„Pozwalam ci umrzeć”

Najpierw był oślepiający błysk światła. Następnie powstałem ja. Niewiele wiem o tym, skąd się wziąłem, tak samo jak niewiele wiem o tych, którzy mnie otaczają. Wyglądamy podobnie, a jednak oni potrafią więcej. Mówią, chodzą, poruszają się. Werbalizują swoje myśli, co tak bardzo chciałbym umieć. Zazdroszczę im każdego kroku, podniesienia ręki, zaciskania pięści… Jak więzień zazdrości wolności. Jestem uwięziony we własnym ciele. Nie poruszam się, nie mówię, a widzę i słyszę. Gdyby ktoś chciał mnie unicestwić, nie kiwnąłbym palcem. Nie kiwnąłem nim ani razu od momentu, w którym ujrzałem ten błysk. I nie sądzę, bym kiedykolwiek był w stanie to zrobić.
Powoli uczę się świata, który mnie otacza, a słowa, które wirują wokół mnie, staram się łączyć w całość. Kiedy mnie dotykają, zdejmują ubrania z mojego sztywnego ciała, zdarza mi się poczuć powiew chłodu na piersi. To szybko mija, ponieważ zaraz nakładają coś innego i odstawiają mnie na miejsce. Zawsze muszę patrzeć w ten sam punkt. Wyobrażacie sobie wpatrywać się w drzwi jubilera dwadzieścia cztery godziny na dobę? Niestety, nie potrafię spać. Moim jedynym zajęciem jest słuchanie tych chodzących klonów i gapienie się w te przeklęte drzwi. Nie ukrywam, że uważam swój żywot za marny i wyjątkowo uporczywy.
Kiedyś przyszedł tutaj mężczyzna, wskazał na mnie i powiedział do blond dziewczyny, która odwiedzała mnie niemal codziennie:
– Chcę przymierzyć ubranie z manekina z wystawy.
Dziewczyna podeszła do mnie, zerknęła na kawałek papieru, sterczący przy moim biodrze i obiecała mu, że zaraz przyniesie odpowiedni rozmiar. Całe popołudnie zastanawiałem się wtedy czym jest ta „manekina” i czemu mnie tak nazwał. Głód odpowiedzi wręcz doprowadzał mnie do szaleństwa, lecz nie mogłem nikogo spytać. Miałem ochotę porozmawiać z tą dziewczyną. Miała miłą twarz i spokojny głos. Często się uśmiechała. To wystarczyło, żebym nabrał do niej zaufania. Dlatego właśnie lubiłem, gdy to ona zmieniała mój strój. Zdarzało jej się nawet do mnie odezwać, gdy byliśmy tylko we dwoje. Nie zawsze potrafiłem ją zrozumieć, jakby mówiła jakimś szyfrem. Innym razem, były to zwyczajne słowa, jakby rozmawiała z tymi, którzy potrafią jej odpowiedzieć. Powiedziała wtedy:
– To nie powinno tak wyglądać, wiesz?
Miała włosy związane w długiego warkocza do pasa. Usta suche, jakby gryzła je z nerwów. Jej dłonie były zimne.
– Pewnego dnia wszystko się zmieni, zobaczysz. Dostanę wymarzoną posadę, a wtedy rzucę tę robotę raz na zawsze. Nie bierz tego do siebie, naprawdę cię lubię. Czasem mam wrażenie, że tylko z tobą mogę sobie pogadać, choć małe szanse, że odpowiesz – zaśmiała się smutno i sięgnęła po spodnie – Ale to nie jest moje miejsce. To miasto, ci ludzie, on… On nie jest dla mnie dobry, wiesz? A ja chciałabym być mądrzejsza… Chciałabym umieć się od tego uwolnić, ale jeszcze nie potrafię. Trzymaj za mnie kciuki, kiedyś może się uda.
Nie umiałem trzymać kciuków, a poza tym nie rozumiałem jak miałoby to komukolwiek pomóc, ale mimo wszystko miałem nadzieję, że dziewczyna z blond włosami zrobi to, o czym marzy. Ona jednak codziennie do mnie przychodziła. Często siedziała bez ruchu i patrzyła w ten sam punkt, co ja – na drzwi jubilera, które wciąż otwierały się i zamykały. Nie działo się nic nadzwyczajnego, lecz my patrzyliśmy, jakby na świecie nie było nic innego, o co warto byłoby grać. Trwaliśmy w bezruchu.
Następnym razem podczas przebierania miała wyjątkowy dobry humor. Jej dłonie były już cieplejsze, a włosy rozpuszczone. Niebieskie oczy lśniły, jakby odbijały się w nich kamienie z wystawy z naprzeciwka.
– Czuję, że teraz będzie inaczej – jej głos brzmiał wyjątkowo melodyjnie tego dnia – Mówię ci, czuję to w kościach. Może to jeszcze nie czas na studia, ale obiecał mi. A ja potrafię wyczuć, kiedy człowiek kłamie. Od dzieciństwa mam taki dar. Może to szósty zmysł? Nieważne. Najważniejsze, że mówił szczerze. Zmieni się dla mnie. Musi mnie kochać, jeśli chce to zrobić.
Nie wiedziałem co oznacza słowo „kochać”, ale w jej ustach brzmiało to jak coś wyjątkowo przyjemnego. Od tamtej pory było to moje ulubione słowo. Nasłuchiwałem go w rozmowach, ale szybko odkryłem, że raczej nikt go nie używa. Nawet, gdy w sklepie pojawiało się wielu klientów, a do przymierzalni stawały wyjątkowo długie kolejki, nie udało mi się usłyszeć go ponownie. Doszedłem do wniosku, że musiało wyjść z użytku. A może to jakiś żargon lub slang? Odtwarzałem jej słowa na nowo i próbowałem odkryć ich sens. Pamiętałem z jakim naciskiem to powiedziała, zupełnie, jakby chciała mnie przekonać do swoich racji: „Musi mnie kochać”.
I wtedy nadszedł ten dzień, w którym wyglądała jakoś inaczej. Z jej ust zniknął spokojny uśmiech, policzki nie były różane, a włosy zebrała, jakby w pośpiechu w coś, przypominającego koka. Oczy miała szklane, jakby za sekundę miała wybuchnąć płaczem. Skóra wokół jednego oka miała ciemniejszy kolor niż zwykle. Czułem całym sobą, że nie mogło to być nic dobrego. Dziękowałem niebiosom, gdy w drzwiach stanęła kobieta, którą uważałem od zawsze za nieprzyjemną i opryskliwą. Ubrana w futro, z papierosem w dłoni, zmierzyła blond dziewczynę od stóp do głów i westchnęła:
– Głupia dziewucha.
Jak na zawołanie, w czach dziewczyny pojawiły się łzy i prawie natychmiast spłynęły jej po policzkach. Od razu wytarła je wierzchem dłoni. Wytężyłem słuch i intensywnie wpatrywałem się w jej odbicie w szybie. To była jedyna szansa na dowiedzenie się, o co chodzi.
– Pracujesz na siebie, jesteś ładna, kiedyś studiowałaś… – mówiła, wyciągając słowa w charakterystyczny dla siebie sposób – Na co ci kamień u nogi? To straszne, że dziewczyny w dzisiejszych czasach nie potrafią się szanować. Złapać byle jakiego i trzymać się go, choćby nie wiem co.
Dziewczyna patrzyła w jeden punkt przed sobą, a łzy już nie leciały po jej twarzy.
– To nie tak jak pani myśli – jej głos był stanowczy – To był wypadek.
Kobieta prychnęła i zgasiła papierosa w popielniczce, stojącej na ladzie.
– Głupia dziewucha – powtórzyła – Nie mój cyrk, nie moje małpy, ale nie życzę sobie, żebyś przychodziła do pracy z podbitym okiem. Rozumiesz?
– To naprawdę był…
– To naprawdę mnie nie interesuje – przerwała jej – Zastanawiałaś się jak to wygląda? Podpowiem ci: tragicznie.
Dziewczyna zwróciła wzrok na podłogę. Zagryzła wargę. Poczułem silny impuls i chciałem stanąć w jej obronie, lecz nawet gdybym mógł się ruszyć, nie do końca bym wiedział, co powiedzieć. Jak jej obronić? Zauważyłem kiedyś wśród tych istot dziwny zwyczaj dobierania się w pary, trzymania za ręce. Byłem ciekaw czy ona również ma kogoś takiego i czy to on właśnie umalował jej skórę na niebiesko. Tamtego dnia dużo płakała, a ręce jej się trzęsły. Powtarzała, że nie ma już siły i że jeżeli będzie to jeszcze trwało, to nie wie, co ze sobą zrobi. Słowa wylewały się z niej, a ton jej głosu był tak rozpaczliwy, że w gardle urosła mi gula. Wierzyłem jej całym sercem, że dłużej już nie da rady. Nie rozumiałem tylko co ją tak męczy. Nie wiedziałem tego do następnego dnia, bo właśnie wtedy zadzwonił jej telefon. Nie odebrała. Zadzwonił ponownie. Odrzuciła. Zadzwonił jeszcze raz. Chwyciła za niego i gwałtownie przycisnęła do ucha:
– Jestem w pracy – wysyczała jak wąż.
Zamknęła oczy i w niemym geście rozpaczy zaczęła kręcić głową.
– Nie. Nie, nie mogę – powtarzała – Przestań. Wiesz, że tego nie zrobię. Obiecałeś mi. Obiecałeś, a ja ci uwierzyłam. To miało się skończyć. Nie, to ty mnie posłuchaj. Nic ode mnie nie dostaniesz. Nic.
Po tych słowach się rozłączyła. Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze z płuc.
Kolory ze skóry wokół jej oczu powoli znikały, a ona z powrotem nabierała rumieńców. Niewiele jednak mówiła. Mijały tygodnie, a ona całymi dniami potrafiła milczeć. Zapomniałem jak brzmiał jej głos. Zapomniałem jak wyglądał jej uśmiech. Zaczęła przypominać mnie. Zdarzały jej się dni, kiedy stawała nieruchomo i patrzyła na drzwi jubilera, jakby na coś czekając. Jej twarz pozostawała bez wyrazu i już wiedziałem, co czuć, gdy patrzy się na mnie. Gdy na nią patrzyłem, czułem pustkę i obojętność, bo to one aż od niej biły. Dzień w dzień robiła to samo. Skończyła się zima, zza chmur zaczęło częściej wychodzić słońce. Wszystko zaczęło robić się zielone. Czuć było życie w powietrzu. Miałem nadzieję, że i w niej coś się zmieni. Doczekałem się swojego przełomu. Zdejmowała mi gryzący sweter przez głowę i nagle powiedziała:
– Znałam kiedyś pewnego człowieka. Dla mnie, jako dla małej dziewczynki, wydawał się naprawdę niesamowity. Myślałam, że potraf wszystko zrobić. Podnieść każdy ciężar. Naprawić każdą usterkę. Otrzeć wszystkie łzy. I kiedy inne dzieci opowiadały, że wierzą w świętego Mikołaja, ja im odpowiadałam: A ja wierzę w mojego tatę, bo to on zawsze przynosi prezenty, wkłada śmieszne czerwone ubranie i wmawia nam, że jest kimś innym.
Zaśmiała się smutno.
– Ale mojego tatę złamali. Złamała go śmierć mamy, złamała go utrata pracy. Złamała go choroba mojego brata. W jednej chwili z silnego niesamowitego mężczyzny, zamienił się w marnego pijaczynę. Meble wynosił, płakał po nocach, dmuchał mi papierosowym dymem w twarz, gdy za dużo wypił. Mogłam odejść, wiem o tym. Jezu, mogłam odejść. Ale za każdym razem, gdy pakowałam walizki, stawał mi przed oczami ten sam człowiek, którym był kiedyś, a w głowie echem odbijała się myśl: Nie zostawiaj go, on cię potrzebuje. Dlatego właśnie jestem tu, gdzie jestem. Dlatego nie studiuję już medycyny i dlatego nie mam już chłopaka. To pułapka. To jakaś cholerna pułapka.
Zerknąłem na nią ukradkiem, jakby mogła to spostrzec. Spodziewałem się łez w jej oczach i bólu wymalowanego na twarzy. Zaskoczyła mnie. Grymas jej twarzy nie wskazywał na cierpienie, lecz na stanowczość i zaciętość.
– Wychowano mnie właśnie w taki sposób i wierzyłam, że rodziców trzeba szanować, a gdy będą potrzebowali, zaopiekować się nimi. Uważałam to za swój obowiązek. Nikt mnie tylko nie ostrzegł przed rodzicem, który wybiera oszczędności przeznaczone na leki dla swojego dziecka, bo musi sobie kupić flaszkę. Nikt nie wspominał o rodzicu, który bije własną córkę. Nikt nie wspominał o rodzicu, który zatruwa sobą wszystko, czym się otacza – zacisnęła pięści na tkaninie, w którą właśnie miała mnie ubrać – Jaki jest mój obowiązek wobec niego?
Zamilkła. Po raz pierwszy ucieszyłem się wtedy, że choć mam usta, to nie mogę mówić. Nie wiedziałbym bowiem, co powiedzieć.
– Gdy miałam dziewięć lat zaprowadził mnie do jubilera i kupił mi srebrny łańcuszek z małym kwiatuszkiem. Bo tak na mnie mówił: kwiatuszek. A gdy spytałam, czemu to robi, to wzruszył ramionami i powiedział: Bo cię kocham, kwiatuszku. Dlatego jeszcze tutaj jestem. Jak na złość w tym miejscu, gdzie co dzień mogę patrzeć na drzwi, przez które weszliśmy kiedyś razem i wyszliśmy ze srebrnym łańcuszkiem.
Zacisnęła pięść na czymś, co miała na szyi.
– Ale zrozumiałam jedną rzecz. Kochać kogoś, to niekoniecznie znaczy przymykać oko na wszystko, co robi. To nie znaczy zawsze wybaczać, przyjmować przeprosiny i obietnice bez pokrycia. Czasem „kochać” to znaczy „odejść”. Nie dlatego, bo lubię patrzeć jak spadasz. Dlatego, bo chcę zobaczyć jak dotykasz dna i w końcu się z niego podnosisz.
Zasunęła suwak i postawiła mnie na nogi. Teraz mogłem jej się lepiej przyjrzeć. Jej oczy były podkrążone i widocznie zmęczone.
– A jeśli się nie podniesie… Wtedy będę płakać. Wiem, że będę strasznie płakać. Aż wypłaczę wszystkie łzy. Trudno. Bo potem wstanę i będę żyć dalej. Bez tego ciągłego bólu. Kocham to nie znaczy: pozwolę ci siebie zabić.
To był ostatni raz, kiedy ją widziałem. Słyszałem potem tylko, że wyjechała z miasta i zaczęła studia. Później nikt już jej nie wspominał. Nie była ważną częścią ich życia. Ja za to nie potrafię o niej zapomnieć i wiem, że już zawsze pozostanie w mojej pamięci. Przecież to ona wytłumaczyła mi, co znaczy słowo „kocham”.

Kilka słów o autorze: Justyna Luszyńska
„Autorka książki pod tytułem „Będę czekać całą noc”, która miała swoją premierę w październiku 2016 roku. Laureatka Ogólnopolskiego Konkursu im. Bolesława Prusa organizowanego przez miesięcznik WOBEC, potem stała autorka miesięcznika, a w końcu redaktor działu prozy. Przyznano jej również nagrodę specjalną w ogólnopolskim konkursie o nazwie „Sienkiewiczki” za esej o tematyce miłosnej. Redaktor koordynator oraz dziennikarz w serwisie EYIA (EuropeanYouth Information Agency). Studentka filologii angielskiej w specjalności glottodydaktycznej.
Prowadzi stronę, na które publikuje swoje teksty, począwszy od felietonów i opowiadań, a na poradach kosmetycznych skończywszy: www.ajednak.eu.”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *