TO NIE ŚWIAT JEST ZŁY – TO MY

Czuję, że zaczynam tonąć. Mroczne fale chwytają mnie w swoje macki i próbują ściągnąć na samo dno, nieprzeniknionej głębi oceanu. Próbuję się im wyrwać, odepchnąć je, jednak moje wysiłki idą na marne. Powoli tracę siły, ciało robi się odrętwiałe, niezdolne do choćby najmniejszego ruchu. Wiem, że za chwilę nastąpi koniec. Płuca zaczynają mnie piec od wstrzymywania powietrza, a łzy cieknące po policzkach, mieszają się z wodą, która wygrywa tę nierówną walkę. Otwieram usta i biorę głęboki oddech, ostatni oddech… Woda wdziera się do moich płuc, a ja nie mogę nic więcej zrobić, jak po prostu się poddać. Zamykam oczy, a lodowata fala obejmuje moje drobne, skostniałe ciało i ciągnie je w czarną otchłań.
Budzę się zlana potem. Wciąż dyszę, a policzki mam mokre od łez. Serce wali tak, jakby za chwilę miało mi wyskoczyć z piersi. Znowu ten straszny sen, z resztą tak, jak całe moje życie. Kiedyś, czytałam gdzieś, że sny mogą odzwierciedlać nasze ukryte pragnienia, bądź też lęki. Czy to znaczy, że boję się pochłonięcia przez ocean, czy też mój mózg buduje jakieś dziwne metafory na temat lęku przed pochłonięciem mnie przez życie? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że chcę, aby to się wreszcie skończyło. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przespałam calusieńką noc, bez choćby najmniejszego koszmaru. Zaczynam tęsknić za czasami dzieciństwa. Wtedy było normalnie, ja byłam normalna, a Wszechświat nie mścił się na mnie. Potem wszystko się zmieniło i ta zmiana trwa do teraz, a ja nic nie mogę z tym zrobić.
Zerkam na ekran telefonu. Zegar wskazuje dziewiątą. Jak zwykle niechętnie wstaję z łózka, żeby wziąć prysznic i się ubrać. Dzisiaj jest piątek, a ja mam tylko jeden plan na ten beznadziejny dzień – pójście do biblioteki. Pewnie większość osób w moim wieku planuje wyskoczyć na jakąś imprezę wieczorem, albo randkę z drugą połówką. Niestety ja znacznie odstaję od rówieśników. Nie umiem tak jak oni cieszyć się z życia, wyznawać zasady carpe diem, a następnego dnia budzić się z potwornym bólem głowy. I po co to wszystko? Żeby poczuć się lepiej, poczuć, że się żyje? Wolałabym chyba umrzeć, niż być taka jak oni. Świat jest zły, okrutny i podły – to wszystko, co mogę na ten temat powiedzieć.
Z takim oto nastawieniem biorę szybki prysznic, wypijam kubek gorzkiej kawy i idę tam, gdzie czuję się najlepiej. Po drodze mijam tych wszystkich nieświadomych niczego ludzi, ich uśmiechnięte twarze, błyszczące ze szczęścia oczy. Patrzę na nich jakby byli czymś obrzydliwym. Mam ochotę stanąć przed nimi i zacząć wrzeszczeć. Czy oni nie widzą, jakie życie jest wstrętne, jak Wszechświat obraca się przeciwko nam? Są ślepi. Też taka kiedyś byłam, dopóki nie odczułam beznadziei życia na własnej skórze. Wtedy zaczęłam dostrzegać to, co wcześniej było dla mnie niedostrzegalne, a potem znienawidziłam wszystko i wszystkich.
Otwieram drzwi biblioteki i od razu uderza we mnie zapach książek. Pod jego wpływem zaczynam się rozluźniać. Mięśnie przestają być napięte, a ja zamieniam się w potulną, puchatą owieczkę, która wielkimi krokami dąży do celu. Moim celem jest dział z poezją. Jedyne miejsce, gdzie mogę, choć na chwilę zapomnieć o złości i gniewie, krążących w moim krwiobiegu. Sięgam do półki, aby wziąć tomik poezji mojej ulubionej autorki. Gdy dotykam palcami okładki, czuję jakbym trzymała w ręku coś niezwykłego, mimo że to tak naprawdę zwykła książka z wierszami. Dla mnie jednak to coś więcej, to powietrze trzymające moją kruchą osobę przy życiu. Przytulam zakurzony tomik do piersi i wędruję w jak najdalszy kąt biblioteki, aby nikt mi nie przeszkadzał. Kiedy skręcam w alejkę z zapomnianą literaturą antyczną, spotyka mnie niemiła niespodzianka. Ktoś już zdążył ukraść MOJE miejsce. Stoję naprzeciwko chłopaka, który zdaje się nie zauważać, że jest tu jeszcze ktoś oprócz niego. Odchrząknęłam. Zadziałało – unosi głowę znad książki i obdarza mnie słonecznym uśmiechem. Mam ochotę jak najszybciej zetrzeć mu go z ust.
– Cześć – wita się grzecznie, nadal szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.
Tłumię w sobie złość i odpowiadam najspokojniejszym tonem, na jaki tylko mnie stać:
– To moje miejsce.
Wbijam w niego spojrzenie. Gdybym umiała ciskać błyskawicami, już by nie żył.
– To publiczna biblioteka, więc to miejsce też jest wspólne, ale jeśli tak bardzo ci zależy, mogę się przesunąć. Starczy miejsca dla nas obojga.
Uśmiech nadal nie schodzi mu z twarzy, a ja jestem na skraju wytrzymałości. Zaczynam liczyć do dziesięciu, a potem dodaję jeszcze pięć liczb, tak na wszelki wypadek.
– Dobra, przesuń się.
Zbiera porozrzucane wokół książki i robi mi miejsce. Odsuwam się od niego na tyle, na ile pozwala ten ciasny kąt, a potem zabieram się za czytanie.
– Sylvia Plath? – słyszę zdziwienie w jego głosie.
Obracam się gwałtownie. Intruz, który wcześniej ukradł mi miejsce, teraz wpatruje się we mnie i czeka na odpowiedź.
– Tak. To Sylvia Plath. Coś nie tak?
Wzrusza ramionami.
– Nie, wszystko w porządku. Tylko to dość dziwne…
Mrużę oczy i lustruję jego twarz. Wygląda na 22, góra 23 lata. Ma brązowe, krótkie włosy i czekoladowe oczy. Pewnie gdybym była jak inne dziewczyny powiedziałabym, że jest przystojny, ale ja nie jestem jak inne, więc wcale nie mam go za przystojnego.
– Co jest dziwne? – pytam, kiedy już dokładnie przyjrzałam się jego twarzy.
– No wiesz, to że ją czytasz. Jej wiersze są dość hm… smutne.
Patrzę na niego jak na idiotę.
– Właśnie dlatego ją czytam. Wszystko to, co pisała było takie prawdziwe. Dzięki niej zrozumiałam, jakie życie jest beznadziejne. Nie żebym już wcześniej o tym nie wiedziała… Tylko czytając ją, nie czuję się sama i wiem, że Wszechświat, nie tylko mi rzuca kłody pod nogi.
Nieznajomy patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami. Wygląda jakby go zatkało. Mimowolnie zerkam na książkę, którą trzyma na kolanach.
– Astronomia, serio?
Nie jest już zdziwiony, a zły.
– Masz coś do gwiazd, planet, kosmosu?
Prychnęłam.
– Jasne, że tak. Przecież gdyby nie Wielki Wybuch ten obrzydliwy, zakłamany świat, nigdy by nie powstał.
– O co ci chodzi z tym światem?! On nie jest beznadziejny, zły czy zakłamany. Nie możesz obarczać go swoimi problemami. To nienormalne.
Czuję, że za chwilę wybuchnę.
– Dla mnie jest, był i zawsze będzie. Skoro twierdzisz, że świat nie jest potworem, to tak naprawdę nic nie wiesz o życiu.
Patrzy na mnie ze zbolałą miną. Chyba próbuje przetrawić moje słowa. Nie mam pojęcia, czemu wdałam się z nim w tę dyskusję, ale czuję, że muszę udowodnić swoją rację.
– Skoro twierdzisz, że nic nie wiem o życiu, to mnie oświeć. Wytłumacz mi, co takiego zrobił ci Wszechświat, że tak bardzo go nienawidzisz.
– Nie zrozumiesz… – mówię tylko i wtykam nos w książkę.
– Postaram się zrozumieć. Wiem, że taka nienawiść nie bierze się znikąd. Coś musiało zmienić twoje nastawienie, prawda?
Wzdycham zrezygnowana. Skoro chce wiedzieć, po prostu mu powiem. Prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczę, więc, co mi szkodzi?
– Byłam kiedyś taka jak ty, wiesz? Uśmiechnięta optymistka, która kochała żyć. Miałam mnóstwo przyjaciół i przede wszystkich kochającą rodzinę. Kiedy skończyłam piętnaście lat, zmieniłam się, całe moje życie się zmieniło. Rodzice zginęli w wypadku, jakiś pijany kierowca zajechał im drogę i było po wszystkim. Przyjaciele się ode mnie odwrócili. Tak po prostu z dnia na dzień gdzieś zniknęli. Trafiłam do domu dziecka. Nikt ze mną nie rozmawiał, traktowali mnie jak przybłędę, nawet tam mnie nie chcieli. Nie miałam rodziców, przyjaciół, nikogo. Zostałam sama. Uśmiechałam się do innych, a w zamian dostawałam krzywe spojrzenie. Wtedy zrozumiałam, że to wszystko na nic. Jedyne emocje jakie wtedy odczuwałam to: strach, tęsknota i nienawiść. Teraz już się nie boję, tęsknota też gdzieś zniknęła, ale nienawiść, ona nie chce odejść. Cały czas krąży w moim ciele. Nienawidzę Wszechświata, bo zabrał mi rodziców, przyjaciół i szczęście. Teraz, gdy idę ulicą, wszyscy się do mnie uśmiechają. Tylko dlaczego akurat teraz?! Czemu nie uśmiechali się 7 lat temu, gdy najbardziej tego potrzebowałam?
Podnoszę wzrok i patrzę na nieznajomego. Jestem wściekła. Wyrzuciłam to wszystko z siebie, ale wcale nie jest mi lepiej. Dlaczego? Czuję jak kładzie mi rękę na ramieniu. Ten drobny gest sprawia, że jest mi trochę lepiej.
– Przykro mi… – mówi.
– Przestań.
Strącam jego dłoń z mojego ramienia.
– Nie chcę, abyś mi współczuł. Nie potrzebuję tego.
Patrzy na mnie zdziwiony.
– A czego potrzebujesz?
Zastanawiam się chwilę.
– Chcę odpowiedzi. Powiedziałam ci to wszystko, bo myślałam że poczuję się lepiej. Wiesz, coś jak zrzucenie balastu. Ale to nic nie dało. Wciąż czuję ten straszny ciężar na sercu. Czemu tak jest?
– Może nie mnie miałaś to powiedzieć.
– A komu? – pytam zdziwiona.
– Swojemu wrogowi. Mówiłaś, że to Wszechświat zabrał ci wszystko. Wykrzycz mu to, co leży ci na sercu.
– Jak?
Po jego twarzy zaczyna błąkać się tajemniczy uśmiech.
– Pomogę ci, ale pod jednym warunkiem. Musisz przeprosić za to, że wyśmiałaś moją astronomię.
Tłumię w sobie wybuch śmiechu.
– Chyba żartujesz? To ty przyczepiłeś się do tego, co czytam.
– Dobra, więc radź sobie sama – udał obrażonego.
– Niech ci będzie – wzdycham teatralnie. – Przepraszam, że obraziłam astronomię. To się więcej nie powtórzy.
Nie wygląda na przekonanego.
– Wątpię, że mówiłaś szczerze, ale dobra, niech stracę. Dzisiaj o dziewiętnastej spotkajmy się na tym polu biwakowym niedaleko jeziora.
– Ale nie jesteś żadnym seryjnym mordercą, który wyciągnie mnie nad jezioro i tam zabije, co?
Zaczyna się śmiać.
– Spokojnie, nic ci nie zrobię. Chyba, że znowu obrazisz moje hobby.
– Nie obrażę, obiecuję.
Posyła mi kolejny uśmiech i zaczyna się zbierać.
– Idę teraz na zajęcia. O 19 na polu biwakowym?
Skinęłam głową, aby potwierdzić.
– Do zobaczenia – rzuca i znika za regałami.

Zaczynam powoli żałować, że zgodziłam się z nim spotkać. Nie znałam go i trochę się bałam, ale ciekawość wzięła górę. Szybkim krokiem przemierzam kolejne skrzyżowania, aż docieram na skraj miasta. Dwieście metrów dalej znajduje się pole biwakowe, na którym umówiłam się z nieznajomym. Biorę głęboki wdech, a potem jeszcze jeden, tak na wszelki wypadek. W oddali majaczy się czyjaś sylwetka. Robię jeszcze kilka kroków i rozpoznaję kształt. To chłopak z biblioteki. Stoi nad brzegiem jeziora, głowę ma lekko uniesioną w górę. Twarz oświetla mu blask Księżyca. Wygląda jakby myślami był gdzieś bardzo daleko. Podchodzę najciszej jak umiem.
– Cześć – rzucam tuż za jego plecami.
Nieznajomy obraca się gwałtownie i kładzie dłoń na swojej klatce piersiowej.
– Nie skradaj się tak. Wystraszyłaś mnie.
Mimowolne parsknęłam śmiechem.
– Ale masz minę…
Marszczy czoło i po raz kolejny tego dnia, udaje obruszonego.
– Mam ci pomóc, czy nie?
Wyciągam ręce w obronnym geście.
– Już dobrze, przepraszam.
Posyła mi zwycięski uśmiech.
– Chodź tutaj.
Wskazuje miejsce obok siebie. Robię jak każe.
– Co teraz?
– Patrz – wskazuje ręką na czarne niebo ozdobione błyszczącymi gwiazdami, którym towarzystwa dotrzymuje Księżyc.
– Patrzę i widzę… niebo.
– Nie, widzisz Wszechświat. Stoimy i patrzymy na twojego wroga, tak jak obiecałem.
Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam. Mój wróg był tuż nad moją głową, a ja go nie dostrzegałam. Ależ byłam głupia.
– Racja, to on… Potwór, który mi wszystko zabrał.
Nie odrywam wzroku od nieba. Chcę mieć to już za sobą.
– Zamknij oczy – poleca. – I przypomnij sobie, co straciłaś, co on ci odebrał i po prostu to wykrzycz.
Robię tak, jak kazał. Zaciskam mocno powieki, a potem wyobrażam sobie twarze rodziców. Jak zwykle uśmiechniętych, szczęśliwych i pełnych życia. A teraz ich już nie ma. Tak samo jak moich przyjaciół. Wraz z rodzicami i przyjaciółmi utraciłam także ich miłość, ich przyjaźń, a przede wszystkim radość z życia. Musiałam to zrobić, musiałam w końcu to z siebie wyrzucić.
– Nienawidzę cię – szepczę. – Słyszysz?! Nienawidzę cię, bo zabrałeś mi wszystko, co kochałam: przyjaciół, rodziców, a przede wszystkich szczęście! Nic mnie już nie cieszy! Miłość? Przyjaźń? Troska? Już nawet nie wiem, co to znaczy! – Mój szept przeszedł teraz w wrzask. – Świat jest zły i beznadziejny! Nic tego nie zmieni!
Od krzyku boli mnie gardło. Czuję jak po moich policzkach płyną łzy. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie tłumię w sobie gniewu, a daję mu upust. Czuję się trochę lepiej, ale wciąż coś mi nie pasuje. Ten dziwny ucisk w sercu nie znika. Czuję jak nieznajomy otula mnie ramionami. Wtulam głowę w jego pierś i nie przestaję szlochać.
– Kłamałeś – mój głos jest nieco stłumiony przez materiał jego kurtki. – To nic nie dało. Nadal jest mi źle.
Jego uścisk nieco się rozluźnia. Unoszę głowę, a potem patrzę na jego twarz.
– Wiem. Przyprowadziłem cię tutaj, bo chciałem, abyś sama zrozumiała, że Wszechświat nic tu nie zawinił.
– Co? – tylko tyle udaje mi się wykrztusić.
– To nie świat jest zły. To ludzie. Wszechświat nie zabrał twoich rodziców. Zrobił to ten pijany kierowca, który w nich uderzył. A twoi przyjaciele? Gdybyś była dla nich ważna, nie zniknęliby z dnia na dzień. Zostaliby z tobą i cię wspierali. Jeśli uwierzysz, że Wszechświat jest dobry, twoja radość z życia też wróci.
– Ludzie może i są źli, ale nie ja. Jestem wściekła, ale przecież nie robię nikomu krzywdy.
– Jesteśmy źli – ja, ty, każdy mieszkaniec tego miasteczka. Nie musisz nikogo zabić, aby stwierdzić, że jesteś zła. Nienawidzisz, a to wystarczy. Spotkało cię wiele przykrych rzeczy, ale zanim do tego doszło, byłaś dobra, uśmiechnięta i szczęśliwa. Pamiętaj, to nie świat jest zły, tylko my – ludzie. Jeśli otworzysz szerzej oczy i rozejrzysz się dookoła też to w końcu dostrzeżesz.
Odsuwam się od niego i jeszcze raz spoglądam w rozgwieżdżone niebo. Może on jednak ma trochę racji. Może Wszechświat nic tu nie zawinił.
– Muszę wracać do domu – oznajmiam. – Dziękuję.
Patrzy na mnie całkowicie oniemiały. Chyba chce coś jeszcze powiedzieć, ale nie daję mu szansy. Zaczynam biec. Nie oglądam się za siebie, dopóki nie docieram pod mój blok. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to staruszka, dzierżąca w drżących dłoniach siatki pełne zakupów. Pewnie jeszcze dzisiaj rano najzwyczajniej w świecie bym ją minęła i nawet nie zwróciła uwagi na jej spoconą z wysiłku twarz, ale w tej chwili jakiś głosik w mojej głowie nakazuje mi coś zupełnie innego.
– Pomogę pani – oznajmiam i biorę od niej jedną z toreb.
Staruszka początkowo wygląda na zdziwioną, ale po chwili dostrzegam ulgę na jej twarzy. Obdarza mnie promiennym uśmiechem.
– Dziękuję. Mało jest teraz na tym świecie tak dobrych i uczynnych ludzi.
Odwzajemniam jej uśmiech. Słowa staruszki utwierdzają mnie w przekonaniu, kto tak naprawdę jest zły. Nieznajomy z biblioteki miał rację. To my – ludzie jesteśmy źli, nie świat.

Kilka słów od autora: Patrycji Kuliś

„Przygodę z pisaniem zaczęłam już w czwartej klasie szkoły podstawowej. Byłam wtedy zagorzałą fanką polskich seriali, więc oglądałam je z wypiekami na twarzy. Kiedy któryś z odcinków mi się nie podobał, układałam do niego własny scenariusz, co z czasem dawało całkiem nową historię.

Wszystko, co pisałam, lądowało w szufladzie. Dopiero niedawno wpadłam na pomysł, żeby założyć bloga, gdzie umieszczam swoje prace:

http://bezczytanianiemamarzen.blox.pl/html

W wolnym czasie oprócz pisania, dużo czytam. Przeważnie są to książki fantasy, bo takie kocham najbardziej.”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *