Czy świadomość jest do życia konieczna? Oczywiście nie, bo jest wiele życia poza świadomością i mam tu na myśli nie tylko organizmy najprostsze (najpierwotniejsze). Trudno odmówić dżdżownicy tego, że żyje, dopóki coś nie uczyni jej martwą, jednak (być może w sposób nieuprawniony) odmawiamy jej świadomości. W którym miejscu ewolucji pojawia się ? I czy jest jednocześnie świadomością śmierci, czy też posiada stopnie pierwotniejsze? Jest jasne, że tylko człowiek potrafi ją komunikatywnie wyrazić innemu człowiekowi, ale słyszałem że badacze zachowań zwierząt dopatrują się w obyczajach delfinów i słoni tej rzekomo właściwej tylko ludziom świadomości śmierci. Słynny Konrad Lorenz przypisuje ją małpom, żyrafom, wilkom, a nawet szarym gęsiom. Wielu interpretuje ich reakcje nie tyle uswiadomieniem śmierci, co tylko jej postrzeganiem. Laicy, którzy o tym słyszeli, skłonni są antropomorfizować gesty zwierząt, ale to inne zagadnienie.

Jakąś pierwotną formę rozwoju świadomości przypisywałem swoim psom, które nie były kartezjuszowymi mechanizmami, lecz stworzeniami reagującymi na kilkanaście moich słownych poleceń, a co istotniejsze, wykazywały kilka rozpoznawalnych uczuć np. wstyd, skruchę, radość lub wściekłość. Najczęściej była to radość. Często robiły wrażenie szczęśliwych i tego im zazdrościłem. Nie była to zazdrość podszyta zawiścią, bo ich radość nigdy mnie nie drażniła, a przeciwnie – radowała. Wydawało mi się, że dysponują empatią czulszą od ludzkiej, bo gdy byłem smutny przestawały harcować, podchodziły, kładły mi łby na kolanach i niepewnie merdając ogonami, mówiły psim wzrokiem: nie martw się, wszystkim to się zdarza. Czasami unosiły łeb i wydawały z siebie ni to szczeknięcie, ni zawycie, jakby chciały mi coś powiedzieć. Nie sądzę, by w ich łbach powstała konstrukcja: karmi nas, głaszcze, wyprowadza na spacer i do tego nie bije (jak właściciel tego Asaja spod szóstki). Peszyło mnie wykraczanie poza doświadczenia Pawłowa, tym bardziej, że wielokrotnie przyłapałem się na tym, że sam jestem podobny do jego eksperymantalnego psa.

Czy uczucia psie i ludzkie mają jakiś wspólny punkt? Niebezpieczne pytanie, bo zarówno pies Pawłowa jak i Kartezjusza, są mechanizmami.

Słowne polecenia, posłuszniej od psów wykonują już dziś japońskie roboty, ale tych przecież Kartezjusz, mimo że umysł matematyczny, przewidzieć nie mógł, a jeśli nawet – nie to miał na myśli, odmawiając zwierzętom psychiki. W jego czasach była ona tożsama z duszą (i dzisiaj tak ją alternatywnie nazywamy), zaś duszy nie mógł z przyczyn doktrynalnych przypisać psu. Tak więc pies był w jego oczach (potęga logiki) bezdusznym mechanizmem.

Podobno trwają prace nad zaimplantowaniem do robotów uczuć. Czy chodzi o prawdziwe uczucia, których istota jest ciągle nieodgadniona? Które wchodzą w złożoną relację z wolą, a pobudzają do uczynków wzniosłych, lecz bywa, że i podłych? Czy nie powinniśmy najpierw poznać ich natury zanim przetłumaczymy ją na język maszyn szybko liczących? Wolna wola wydaje się być najbardziej suwerennym zakątkiem naszej osobowości, ale równocześnie najbardziej zagadkowym. W istocie nie rozum, który umie ważyć i liczyć w zgodzie z przejrzystymi regułami, lecz kryjące się ciągle w mroku uczucia stanowią o naszej odrębności.

Wschodnioazjatycki pies-robot, gdyby go obciągnąć skórą z sierścią, byłby najdroższym psem świata do czasu uruchomienia masowej produkcji. Oczywiście skóra i sierść w wersji popularnej byłyby sztuczne, co zresztą lepsze, bo nie gubiłyby włosów. Byłyby nawet ciepłe, bo elektronika emituje ciepło. E-pies miałby też sporo innych oczywistych zalet: nie trzeba by go karmić i wyprowadzać na spacer. Należałoby tylko pamiętać, aby co kilka dni naładować mu akumulator. Na wzór cyfrowych kamer miałby widzące oczy z matrycami RGB (o dziwo, nasze siatkówki są takimi właśnie matrycami), które wysyłałyby do centralnego procesora impulsy stymulujące np. merdanie ogonem na nasz widok. Rozumiemy, że nie byłoby to okazanie uczuć prawdziwych, a tylko ich imitacja, behawioralny obraz. Moi drodzy bądźcie pewni, że znaczny procent uczuć okazywanych wam przez ludzi, to także imitacja. Na przykład wzwód nie jest wyrazem miłości, lecz tylko pożądania.

Można by e-psu włożyć do pamięci program rozpoznawania twarzy i nauczyć warczenia na wybrane osoby lub merdania na widok innych. Jeśli chodzi o węch, nasz komputer w kształcie psa mógłby dysponować daleko bardziej czułym od naturalnego. Na dobrą sprawę byłby też większym od nas erudytą, bo przecież nasze laptopy wiedzą od nas więcej. Wyposażony w generator mowy mógłby nie tylko szczekać i warczeć, ale mówić wybranym z menu głosem: jeśli suka to kobiecym, a jeśli samiec to męskim. Ach! zapomniałbym o płciowym rozróżnieniu. Lecz po co psom-robotom taki podział? Nasze palmtopy i tablety tego nie posiadają, czyli są nijakie. Może lepiej z płcią u naszych krzemowych przyjaciół nie eksperymentować? Spoko – takich prób nie będzie, bo jeszcze zaczęłyby się rozmnażać, co uderzyłoby ich producentów ekonomicznie.

Po handlowym sukcesie tego elektronicznego psa, można by pomyśleć o produkcji takichże kobiet (niech feministkom będzie, że i mężczyzn). Zbyt obu płci gwarantowany! Na chęć rozmnażania się można by im założyć blokadę. Obrońcy życia nie mieliby tu nic do gadania, bo przecież chodzi o maszyny. Takie zabawki nie byłyby tanie, zwłaszcza do czasu nasycenia rynku. Za to procesy rozwodowe, uciążliwe i kosztowne także psychicznie, zastąpione zostałyby znacznie tańszym i mniej stresującym procesem utylizacji. Znając społeczną niesubordynację oszczędnych rodaków, wielu porzucałoby zużytych partnerów na wysypiskach śmieci.

Czy weszlibyśmy na poziom etyki, gdybyśmy wszczepili naszej maszynie system czuły na dotyk, czyli także na ból? Zdawać by się mogło, że do czasu implantowania mózgom elektronowym suwerennej woli, czyli osobowości, nie pojawia się problem moralny: komputer szachowy rozgrywający z człowiekiem partię, nie posiada woli zwycięstwa. To tylko program bez czucia, i przegrana nie wywołuje w nim woli rewanżu.

Obdarzenie maszyn wolą, to zabawa niebezpieczna, bo dysponując wolnością decyzji, mogłyby się zwrócić przeciwko nam.

Z tymi plastikowymi kobietami, obdarzonymi wieloczynnościowym programem, nawet mi się podoba, ale tego nie posmakuję, bo mój czas minął. Nie wiem tylko, dlaczego wolę naturalnego „prawdziwego” psa, który ma pchły i się drapie, i którego trzeba wyprowadzać za potrzebą. Tłumaczyć to mogę tylko zacofaniem, czyli ograniczeniem umysłowym wynikającym z wieku.

Napisał na lekkim kacu leczonym piwem, Cze.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *