a już tym bardziej, czy kłamię. Ona natomiast nie dość, że sprawdziła plan, to jeszcze pociągnęła mnie za rękę, jakby chcąc dać mi nauczkę.
– Co ty…?
– Potrzebujemy jeszcze jednej osoby w grupie. Poza tym większość ludzi, którzy są w środku, sądzi, że tutaj nauczy się kreatywności, podczas kiedy powinna ją ze sobą przynieść. Oby z tobą było inaczej, chociaż… czego ja się spodziewam po prawniku? – Parsknęła, po prostu wprowadzając mnie do sali i na chwilę przerywając ćwiczenia.
Wykładowca zsunął z nosa swoje okulary i nie wyglądał na zachwyconego, a zgromadzonym chyba nie robiła różnicy kolejna chłopaczkowata twarz. Smukła postać przedstawiła mnie jak gdyby nigdy nic i włączyła mnie do zabawy, a jednak do samego końca miałem wrażenie, że stanowiliśmy centrum uwagi.
Układaliśmy historię na bazie kilku losowych słów leżących na blacie, a później czytaliśmy ją na forum grupy. Kiedy przedstawiłem swoją wersję, przy stole zapadła cisza.
– Ty tak na poważnie? – zapytał jakiś grubasek.
– No tak, coś nie w porządku? Są schody, mrówka i bankomat, zapomniałem o czymś? – Nie rozumiałem ogólnego milczenia.
Wydawało mi się, że historia o niezrównoważonym psychicznie człowieku udającym się do bankomatu, który zamiast wypłacanych pieniędzy widzi pełno czerwonych mrówek, a na końcu ucieka przed nimi i spada ze schodów, nie jest aż taka zła. Może nie szczyt inteligencji, ale dno głupoty także nie.
– Chodzi o to, że jest naprawdę kreatywne jak na minutę myślenia. – Smukła kobieta choć raz nie spojrzała na mnie z ironią w oczach.
Wtedy po raz pierwszy przekonałem się, że już za długo ukrywam w sobie to, co chciałem przekazać. Zwłaszcza po oklaskach i cichych śmiechach, które obserwowałem po odczytaniu tekstu rozbudowanego przez całą grupę. Od tamtej pory byłem już na wszystkich zajęciach przez kolejne trzy lata i na każdych z nich siedziałem z tamtą smukłą dziewczyną. Właściwie najlepiej pracowało mi się właśnie z nią, niezależnie od rodzaju wyzwania.
– Dlaczego właściwie zapisałaś się na te zajęcia? – spytałem któregoś razu.
– Szczerze? Dla zabawy. – Uśmiechnęła się. – A ty?
– Chcę zostać pisarzem – powiedziałem szybciej, niż zdążyłem pomyśleć, a jej usta rozciągnęły się jeszcze bardziej.
– Na pewno ci się uda – oznajmiła całkiem poważnie.
I wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek inny, bo była pierwszą osobą, która ujrzała ostateczną wersję mojej powieści. Była też pierwszą, której podarowałem jej najświeższy egzemplarz. Dziewczyna wspierała mnie tak długo, gdy tkwiłem w ogniu krytyki, że w końcu doczekaliśmy się autorskich spotkań, wieczorów literackich i przede wszystkim wspólnego czasu. Ten okres jawi się w mojej pamięci jako najlepszy w życiu – wszystko pędziło do przodu, a mimo tego dzień jakby się rozciągał.
Pisałem godzinami, nie tracąc werwy i pomysłów. Każda książka, która pojawiła się na rynku, była przyjmowana przez tłumy z wielkim entuzjazmem, a ja nie sądziłem, że dobra passa może się skończyć. Byłem pewien, że jeśli kiedykolwiek postawiono by mi ultimatum – pisanie czy śmierć? – umierałbym dla sztuki z uśmiechem na ustach. Dziś nie potrafię nawet dla niej żyć – pasja zmieniła się w fatum, zaczęła powoli rozkruszać wszystko, co tylko zdołałem wybudować.
Czytelnicy coraz częściej narzekali, że nie widzą w moich tekstach czegoś, co dostrzegali w nich z początku, czymkolwiek owo niewysłowione „coś” było. Paradoksalnie im więcej pisałem, tym robiłem to gorzej. Tak jakby na początku mojego stworzenia Bóg postanowił, że mogę być użyteczny maksymalnie do kilku milionów słów, później już nie. Tak przynajmniej czułem.
Porażka na tym polu sprawiła, że zaniedbałem również rodzinę – smukłą postać i dzieci, które pojawiły się gdzieś w międzyczasie i o których nie wiedziałem prawie nic. Swojego ojca mogły wyczytywać jedynie z książek, a za niedługo nawet i to już im nie pozostanie. Chciałem pisać choćby po to, by zachować tę jedną nić porozumienia.
Zbrzydło mi już właściwie wszystko. Stało się ze mną to, czego boi się najbardziej chyba każdy twórca – wypaliłem się. Przestały docierać do mnie inspiracja, a może to raczej ja się na nie zamknąłem. Każdy dzień wypełniła rutyna, ale przede wszystkim niepokój i nerwy, kiedy zmuszałem się do stworzenia czegoś, co przestało we mnie istnieć. Straciłem wenę, ponieważ nie potrafiłem zachować przy sobie tego, co kochałem. A to, co kochałem, straciłem właśnie dlatego, że nie miałem weny. Albo z dużo prostszego powodu – nie pozwoliłem sobie pomóc.
Kiedy zawiódł mnie talent, nie chwyciłem pomocnej dłoni rodziny. Nie dałem zabrać się teatru, nie zgodziłem się na wspólne obejrzenie filmu czy nawet zjedzenie obiadu przy jednym stole. Odizolowałem się, a teraz prócz pustej powłoki nie zostało ze mnie nic – ani twórca, ani człowiek. Nie wiedziałem, co to dla mnie oznacza w najbliższych dniach, ale nie liczyłem na cud.
– Biada zwycięzcom. Biada, bo gdyby nigdy nimi nie zostali, nie mogliby stać się przegranymi – wyszeptałem, a słowa na monitorze zaczęły nagle płynąć ciągłym strumieniem. Płynąć prawie tak jak łzy.


Vae victis¹ – łac. biada zwyciężonym

 

Kilka słów od autora: Katarzyny Rapacz

„W tym roku zdobyłam wyróżnienia w dwóch konkursach literackich obejmujących zasięgiem całą Polskę; „Pigmalion fantastyki” oraz „Piórem malowane”, a także drugie miejsce w konkursie wojewódzkim: „Literacki Fenix”. Największym jednak sukcesem jest to, że jestem tutaj i wciąż wznoszę się ponad wyznaczone poprzeczki.
Zaczęłam pisać za sprawą miłości do książek. W wielu z nich odnajdowałam jakąś cząstkę wpływającą na moje życie i to był impuls, przy którym pomyślałam: „Rany, to jest właśnie to, co chcę robić – uwrażliwiać. Nie mogę operować ludzi, bo zbyt boję się krwi, nie mogę budować im domów i chronić ich przed chłodem, bo ze mnie chucherko, ale mogę odciągnąć ich od własnych problemów, pozwolić na chwilę oddechu!”
Czerpię pomysły z wszystkiego, co mnie otacza. Sporą rolę odegrały przy tym powieści grozy, ale też literatura wojenna czy każde inne pojedyncze dzieło. Inspiruje mnie również muzyka, przeważnie zespoły rockowe lat 80-tych i 90-tych. Podchwytuję także urywki rozmów, co czasem przeraża moich bliskich, a mimo tego, jeśli należysz do osób odważnych, możesz napisać do mnie tutaj:katrap.wobec@gmail.com – w sprawie tekstów czy zapytań. Tylko uważaj, bo w końcu i Ty możesz znaleźć się w opowiadaniu! :)”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *