Bóg miłości

Amor. Eros. Kupido. Kupidyn. Jak zwał tak zwał. Bowiem jak każdy bóg, także bóg miłości miał wiele imion i żadnego jakoś nie zamierzał odrzucić. Tak samo jak teorii dotyczących jego narodzin, spośród których dwie były najpopularniejsze w ludzkich przekazach. Według pierwszej z nich narodził się on jako jeden z pierwszych bogów, z samego Chaosu. Z drugiej natomiast wynikało, iż był owocem romansu Afrodyty i Aresa. Jak było naprawdę? Tego chyba nikt poza samymi zainteresowanymi nie wie, a że Eros nigdy nie wykazywał najmniejszej chęci, by sprawę tę sprostować, zapewne nikt już się nie dowie.
Przez jednych był uwielbiany, przez innych znienawidzony. Uzbrojony w nieodzowny łuk i kołczan pełen strzał często krzyżował plany nie tylko ludziom, ale także innym bogom. Czasem z polecenia, a czasem z własnego upodobania. Nie należy zapominać, że nie każda z jego strzał niosła ze sobą szczęśliwą miłość. Wystarczyło, żeby bóg miał zły humor, a już życie jakiegoś nieszczęśnika stawało się istnym koszmarem z powodu postrzelenia strzałą tragicznego uczucia. Tak jak i jego krewni, Eros był bezlitosny w swoich wyrokach. Na własnej skórze przekonywali się o tym zarówno śmiertelnicy, jak i nieśmiertelni, którzy ośmielili stanąć się mu na drodze. Nawet potężny Zeus był w tej sprawie bezradny, a Eros doskonale zdawał sobie sprawę z własnej potęgi i nierzadko z niej korzystał. Ach, z rozbawieniem przypominał sobie między innymi historię sprzed wielu, wielu wieków, kiedy to za pomocą jednej ze swych strzał skutecznie odegrał się na szydzącym z niego Apollinie. Jakaż to była przyjemność oglądać rozpacz tego irytującego boga, gdy jego obiekt westchnień przed nim uciekał. Po tamtym incydencie Apollo już nigdy nie ośmielił się podważyć jego strzeleckich umiejętności.
Oczywiście, podobnych sytuacji było o wiele więcej. I to często nawet z bardziej błahych powodów. Erosa po prostu nie należało w żaden sposób denerwować ani wystawiać na próbę.
Jedno jest pewne. Eros w swoim długim życiu naoglądał się bardzo dużo miłości. I nie za każdym razem była ona jego dziełem. A co do jego dzieł… Bywało tak, że bóg miłości bardzo szybko tracił zainteresowanie ofiarami swoich strzał. Zdarzało się jednak i tak, że śledził ich dalsze losy ciekaw tego, jak się one potoczą. Było to dla niego pewnego rodzaju rozrywką. Wydawać by się mogło, że przez tyle wieków zdąży się mu to zajęcie znudzić, a miłość mu w końcu obrzydnie. Ale jak mogłoby do tego dojść, skoro to jego własna dziedzina? W dodatku, jego ofiary nie przestawały go zaskakiwać, ukazując coraz to różniejsze oblicza miłości. Owszem, to uczucie wbrew pozorom miało ich bardzo wiele. Może nawet tak wiele, ile żywych istot było na Ziemi. Żeby się o tym przekonać, Amor lubił schodzić do świata śmiertelników.
Tak było i tym razem. Nie przybrał ani postaci małego brzdąca z parą uroczych skrzydełek, ani przystojnego młodzieńca o złotych skrzydłach. Postanowił nie przybierać żadnej znanej ludziom formy. Tego dnia chciał być jedynie niewidocznym obserwatorem. Celem swej podróży obrał Paryż. W końcu to miasto miłości, prawda? Zjawił się w skąpanym popołudniowym słońcem parku. Jako, że wiosna zagościła tam już w pełni, wokół mnóstwo było rozkwitających kwiatów, śpiewających ptaków i ludzi korzystających z ładnej pogody. Bóg rozejrzał się wokół, zastanawiając się od czego mógłby zacząć. W zwyczaju miał bowiem przyglądanie się i ocenianie ludzkiej miłości. Wreszcie jego wzrok zatrzymał się na małej dziewczynce, która właśnie upadła i wybuchła donośnym płaczem. Obok niej natychmiast zjawiła się młoda kobieta, jej matka.
– Och, mówiłam ci, żebyś nie biegała – westchnęła kobieta, podnosząc dziecko z wysypanej żwirem ścieżki i przytulając je do siebie. – No, już, już, wszystko dobrze.
Dziecko jednakże najwyraźniej uważało zupełnie inaczej. Kobieta westchnęła po raz kolejny, jeszcze raz podejmując się próby pocieszenia córki.
– Co powiesz na lody, skarbie?
Dziewczynka momentalnie przestała płakać i spojrzała na swą matkę dużymi, wciąż pełnymi łez oczami.
– Truskawkowe? – wykrztusiła.
– Na jakie masz tylko ochotę.
Dziecko całkowicie się uspokoiło, a jego twarz od razu się rozpromieniła.
– Dobrze.
Kobieta pokręciła jedynie głową z rozbawieniem i ruszyła ku budce z lodami, wciąż trzymając swą córeczkę w szczelnym uścisku.
Matczyna miłość, skwitował Amor. Jedna z najsilniejszych.
Ponownie powiódł wzrokiem dookoła, szukając kolejnych ciekawych przypadków. Jego uwagę zwróciła para nastolatków całująca się bez opamiętania na jednej z parkowych ławek. Byli tak pochłonięci tą czynnością, że nawet nie zwracali uwagi na to, iż budzą zgorszenie starszej kobiety spacerującej w ich pobliżu z psem. Bóg przyglądał się im przez chwilę, oceniając trwałość łączącej ich więzi.
Szkolna miłostka. Pewnie skończy się nie później niż za kilka miesięcy.
W następnej chwili jego wzrok spoczął na mężczyźnie, który sądząc po jego wyglądzie – między innymi drogim garniturze, butach i zegarku oraz czarnej, skórzanej teczce – był prawdopodobnie jakimś biznesmanem. Przemierzał on żwawym krokiem park, rozmawiając przez telefon komórkowy. W pewnym momencie jego wzrok prześlizgnął się po młodej dziewczynie o figurze modelki i Eros dostrzegł błysk w jego oczach. Rozpoznał go bez trudu.
Czyste pożądanie. Brak miejsca na jakiekolwiek głębsze uczucie.
Straciwszy nim zainteresowanie, bóg miłości udał się w dalszą wędrówkę po parku, kontynuując swoje poszukiwania. Przystanął, widząc młodego mężczyznę prowadzącego pod rękę znacznie starszą od niego kobietę. Rozpoznał w nich syna i matkę. Patrzył, jak mężczyzna podszedł powoli do wolnej ławki, by następnie pomóc usiąść na niej swej matce.
– Wszystko w porządku? – zapytał troskliwie ów młodzieniec. – Wygodnie ci, mamo?
– Tak, tak. Dziękuję, dziecko. – Staruszka uśmiechnęła się i poklepała miejsce obok siebie. – A teraz siadaj tu ze mną.
Miłość syna do matki. Pełna wdzięczności i troski.
Następną parą, która przykuła jego wzrok był starszy mężczyzna i jego kilkuletni wnuk. Chłopiec puszczał latawca, biegając z radosnymi okrzykami po trawie, a jego dziadek obserwował go z uśmiechem na ustach i paczką w słodyczy w rękach. Gdy chłopak przebiegał obok niego, zawołał go i wręczył mu paczkę, na co ten zareagował kolejnym okrzykiem, wywołując tym samym rozbawienie u swojego dziadka.
Miłość dziadka do wnuka. Bezinteresowna.
Ostatnim obrazkiem, jakiemu przyjrzał się Amor była dwójka dorosłych. Mężczyzna i kobieta szli ścieżką, trzymając się za ręce i rozmawiając o czymś wesoło. W pewnej chwili kobieta położyła głowę na ramieniu swego partnera, a ten uśmiechając się pod nosem objął ją w talii i ucałował z czułością czubek jej głowy. W reakcji na to w oczach kobiety pojawiły się iskierki radości. Bóg zastanowił się chwilę.
Małżeńska miłość. Szczęśliwy i trwały związek.
Wiedział, że mógłby znaleźć jeszcze więcej przykładów, ale na tym postanowił zakończyć swoją wycieczkę.
Niektórzy śmiertelnicy twierdzą, że we współczesnym świecie brakuje miłości. Cóż za głupcy. Miłości nie da się od tak pozbyć. Jest wszechobecna, lecz nie zawsze pompatyczna. Bywa subtelna i przejawiająca się w drobnych gestach, pod wieloma rozmaitymi postaciami. Ci ślepcy po prostu jej nie dostrzegają.
Bo któż inny mógłby wiedzieć o tym lepiej, niż sam bóg miłości?

Kilka słów od autora: Karoliny Bluszcz
„Moja przygoda z pisaniem rozpoczęła się kilka lat temu od działu fanfiction. Odkąd pamiętam, lubiłam wymyślać własne wersje już istniejących historii, a z czasem zaczęłam także tworzyć własne. Swoje opowiadania publikuję głównie na utworzonym przeze mnie blogu: historiepisanepiorem.blogspot.com
Na co dzień, poza literaturą, interesuję się historią, kulturą oraz sztuką Azji Wschodniej, której wpływ można zauważyć w sporej części mojej twórczości. Samo pisanie jest natomiast zajęciem, które sprawia mi radość i mam nadzieję ciągle się w nim rozwijać.”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *