Katarzyna Rapacz

Sztuka przegrywania

– Czy mogłabym ci jakoś pomóc?
Żona stanęła za moimi plecami, układając dłonie na oparciu fotela. Zerknęła mi przez ramię, ale zamknąłem laptopa jeszcze zanim zdążyła zobaczyć jakiekolwiek efekty mojej pracy.
– Nie trzeba – burknąłem tylko, czując niewysłowioną złość.
Co chwilę ktoś wchodził do pracowni i zawracał mi głowę. A to dzieci, bo jedno z nich się skaleczyło, a to żona; niby z dobrymi intencjami, ale jednak najlepiej by zrobiła, gdyby kazała wszystkim wynieść się z domu.
– Powinieneś zrobić sobie przerwę, przemęczasz się – stwierdziła, głaszcząc mnie po karku.
Pewnie rzeczywiście się o mnie martwiła, ale ta uwaga tylko bardziej mnie rozwścieczyła. Miałem ostatni dzień na poprawki sztuki, w przeciwnym razie teatr znów ją odrzuci, a moje marzenia ponownie spełzną na niczym. Nawet nie wiem, który to już raz.
– Wiesz, że nie mogę.
– W takim razie przyniosę ci kawałek ciasta. No i kawę, dużo kawy.
Uśmiechnęła się, a ja mimo wszystko odwzajemniłem gest. Czasem dziwiłem się żonie, jakim cudem znajduje w sobie takie pokłady optymizmu, skoro nie zawsze byłem wobec niej przykładnym partnerem. Ona jednak wydawała się tym zupełnie niewzruszona, jakby to po prostu nie mogło stanowić podstawy jej zmartwień. Imponowało mi, że codziennie bierze na siebie odpowiedzialność za ogarnięcie całego domu i rozplanowanie tygodnia – ja nigdy nie byłem dobry w takich rzeczach.
Pracowałem przy świetle niewielkiej lampki, wciąż skreślając niezgrabnie ujęte didaskalia, wydłużając i skracając sceny czy wypowiedzi aktorów. Nim się obejrzałem, zapadła już noc, a kawa zdążyła ostygnąć. Mimo tego wypiłem ją, by nie sprawić przykrości żonie, która zjawiła się w progu dosłownie kilkanaście minut później. Ucieszyła się, że zjadłem to, co przyniosła. Czasem zupełnie o tym zapominałem.
– Już położyłam dzieci spać, wiesz? – odezwała się, a ja skinąłem głową. – I pomyślałam, że spędzimy razem troszkę czasu.
Odkaszlnęła, więc zwróciłem ku niej wzrok. Nie spodziewałem się tego, co rzeczywiście zobaczyłem – Łucja stała przede mną jedynie w koronkowej bieliźnie, wpatrując się we mnie i czekając na jakąkolwiek reakcję. Już dawno nie sprawiła mi takiej niespodzianki. Zwykle bawiliśmy się w takie rzeczy, kiedy byliśmy młodsi, ale teraz takie urozmaicenie było jedną z niewielu rzeczy, które pozwoliły oderwać mi się od pracy.
– Racja, ostatnio mieliśmy go dla siebie stanowczo za mało – stwierdziłem, wywołując na jej twarzy szeroki uśmiech.
Najwyraźniej nie spodziewała się, że tak szybko mnie przekona. Podejrzewałem, że miała w zanadrzu jeszcze kilka sztuczek i poniekąd nawet żałowałem, że ich nie zaprezentowała, ale nie zamierzałem przeciągać tej sceny. Wyciągnąłem do niej ramiona, a ona wskoczyła mi na kolana i wtuliła się we mnie radośnie niczym mała dziewczynka.
Długo trwało, nim wreszcie ułożyliśmy się do snu. Wiedziałem, że dzień przed oddaniem sztuki nie zmrużę oka, już do tego przywykłem, a Łucja wcale nie ułatwiła mi zadania, mimo że czułem się przyjemnie zmęczony.
– Myślisz, że tym razem mi się uda? – spytałem, chyba wyrywając żonę z rozmyślań.
– Co? A… tak. Na pewno, musi. – Odwróciła się do mnie plecami, nagle wydając się jakaś przygaszona. Zupełnie uleciał z niej entuzjazm, którym emanowała jeszcze dosłownie przed momentem.
– Coś się stało? Pytałaś o coś? – Tak mi się wydawało, ale nie byłem pewien. Straszliwie się zamyśliłem.
– Nie, o nic.
Więcej się nie odezwała, zasypiając już kilka minut później. Miałem wrażenie, że coś nie jest tak, jak powinno, ale wolałem jej nie budzić. Ona też musiała w końcu wypocząć, może to stanowiło główny powód moich podejrzeń.
Rankiem rozeszliśmy się w różnych kierunkach – Łucja zawiozła dzieci do przedszkola, zrobiła zakupy i udała się do pracy, a ja ruszyłem do teatru. Nie robiłem sobie nic z narzekań dyrektora, który przy jednym z naszych spotkań kazał wynosić mi się w cholerę, mamrocząc pod nosem, żebym lepiej poszukał sobie innego zajęcia, bo on mnie nie potrzebuje. Wygrywają w końcu najwytrwalsi.
Gdy wszedłem do jego gabinetu, wywrócił ostentacyjnie oczami i chyba tylko cudem nie kazał mi od razu zawrócić do domu. Pokazałem mu najnowszy projekt, który pochłonął ostatnie pół roku mojego życia. Tym razem wszystko musiało pójść po mojej myśli – byłem pewien, że napisana przeze mnie współczesna komedia przyjmie się z łatwością. Czułem, że jestem zwycięzcą, kiedy starszy mężczyzna naprzeciw mnie uśmiechnął się nieznacznie, wertując kartki maszynopisu.
– Niezłe, ale to wciąż nie nasz poziom – orzekł i odsunął od siebie plik kartek.
– Nawet nie przeczytał pan całości! – oburzyłem się.
– Nie muszę, wystarczy kilka stron. Trzeba by wprowadzić mnóstwo zmian, a my nie mamy na to czasu.
– Przecież to dobry materiał na sztukę, sam pan przyznał!
– Nie. Przyznałem, że jest niezły. Do dobrego mu jeszcze daleko. – Wskazał mi drzwi, a ja zacisnąłem pięści i ledwie powstrzymałem się od wszczęcia bójki. Wydawało mi się, że większość moich artystycznych porażek zależało od braku sympatii, nie talentu. Dyrektor od samego początku wykazywał się wobec mnie ignorancją, podczas kiedy zwyczajnym lebiegom niemalże uchylał nieba. Był fałszywym, zepsutym człowiekiem, ale niestety jedynym, który mógłby otworzyć mi drzwi do kariery. Niech go szlag…
Wracając do domu, nie umiałem wyzbyć się wrażenia, że ludzie nieustannie wytykają mnie palcami. Pewnie to przypadek, że wybuchali śmiechem akurat wtedy, kiedy mnie mijali, ale mimo wszystko w taki dzień jak ten wszystko wprawiało mnie w dyskomfort. Odetchnąłem dopiero, gdy dostałem się do pustego domu, nalałem do kufla schłodzonego piwa i zawędrowałem z nim na kanapę, upijając kilka dużych łyków. Właściwie to nie należałem do wielkich fanów piwa, ale jego gorzkawy posmak wpasowywał się idealnie w konwencję moich rozmyślań.
Zabrałem się za papierkową robotę, którą zasypywali mnie z pracy. Jedynym jej plusem było to, że mogłem podpisywać dokumenty w piżamie i z nikim nie utrzymywać kontaktu, a ponadto robić przerwy wtedy, kiedy tylko mi się to podoba. No… może nie w taki dzień jak dziś, ale ogółem to dużo lepsze niż codzienna gonitwa.
Właściwie nawet poczułem żal, kiedy drzwi wejściowe skrzypnęły, a do środka wparowały krzyczące dzieci z jakimiś rysunkami w dłoniach, które chciały mi pokazać. Uściskały mnie, jednak tyle je widziałem, bo zaraz potem zniknęły w swoim pokoju, by się przebrać. Żona za to była dużo ostrożniejsza – od razu zrozumiała, że nie mam najlepszego humoru.
– Dlaczego nie spróbujesz w takim razie napisać do innego teatru? – odezwała się cicho.
– Bo ten jest najlepszy! – odezwałem się nieco za ostro.
– W tamtych chociaż by cię przyjęli, a w końcu znalazłby się ktoś, kto by cię docenił. Przecież nikt nie zaczyna od najwyższego szczebla. – Westchnęła, a ja zgromiłem ją wzrokiem.
– Utalentowani ludzie tak.
– Zachowujesz się jak stary głupiec – skwitowała i ruszyła do kuchni, by przygotować coś do jedzenia.
– Świetnie. Może zamiast tak gadać, okazałabyś mi trochę wsparcia?
Te słowa podziałały na nią tak, jakby oberwała kamieniem prosto w sam środek twarzy. Wiedziałem, że posunąłem się za daleko, ale nie chciałem tego przyznać. Wolałem ciągnąć dyskusję, niż zamknąć się i przyznać rację Łucji. Całkiem jak nie ja.
– Okazałabym trochę wsparcia? Trochę wsparcia. – Roześmiała się, wyciągając z torby zakupowej paczkę papierosów i zapalając jednego z nich.
– Znowu palisz? – Kiedyś wiele się o to kłóciliśmy, bo strasznie przeszkadzał mi ten nawyk. Udało nam się go zwalczyć po roku, ale nie było łatwo. A teraz tak po prostu…
– A co cię to obchodzi? Zauważyłeś to dopiero teraz, gdy wyciągnęłam ci te pieprzone fajki przed twarz. Dwa miesiące już się z nimi nie rozstaję, ale ty tego nie widzisz. Nie widzisz kompletnie niczego! Siedzisz tylko przy tej durnej sztuce, a ja sprzątam, gotuję, piorę, prasuję, zajmuję się dziećmi, pracuję, w międzyczasie jeszcze niańczę ciebie i twoje nadęte ego. Nie pamiętam już, czym jest czas dla siebie, ale w porządku. Godziłam się na to, bo widziałam w tym cel, ale teraz? Spójrz na siebie, jesteś wiecznie niezadowolony, nasi znajomi pytają się mnie, czy zmarł ci któryś z rodziców, że tak się zachowujesz, a ja muszę wciąż cię usprawiedliwiać. Ty tego nie doceniasz! Wczoraj nawet nie słyszałeś, jak spytałam, czy ci się podobało, bo przecież; sztuka była ważniejsza ode mnie. Zupełnie cię już nie poznaję, nienawidzę takiego życia – wypaliła i rozpłakała się, wyrzucając wszystko to, co tkwiło w niej od miesięcy.
– Mamusiu…? – odezwał się cichy głosik z kąta pokoju.
Okazało się, że Kajtek zjawił się przy nas kilka sekund temu i zbiegł na dół, kiedy usłyszał krzyk. Iga pewnie schowała się pod łóżko. Zawsze tak się zachowywali w obliczu jakiejś niecodziennej sytuacji.
– Przepraszam, skarbie. Mamusia jest dzisiaj bardzo zmęczona i musi odpocząć. Nie martw się, dobrze? Wszystko w porządku. Idź do góry i zajmij się siostrą, zrobisz to dla mnie?
Łucja uklękła przy synku i pocałowała go w czoło, a ten skinął głową i otarł jej łzy z przeraźliwie silną czułością. Do mnie nawet nie podszedł.
Gdy zniknął z pola widzenia, Łucja pociągnęła nosem i jeszcze raz na mnie spojrzała. Nie umiałem znaleźć odpowiednich słów, by załagodzić sytuację, więc nie powiedziałem nic. Chyba żona miała trochę racji, ta cała sztuka bardzo nas poróżniła, a czy nie miało być właśnie na odwrót? Przecież planowaliśmy, że ja będę pisać, a ona czytać i doradzać, że będziemy wymieniać się opiniami. W rzeczywistości wyglądało to raczej tak, że kazałem się wszystkim wynosić, bo nie potrafiłem się skupić, a wiedziałem, że czas ucieka i stres działa na mnie coraz silniej z każdym dniem.
Nie zatrzymałem Łucji, kiedy ubrała się i ruszyła do drzwi wyjściowych. Potrzebowała czasu, żeby to wszystko przemyśleć, ja zresztą tak samo. No i wypadałoby nakarmić dzieci, bo pewnie są głodne. Zawołałem je więc na dół i obwieściłem, że dzisiaj to ja gotuję obiad.
– A tatuś umie? – Zaśmiała się Iga.
– Nie tak jak mamusia, ale chyba umie – stwierdziłem dyplomatycznie. – No to co sobie zjemy?
– Mamusia mówiła, że zrobi spaghetti.
Spaghetti, prosta sprawa, nie ma czego zepsuć. W końcu co za filozofia ugotować makaron i dorzucić tam warzyw? Chyba jednak spora, bo dzieci trochę się krzywiły podczas posiłku, ale nie poskarżyły się głośno.
– A w przedszkolu mamy przedstawienie za dwa dni – przypomniał sobie Kajtek. – Przyjdziesz, tatusiu?
– Oczywiście, że tak – odparłem od razu. Chyba synek trochę się zdziwił, ale był naprawdę szczęśliwy, że pierwszy raz od długiego czasu zrobimy coś całą rodziną.
Gdy Łucja wróciła do domu od swojej bliskiej przyjaciółki, oglądaliśmy razem z dziećmi Reksia. Mieliśmy jedną płytę z kilkunastoma odcinkami, a one mimo to zawsze ją wybierały, chociaż nic nie stanowiło dla nich zaskoczenia, każdą część przygód łaciatego pieska znały na pamięć.
Odgrzałem żonie makaron, a ona najwyraźniej zdziwiła się atmosferą panującą w domu. Nawet roześmiała się, kiedy skosztowała obiadu, chociaż to był raczej śmiech przez łzy.
– To jest ohydne – powiedziała żartobliwie. – Biedne dzieci. Lepiej jednak ja będę gotować. Przecież to ciapa.
– Starałem się – mimo tego przyznałem, że nijak nie pasuję do stania przy garach. A jeszcze ile się tam siłowałem! – Zadzwoniłem też do Fabiańskich, umówiłem nas na jutro, co ty na to?
Fabiańscy byli niegdyś naszymi najlepszymi przyjaciółmi, ale nasze kontakty od jakiegoś czasu ulegały rozluźnieniu. Może to jednak dobry moment, by wszystko naprawić.
– Wspaniale – odpowiedziała poważnie, przytulając mnie. Najwyraźniej mi wybaczyła, ale i tak przepraszałem ją później cały wieczór, zwłaszcza że wyrzuciłem do śmieci jej papierosy.
Wydawało się, że wszystko od tej pory powinno się ułożyć, ale to tylko brednie, którymi twórcy filmów mydlą oczy przeciętnym zjadaczom chleba. Zaraz przed spotkaniem ze znajomymi pokłóciliśmy się znowu, po wizycie tak samo. Łucja cały czas wypominała mi, że dryfuję myślami w kierunku tamtej sztuki i nie umiem zawiązywać normalnych relacji. Ta uwaga zdenerwowała mnie do tego stopnia, że kompletnie zapomniałem o przedszkolnym przedstawieniu dzieci kolejnego dnia, za co wbiła mi kolejną szpilę.
– Gdybyś napisał im sztukę, to pewnie nie przegapiłbyś ich występu, prawda? – sarknęła, a już niedługo potem rozstaliśmy się na dobre.
Nie widzieliśmy się od kilkunastu lat, z dziećmi tak samo. Pewnie już studiują, powoli układają sobie życie, ale tego też nie wiem. Udało mi się za to wreszcie napisać coś, co spodobało się dyrektorowi teatru! Poklepał mnie po plecach, pogratulował i przyznał, że mój upór się opłacił. Wiedziałem! Nagle ten człowiek wydał mi się dużo przychylniejszy niż zazwyczaj. Myślałem, że teraz wcisnę mu każdy najgorszy chłam i zarobię na wszystkim.
Ledwie mogłem wytrzymać z podniecenia, kiedy siedziałem na premierze nowego spektaklu w pierwszym rzędzie. W miarę jednak, jak zbliżałem się do końca ostatniego aktu, czułem się coraz gorzej. To nie była moja sztuka. To znaczy… była, ale nie do końca. Właściwie bardziej nie niż tak. Dyrektor zastrzegał, że mogą wprowadzić drobne zmiany, ale to…? Zachowali może dziesięć procent tego, co napisałem, reszta to zupełnie inna historia.
Po występie od razu udałem się do dyrektora, ale on nie rozumiał, o co mam pretensje.
– Przecież mówiłem, że możemy wprowadzić zmiany. O co panu chodzi? W końcu ma pan tę swoją sztukę. Szkoda tylko, że nigdy nie umie pan odpuścić. – Wzruszył ramionami i zajął się rozmowami z innymi uczestnikami spektaklu, traktując mnie raczej jak powietrze.
Wróciłem więc do zapuszczonego domu i zalałem wodą chińską zupkę. Co prawda zapomniałem nastawić czajnika, ale trudno. Już przywykłem do paskudnego jedzenia. Przeżuwałem więc te grudy makaronu z nierozpuszczonymi przyprawami, zastanawiając się, czy złapać za telefon i zadzwonić do rodziny. Tylko do kogo? Do żony, dzieci? Być może kilka godzin temu miałoby to jeszcze jakiś sens – powiedziałbym, że wbrew ich niewierze odniosłem sukces, a teraz? Byłem bankrutem, zupełnym zerem. Wydawało mi się, że napisałem niesamowite dzieło, tymczasem skończyło się na zwykłej sztuce przegrywania.
– Ha! I doskonale wiem, czyja to wina. Twoja, ty żałosny śmieciu! – zwróciłem się do mężczyzny stojącego pod ścianą. Spoglądał na mnie tak pogardliwie, że miałem ochotę zmyć mu uśmiech z twarzy, pozbyć się swojego największego wroga.
Bez większego namysłu odstawiłem miskę na stół, zerwałem się z miejsca i pobiegłem w kierunku tamtego obrzydliwego faceta. Zamachnąłem się z całej siły. Lustro pękło na drobne kawałki.

Kilka słów od autora: Katarzyna Rapacz

„W ubiegłym roku zdobyłam wyróżnienia w dwóch konkursach literackich obejmujących zasięgiem całą Polskę; „Pigmalion fantastyki” oraz „Piórem malowane”, a także drugie miejsce w konkursie wojewódzkim: „Literacki Fenix”. Największym jednak sukcesem jest to, że jestem tutaj i wciąż wznoszę się ponad wyznaczone poprzeczki.
Zaczęłam pisać za sprawą miłości do książek. W wielu z nich odnajdowałam jakąś cząstkę wpływającą na moje życie i to był impuls, przy którym pomyślałam: „Rany, to jest właśnie to, co chcę robić – uwrażliwiać. Nie mogę operować ludzi, bo zbyt boję się krwi, ale mogę odciągnąć ich od własnych problemów, pozwolić na chwilę oddechu!”
Czerpię pomysły z wszystkiego, co mnie otacza. Podchwytuję urywki rozmów, co czasem przeraża moich bliskich, a mimo tego, jeśli należysz do osób odważnych, możesz napisać do mnie tutaj: katrap.wobec@gmail.com – w sprawie tekstów czy zapytań. Tylko uważaj, bo w końcu i Ty możesz znaleźć się w opowiadaniu! 🙂

Zapraszam także na moją autorską stronę z opowiadaniami:

Witaj!

https://www.facebook.com/katrap.opowiadania/ ‘’


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *