Justyna Luszyńska

Ktoś przecież musi

Stasiek miał dziewięć lat, gdy jego mama przyjrzała mu się dokładnie i stwierdziła, że jest już wystarczająco duży, by kupić jej piwo. Położyła mu pięć złotych  na wyciągniętej dłoni i zmierzwiła włosy w kolorze mlecznej czekolady. Słyszał kiedyś jak babcia mówiła, że on i mama mają identyczny kolor włosów i takie same nosy, ale nie wiedział czemu to powiedziała. Włosy mamy były raczej blade, może żółte i zawsze starczały, jak druty, we wszystkie strony. Jej nos zaś zwykle był pełen siniaków albo zadrapań. Często przyglądał się w sobie w lustrze, szukając podobieństw, lecz nigdy ich nie odnalazł. Babcia widocznie słabo widziała bez swoich okularów.

Zacisnął pieniążek w pięści i postanowił, że przyniesie mamie piwo ze sklepu. Jeszcze przez moment przyglądał się jak powoli próbuje się położyć na kanapie przed telewizorem. W końcu opadła, postękując i łapiąc się za głowę. Wszystko ją bolało, bo wczoraj tatko wrócił do domu i był bardzo zły. Postanowił, że przyniesie jej to piwo, choćby nie wiem co. Któregoś dnia powiedziała mu, że piwo jej pomaga, gdy bolą ją rany; dzięki niemu szybciej się leczą. Uwierzył mamie, bo przecież nie była kimś, kto mógłby go okłamać. Kochała go, nawet jeżeli nie zawsze miała dla niego czas. A skoro coś ją bolało, musiał znaleźć dla niej piwo.

Wyszedł, a mroźny wiatr od razu dostał się do jego uszu i opatulił szyję. Przypomniała mu się mama jego kolegi, która nakrzyczała na Wojtka za to, że nie nosił szalika i czapki. Stasiek strasznie się wtedy śmiał z naburmuszonej miny Wojtka i było mu miło, gdy tamten mówił, że jego mama jest super, skoro nie każe mu nosić tego wszystkiego. Stasiu był dumny ze swojej mamy, że jest taka wspaniałomyślna. Ufała mu, powtarzała, że jest dużym chłopcem, który potrafi sam o siebie zadbać. Tak więc robił. Jak na dużego chłopca przystało, założył grubą zimową kurtkę. Wyciągnął pióro, które wystawało z dziury w rękawie. Mama powiedziała, że kupią nową, gdy wyzdrowieje i nie będzie musiała pić tyle piwa na ból. Mógł poczekać na kurtkę. Minął pierwsze światła, jak zwykle przebiegając na czerwonym. Samochód zatrąbił, a kierowca zaczął wymachiwać rękoma, ale Stasiu pokazał mu środkowy palec i poszedł dalej w swoją stronę. Nie miał ani czasu, ani ochoty marznąć, w oczekiwaniu na zielone. Facet jechał w ciepłym samochodzie, podczas kiedy on czuł, jak kryształki lodu przedzierają się przez dresowe spodnie. Całe szczęście, że sklep nie był daleko. Gdy jego twarz rozświetliły świąteczne lampki, ułożone w napis „Wesołych Świąt”, nieco mu ulżyło.

Wszedł do środka, wyprostował się i zrobił poważną minę. Chciał wyglądać jak dorosły. Nie był już przecież dzieckiem, wiedział, że trzeba mieć ukończone osiemnaście lat, by kupić alkohol. Stanął przed półką, na której malowały się dziesiątki różnych puszek i długo zastanawiał się, która najlepiej uśmierzy ból. Zdecydował się na to w czarnej puszce, bo czarny był jego ulubionym kolorem. Stanął w kolejce i położył na taśmie piwo oraz batona – za fatygę. Przed nim był tylko jakiś starzec, który na oko miał z dwieście lat. Mrużył oczy, gdy drżącymi dłońmi próbował odliczyć potrzebną gotówkę. Niecierpliwa ekspedientka wzdychała. Staś zlustrował zakupy tego mężczyzny – dwie bułki, jogurt, dwa ziemniaki i pętko kiełbasy. Mama robiła podobne, więc nigdy nie było co jeść w domu.

Nareszcie starzec przesypał drobne na wyciągniętą dłoń ekspedientki, a ona znów westchnęła i przewróciła oczyma. Stasiek nienawidził, gdy ktoś się tak zachowywał. W takich chwilach przypominał mu się jego tata. Rzadko wpadał, a gdy już to robił, on musiał się schować tak dobrze, jakby zależało od tego jego życie. W sumie to zależało. Miał tylko dziewięć lat, ale już wiedział, że jego tata jest niebezpieczny. Zrozumiał to dość niedawno, gdy podczas odwiedzin wypadła mu maleńka torebeczka z białym proszkiem. Staś nie ruszał cudzych rzeczy, więc od razu zawołał tatę, by powiedzieć mu, że coś mu wypadło. Lepiej byłoby, gdyby po prostu wysypał ten proszek do śmieci. Tata się bardzo zdenerwował, krzyczał i zrobił się cały czerwony, a potem długo bił Stasia. Mama również krzyczała i starała się go odciągnąć, ale wtedy ją odepchnął. Staś leżał zwinięty na podłodze i czekał aż tatko skończy. Nie chciał płakać, żeby mama się o niego nie martwiła.

Ekspedientka policzyła pieniążki i znów westchnęła.

– Brakuje dwóch złotych – powiedziała.

Staruszek nadstawił ucho, dając znać, że nie dosłyszy.

– Brakuje dwóch złotych! – wrzasnęła tonem pełnym pretensji.

Staś zauważył, że małe oczka starca zalśniły. Nic nie powiedział, tylko otarł je rękawem, podniósł jogurt i ziemniaki, podając je ekspedientce, która odłożyła je obok siebie, ponownie wzdychając i rzucając staruszkowi spojrzenia pełne wyrzutu. Staruszek wziął resztę zakupów i powoli oddalił się w stronę drzwi.

Kobieta przeniosła wzrok na chłopca, potem zlustrowała piwo, by z powrotem spojrzeć na Stasia i unieść brwi. Uniosła kącik ust do góry.

– Dowód osobisty? – spytała.

Staś pokręcił głową.

– W takim razie nie sprzedam ci piwa – powiedziała – Dzieci nie powinny pić alkoholu.

– To nie dla mnie – próbował się bronić – Tylko dla mamy. Żeby przestało ją boleć.

Przez kilka sekund wpatrywała się w jego okrągłą twarzyczkę o rumianych policzkach. Wielkie niebieskie oczy raziły ufnością.

– Mama cię tu przysłała?

Przytaknął żarliwie skinieniem głowy.

– I powiedziała, że piwo jej pomoże?

– Tak.

Pokiwała głową i znów westchnęła, ale w zupełnie inny sposób, niż w towarzystwie staruszka.

– Posłuchaj, mały – schyliła się w jego stronę – Piwo nie pomoże twojej mamie.

Zmarszczył brwi i zacisnął niewielkie piąstki.

– Moja mama nie kłamie! – krzyknął – Bardzo ją boli, proszę panią. Bardzo panią proszę, niech mi pani pomoże.

Kobieta jeszcze raz przeniosła wzrok z chłopca na puszkę z piwem. Po chwili odstawiła ją na bok.

– Piwo nie pomoże – powiedziała – Twoja matka jest alkoholiczką. Powiedz jej, żeby wzięła się za robotę. Wtedy nic nie będzie miało czasu jej boleć.

Zeskanowała batonika i jakby nigdy nic powiedziała:

– Złoty czterdzieści pięć.

– Co to jest alkoholiczka? – spytał Staś, ignorując kolejkę, która się za nim zaczęła tworzyć.

– To ktoś, kto pije za dużo alkoholu.

– Ale alkohol pomaga.

– Nieprawda. Złoty czterdzieści pięć. Płać mały i zmykaj do domu. Jutro święta, ubierz choinkę i poproś Mikołaja, żeby matka przestała chlać.

Staś nie rozumiał, czemu ta kobieta tak uwzięła się na jego mamę, ale chciał jak najszybciej odejść. Zapłacił za batona i już miał wyjść, gdy coś go zatrzymało.

– Poproszę jeszcze te ziemniaki i jogurt.

Kobieta rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie, lecz naliczyła rachunek i podała mu towar. Miał nadzieję, że mama się nie zezłości za to, że nie kupił jej lekarstwa. Wybiegł ze sklepu i rozejrzał się dookoła. Wśród płatków śniegu dostrzegł przygarbione plecy, ubrane jedynie w beżową marynarkę. Podbiegł do staruszka, a za każdym razem, gdy buty odmawiały posłuszeństwa i ślizgały się na zamarzniętych kałużach, piał z zachwytu.

– Proszę pana! – krzyknął, a mężczyzna się zatrzymał – Coś pan zostawił w sklepie.

Podał mężczyźnie zakupy. Tamten pokręcił głową.

– Nie starczyło mi na to pieniędzy.

Staś schował ręce za siebie, by ten dwustuletni pan nie mógł mu w nie nic wcisnąć.

– Wiem – odparł – Ja to panu kupiłem. Mama chciała piwo, ale pani w sklepie mi go nie sprzedała. To kupiłem to panu.

Mężczyzna zaniemówił. Zastanawiał się jaka matka wysyła tak małe dziecko do sklepu w tak paskudną pogodę, na domiar złego po piwo. Staś nie wyglądał na swoje dorosłe dziewięć lat, góra na siedem – nie należał do wysokich, a gdy zdjął koszulkę, koledzy zawsze bawili się w liczenie jego żeber.

– Mama nie będzie zła, że nie kupiłeś tego, co chciała? – spytał.

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Piwo pomaga jak ją boli, ale dzisiaj będzie musiała wytrzymać. Pani w sklepie powiedziała, że mama pije za dużo piwa. Myśli pan, że miała rację?

Znów zabrakło słów w ustach, liczących tak wiele lat. Język zamienił się w kompletnie bezużyteczne narzędzie, które tylko wypełniało wolną przestrzeń.

– Czy picie piwa to coś złego? – drążył chłopiec.

Mężczyzna odkrył, że nie czuje już zimna, przedzierającego się przez cienki materiał. Gdy wychodził z domu był zły na swojego syna, że nie odwiedza go i nie dzwoni. Przeklinał na czym świat stoi, wygrażając pięścią zdjęciom zmarłej małżonki, która przyjmowała jego napady wściekłości ze stoickim spokojem w oczach. Kiedyś podeszła do niego, jak zlęknięty pies, bojący się uderzenia i spytała: Antuś, kochany, a czy ty nie myślisz, że ty za dużo tego pijesz? Myślał, że za dużo. Za dużo też się zastanawiała, zanim od niego odeszła. Może dlatego tak szybko zmarła.

– Piwo jest bardzo złe, jeżeli się go za dużo pije – powiedział – Macie w domu choinkę?

Chłopiec zmrużył oczy.

– W szafie, ale mama nie lubi ubierać.

– A bombki?

– Też.

– To ubierz choinkę i zrób mamie kolację. Posprzątaj w domu. To też pomaga na ból.

Chłopiec spojrzał na niego, jakby ten się urwał z właśnie takiej choinki.

– Sprzątanie pomaga na ból? Przecież pan mnie okłamuje!

Starzec pokręcił głową tak mocno, że aż mu w niej zawirowało.

– Ja też kiedyś piłem dużo piwa – patrzył w szczere oczy malca – I byłem przez nie bardzo niedobry. Przytrafiły mi się przez to bardzo przykre rzeczy. Byłem niedobry dla moich… – urwał – A tobie co stało się w oko?

Dopiero teraz, gdy minął ich samochód i oświetlił twarz Stasia, dostrzegł fioletowego siniaka na jego twarzy.

– Tatko wpadł i się trochę wkurzył na mamę, jak zwykle…

Schował dłonie w kieszeniach.

– Dla ciebie chyba też niektórzy są niedobrzy, co?

Chłopiec niechętnie spojrzał mu w oczy.

– Czasami tak – odpowiedział.

Serce ścisnęło starca go w piersi. Jakby żona zmartwychwstała i kopnęła go zamaszyście w zadek.

– A ty jesteś dla nich dobry?

Chłopiec rozłożył ręce w powietrzu i nagle wydał się Antoniemu stary. Może nawet starszy od niego samego.

– Ktoś musi – powiedział Staś, po czym pożegnał się i odszedł. Rozmowa z tym panem już go znudziła. Wyciągnął batona z kieszeni i poczuł jak ślina zbiera mu się w buzi na jego widok. Szybko rozpakował go z opakowania i po kilku sekundach nie było śladu po połowie. Resztę zawinął i schował. Da mamie. Może ten pan miał rację – wyciągnie choinkę i bombki. Zrobi jej kolację i posprząta butelki. I da jej batona, bo musi być głodna, przecież znów nie ugotowała obiadu.

Jak pomyślał, tak zrobił. Gdy mama wstała była późna noc, a Staś dawno już spał w swoim łóżku. Butelki stały w workach przy drzwiach, a na krzywej ławie stała paskudnie ubrana choinka. Dławiący śmiech wyrwał jej się z piersi, gdy ją spostrzegła. Dawno się nie śmiała. Rozejrzała się w poszukiwaniu piwa. Zajrzała do lodówki, ale nie znalazła. Jak długo spała?

Usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach. Bardzo potrzebowała się napić. Tylko, gdy piła, to się go nie bała. Nie chciała, by ojciec Stasia tu przychodził i ją bił. Wystarczyło, że o nim pomyślała i już zaczynała drżeć. Omiotła spojrzeniem idealnie wytarty stół. Na krańcu leżała kartka – pewnie Staś znów zapomniał spakować pracę domową. Sięgnęła i przekonała się, że to koperta. Cokolwiek to było, jeszcze ona pozostawała panią tego domu. Szybko rozerwała papier i przeczytała, co jej syn nakreślił swoim koślawym pismem:

Drogi Mikołaju,

Jeszcze nigdy nie przysłałeś mi prezentu, o który cię prosiłem, ale się nie gniewam. Wiem, że jest dużo dzieci, które chciałyby coś dostać. Dlatego w tym roku nie chciałem cię o nic prosić, ale potem pomyślałem, że nie potrzebuję zabawek ani nic takiego. Panie Mikołaju, tak między nami to myślę, że moją mamę ciągle coś boli. Przez to pije piwo. A pani w sklepie powiedziała, że to źle jak się dużo pije. Dlatego w tym roku bardzo cię proszę – niech mamę już nic nie boli.

Ślę moc buziaków,

Staś

Ślę moc buziaków, właśnie tak kazała mu pisać na pocztówkach, które wysyłali znad morza dwa lata temu. Poczuła, że się dławi. Wielka gula urosła jej w gardle i na moment wbrew łzom, wypełniła ją siła. Nie zniknęła po mrugnięciu okiem jak zwykle. Przyjrzała się swoim dłoniom, z brudnymi paznokciami. Wstała i pomaszerowała do łazienki. Cuchnęła. Powinna się umyć. Przecież jutro święta. Mają choinkę, list do Mikołaja, a jutro kupi pierogi i barszcz. I poszuka dla siebie pomocy – w prezencie dla Stasia. Zacisnęła dłonie na umywalce. Kiedyś ona pisała takie listy, ale nie było nikogo, kto chciałby je czytać, więc zamieniła się w człowieka, którego błagała o zmianę. Ale ona nie jest tak słaba jak oni. Staś taki nie jest.

Kilka słów o autorze: Justyna Luszyńska

Autorka książki pod tytułem „Będę czekać całą noc”, która miała swoją premierę w październiku 2016 roku. Laureatka Ogólnopolskiego Konkursu im. Bolesława Prusa organizowanego przez miesięcznik WOBEC, potem stała autorka miesięcznika, redaktor działu prozy, a od niedawna zastępca redaktora naczelnego. Przyznano jej również nagrodę specjalną w ogólnopolskim konkursie o nazwie „Sienkiewiczki” za esej o tematyce miłosnej. Redaktor koordynator oraz dziennikarz w serwisie EYIA (EuropeanYouth Information Agency). Okazjonalnie publikuje swoje teksty w miesięczniku MUTUUS. Z wykształcenia zaś jest nauczycielem języka angielskiego.”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *