Ścieżka nieszczęścia

Było już późno, koło północy. Wojtek leżał w łóżku i powoli odpływał w ramiona Morfeusza. Jednak, gdy tylko zamykał oczy, w jego głowie pojawiały się smutne obrazy. Widział dziewczynę w fioletowym szaliku, która płakała, a on nie wiedział, jak jej pomóc.

Poznali się zupełnie przypadkiem. Tamtego lata wędrował po austriackich Alpach z plecakiem i któregoś wieczoru dotarł do góralskiej chatki. Jednej z wielu, które stoją porozrzucane po szlakach i służą za miejsce do spania dla zmęczonych piechurów. W środku było ciepło i przyjemnie, przy kominku leżało przygotowane drewno, a na blacie zauważył herbatę w torebkach, do zaparzenia. Wyciągnął kubek, usiadł przy stole i głęboko odetchnął. To był długi dzień. Rozmyślał o tym, co dalej. Planował wylecieć do Chin, by uczyć angielskiego w szkole, ale od jakiegoś czasu coraz częściej tęsknił za domem, za maminą szarlotką i uściskiem babci. Uśmiechnął się do swoich myśli.

Nagle drzwi otworzyły się szeroko i z łoskotem odbiły od ściany. W progu stanęła młoda dziewczyna. Wydała z siebie stłumiony okrzyk na widok nieznajomego, a później głośno się zaśmiała. Włosy spięła żółtą wstążką, a szyję – mimo wysokiej temperatury – owinęła szalikiem.

Niedbale rzuciła swoje rzeczy i bez pytania usiadła obok chłopaka.
– Annabelle, znajomi mówią na mnie Ann.
– Wojtek. Skąd jesteś?
– Z Francji, choć w domu byłam po raz ostatni z pięć lat temu. Mieszkałam w Mongolii i właśnie jestem w drodze do taty. Zrobię mu niespodziankę.
– W Mongolii? Co robiłaś w Mongolii?
– Pracowałam na wykopaliskach archeologicznych jako wolontariusz. Szukaliśmy pozostałości, które potwierdziłyby teorię, jakoby na stepach dziesięć tysięcy lat temu istniała rozwinięta cywilizacja.
– I co, udało się?
– Nie. Ale to były ciekawe dwa lata.

Wojtek spojrzał na jej rude włosy i zielony sweter. Ann przypominała Anię z Zielonego Wzgórza.
Gdy on znowu myślami odpływał daleko, dziewczyna wstała i na prowizorycznej kuchence przygotowała kolację. Wyciągnęła chleb, kawałek sera i kiełbasy. Zaparzyła kawę i podała zdziwionemu chłopakowi.

– Dzięki. Ja mogę podzielić się jedynie krakersami.
– Wiesz, to wcale nie były fajne dwa lata… I wcześniejsze trzy w Rumunii też nie. Tam budowałam mosty. Człowiekowi się wydaje, że jak wyjedzie, gdy zacznie szukać swojego miejsca w świecie, to je znajdzie. Że któregoś dnia postawi nogę na nowej ziemi i nagle poczuje w kościach, że to tutaj jest jego szczęście. Ale to się nie wydarza. Bo nikt nie ma swojego miejsca. Latasz po tym świecie, zdobywasz doświadczenie, poznajesz ludzi, w jednym kraju zostajesz na dłużej, w innym na nieco krócej. I co z tego masz? Masę znajomości, zdjęć, spisanych adresów i notatek w zeszycie. Ale po co to wszystko? – Ann mówiła coraz głośniej, łamiącym się głosem. Po chwili zaczęła płakać i nie umiała się uspokoić. Ręce jej się trzęsły, a całym ciałem targały dreszcze. Wojtek nawet nie próbował jej dotknąć, by pocieszyć, nigdy nie wiedział, jak postępować z kobietami.
– Ann, jak to, po co to wszystko? Przecież żyjesz pełną piersią, robisz to, co kochasz, realizujesz siebie. A świat masz na wyciągnięcie ręki.
– Niby tak, ale… Nie umiem się tym cieszyć. Nie wydaje mi się, bym coś osiągnęła. Jadę w kolejną podróż i w mojej głowie kołacze się myśl, że zmierzam donikąd, że nic mnie nie czeka. Czuję w trzewiach obezwładniającą tęsknotę za domem i za dzieciństwem. Za czasami, gdy byłam beztroska i szczęśliwa. Dzieci nie martwią się o jutro, nie przejmują się przeszłością ani przyszłością. Żyją w „tu i teraz”. Bawią się, śmieją, jedzą i paplają, co im ślina na język przyniesie. A my – dorośli? Wciąż żyjemy tym, co trzeba i co wypada. Gdy nie mamy planu na siebie, to czujemy presję, która krzyczy „zmień to”. Nie umiemy się uspokoić, wrzucić na luz, nie szukać problemów tam, gdzie ich nie ma. Gdy jest dobrze, to robimy wszystko, by było źle. I ja to wiem, jestem świadoma. I… wciąż robię to samo, bo trudno jest wyjść ze schematów utartego myślenia, trudno jest zerwać z nawykowymi czynnościami i rozmyślaniami. Bo wiesz, jak jest nasz największy wróg? My sami. To my podcinamy sobie skrzydła i robimy krzywdę. Mamy pretensje i zero współczucia. Przecież mogłabym się zmienić, ale sama sobie na to nie pozwalam. Gdzie tu sens, gdzie tu logika?
– Ann… Daj spokój, jeszcze nic straconego. Przecież możesz się postarać, możesz zacząć żyć inaczej.
– Wiesz co, pójdę już spać. Dobranoc – i rzeczywiście, dziewczyna zostawiła niedojedzoną kanapkę i położyła się na karimacie w kącie chatki. Ona spała do rana, lecz w nocy Wojtek mógł usłyszeć, jak płacze przez sen i mamrocze coś do siebie.

Nigdy nie zapomniał tego wieczoru. Często wspomnienie nachodziło go jak duch, wracało jak bumerang. Wracały szczególnie słowa: „My sami jesteśmy sobie wrogiem”. Ann miała rację. To tylko od nas zależy jak pokierujemy swoim życiem i czy będziemy w nim szczęśliwi. I miała rację, mówiąc, że przeważnie nie jesteśmy. Bo wybieramy ścieżkę smutku i tęsknoty, zamiast – ekscytacji i zadowolenia z małych chwil.

Wojtek tej nocy nie zasnął. W Internecie zarezerwował dwa loty. Jeden do domu na tydzień, a drugi do Chin. Nie zamierzał stać w miejscu tylko dlatego, że strach przed nieznanym mówił mu: „schowaj się pod kołdrę i nie zdobywaj świata”. Nie, czas najwyższy rozprawić się z wrogiem.

 

Kilka słów o autorze: Zosia Lenczewska-Samotyj

„ Młoda kobieta żądna świata i przygód. Nie umie usiedzieć w miejscu, a jej największą pasją są podróże – najlepiej samotne, za jedynych towarzyszy mając optymizm, notes i aparat. W blogosferze obecna od blisko trzech lat, od zimy ’16 poważnie myśli, co tu zrobić, by z pasji do pisania żyć. Łapie każdą chwilę, nie pozwalając sobie na lenistwo, a co ma zrobić jutro, robi dziś. Taka sobie współczesna hipiska z wytatuowanym ciałem”.

Odwiedź Zosię na jej blogu: https://przezzycieinaczej.wordpress.com/


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *