Czesław Kabala

„Nieoczywista rzeczywistość”

W każdej narracji (czyli daremnej próbie przedstawienia rzeczywistości słowami) jest trochę zniekształcenia. Rzeczywistość nie jest bowiem gramatyczna ani wystylizowana na wzór języka, jakim usiłuje się ją opisać i nie poddaje się jego dyscyplinie. Nieogarniony żywioł zdarzeń odciska się i utrwala w opowieści porządkowanej logiką dyskursu. Narzędziem dyskursu jest język, nasz symboliczny wytwór. Symbole nie są tożsame z rzeczami, które ilustrują. Deformację pogłębiają także nieuniknione skróty i streszczenia, bo przecież opis historii nie może być równy jej rzeczywistemu trwaniu. Są wyjatki, ale to tylko artystyczno-literackie eksperymenty, obejmujące niewielki odcinek czasu. Historii ujętej w taki sposób (np. Imperium Rzymu, nie mówiąc o historii Świata), nikt nie zdążyłby przeczytać z przyczyn naturalnych. Konieczne skróty mocno jednak zniekształcają perspektywę dziejów. Sprawdźcie, jak długo trwa cywilizacja od chwili powstania Ziemi. Na skali czasu to nikły promil.

Odbiór czyjejś narracji jest kolejnym zniekształceniem. Wielość interpretacji wybranego wycinka dziejów dodatkowo mnoży trudność dotarcia do prawdy. Pojęcie faktu staje się niejasne. Głoszona prawda, bazując na faktach z wielu źródeł, mieści się gdzieś pomiędzy nimi. W gąszczu słów wychwytujemy jej niezbyt wyraźne odbicie – a po prawdzie, całą masę rozmaitych zamazanych odbić.

Poznanie, czy też odkrycie „czystej” prawdy raz na zawsze usunęłoby potrzebę jej poszukiwania. Byłoby kresem wiedzy, a tego się nie spodziewam. Na pytanie: co w jakiejkowiek opowieści jest prawdziwe, co zaś zmyślone, odpowiedziałbym, że wszystko jest trochę zmyślone i trochę prawdziwe, z tym, że zmyślenie dotyczy częściej rekonstrukcji faktów, a zwłaszcza szczegółów (kto by je po latach zachował?), natomiast najblisze prawdy są emocje odnoszące się do tych faktów. Oddzielenie ich jest niełatwe, a przecież historyków interesują fakty. Cóż im po cudzych i minionych emocjach? Te są interesujące w innej płaszczyżnie; dla historyka to temat oboczny. Psychologia dziejopisów nie jest jego domeną.

Prawda gnieździ się i ukrywa w wielu zmyśleniach. Jest przesłonięta – niemniej raz zapisaną niełatwo wymazać. Czy można to odwrócić i powiedzieć, że w każdej intencjonalnej historycznej „prawdzie” tkwi też niechronne zmyślenie? Kombinując zbyt długo nad pojęciem prawdy przestaję rozumieć, czym ona jest ani gdzie jest. Jak dotąd przeważnie nie tam, gdzie jej ludzie szukają. Zaznaczam, że my, to też ludzie.

Przywołam tu przykład:

W odległym dzieciństwie (a więc to już historia) podczas wakacji na wsi mieszkaliśmy w domku gościnnym przy starej gorzelni kierowanej przez stryja mojego szkolnego kolegi – Rysia, sąsiada z lubelskiej kamienicy. Wieś leżała nad granicznym Bugiem.

Rysio był (jak wszyscy moi szkolni koledzy) o rok ode mnie starszy i do tego miał przywódczą naturę. Założyliśmy dwuosobową patriotyczną organizację wojskową. Podstawowym uzbrojeniem naszym były wiatrówki, bronią osobistą i paradną – pistolety na kapiszony i fińskie noże w skórzanych pochwach przy pasie, umundurowaniem – harcerskie mundurki. Mieliśmy też z demobilu prawdziwe wojskowe rogatywki, które na przedwojenną modłę usztywniliśmy dla fasony tekturowymi wkładkami. W naszym dwuosobowym oddziale panował duch wojskowej dyscypliny: ćwiczyliśmy musztrę, krok paradny, prezentowanie broni i salutowanie – raczej to groteskowe w wykonaniu dwóch wyrostków.

Dla podniesienia rangi naszej organizacji wykonałem misternie dwie legitymacje w sztywnych okładkach, pieczętowane orłem odbitym ze złotówki. Co jakiś czas awansowaliśmy się wzajemnie, zdobiąc pagony harcerskich mundurków stosownymi dystynkcjami – zdobytymi gdzieś prawdziwymi metalowymi gwiazdkami oficerskimi, uzupełnianymi belkami z gumy od majtek. Zaczęliśmy karierę od stopni oficerskich, bo mój kolega za nic nie zgodziłby się być kapralem, czy nawet sierżantem. W awansach Rysio był zawsze o stopień wyżej, na co godziłem się bez oporu, bo już wówczas nie przejawiałem ambicji. Kiedy on doszedł do stopnia pulkownika, ja zadowoliłem się stopniem majora. Służba nie drużba, więc musiałem pierwszy salutować i wykonywać jego rozkazy. Nie wypowiedzieliśmy wojny żadnej militarnej potędze, ale armia to armia, czymś musi się zająć, więc podjęliśmy ją przeciw bezbronnym ptakom.

Pod koniec wakacji przyjeżdżali miastowi panowie, żeby polować na kaczki. Zabierali nas nad rozległe, pocięte groblami stawy abyśmy, chodząc wokól nich, płoszyli z sitowia dzikie kaczki. Hałasowaliśmy czym się dało, klaskaliśmy, strzelaliśmy z korkowców, ciskaliśmy w trzciny kamieniami. Kaczki wzlatywały do góry, pod lufy przygotowanych strzelców. Krótka kanonada i kilka z nich spadało, a reszta, furkocząc skrzydłami, umykała na przeciwną stronę stawu. Tylko na początku widok broczącego krwią i patrzącego martwym okiem ptaka mną wstrząsał, ale nie chciałem okazywać słabości i wkrótce do tego przywykłem.

Powiązane w pęki trofea pozwalano nam, maluchom, nieść do wsi; w ten sposób czuliśmy się współuczestnikami polowania. Z dumą nieśliśmy opalizujące szmaragdowo i rudo, zwisające łbami w dól cyranki i krzyżówki, znacząc za sobą kropkowany trop krwi. Myśliwi traktowali polowanie jak rozrywkę, bo większość ustrzelonego ptactwa pozostawiali u goszczących ich gospodarzy.

Wieś ujawniała nam okrucieństwo w mieście nieoglądane i daruję tu opis mało sprawnego świniobicia w wykonaiu pijanych chłopów lub kurczaków biegających po egzekucji bez głów, bo te odcięte leżały na pniaku obok siekiery. Wieś dostarczała jedynych mocnych krwawych wrażeń, bo (trudno to sobie dzisiaj wyobrazić) nie było jeszcze telewizji, nie mówiąc o grach komputerowych. Za to doznania były mocniejsze niż w 3D, one były w realu.

Obyci ze śmiercią, (kto będąc dzieckiem nie chciał być dorosły, niech pierwszy rzuci kamieniem) zabawialiśmy sie w myśliwych. Zwinne kuropatwy i śmigłe kaczki były poza zasięgiem naszych wiatrówek. Strzelaliśmy do mało płochliwych wróbli i niczym nie dało się obłudnie wytłumaczyć pożytku z naszych polowań. Szczegółowy ich opis tu pominę, i wspomnę tylko o przypadku polowania na grubszą zwierzynę, a mianowicie na kota, w którym dostrzegliśmy czarną pumę.

Vis-a-vis gorzelni, po drugiej stronie traktu, w głębi zdziczałego ogrodu stał okazały niegdyś, opuszczony i popadający w ruinę dwór. Do ogrodu wiódł przerzucony nad przydrożnym rowem kamienny mostek, a za nim murowana barokowa brama, której kute żelazne odrzwia były ni to zamknięte, ni to uchylone; opadłe pod własnym ciężarem w ziemię były nie do ruszenia, ale zostawiały wąską szczelinę, przez którą przecisnąć się mogło tylko dziecko, pies lub kot. Mówiły: wstęp tu jest zabroniony i jeśli tam wkroczysz, zrobisz to na własne ryzyko. Bujna zieleń zapuszczonego ogrodu czyniła go mrocznym, chłodnym i wilgotnym nawet w słoneczne, suche dni. W dzieciach, które niezupełnie wyrosly z bajek i dają jeszcze wiarę opowieściom o strzygach, takie ogrody budzą niepokój, ale też przyciągają tajemnicą – przekroczyć niedozwolone, a jednak osiągalne, bo przecież brama niby zamknięta, a jednak trochę uchylona.

Uzbrojeni w wiatrówki prześlizgnęliśmy się z Rysiem na szeroką aleję. Była zarośnięta i wytyczały ją dwa rzędy potężnych lip. Szliśmy wąską ścieżką między wysokimi trawami zarastającymi drogę. Za zakrętem w dalekiej perspektywie, na jedynej polanie w tym rozległym gąszczu ciemnej zieleni jaśniał dwór, teatralnie oświetlony wiązką słonecznego światła. Nagle z gęstwy wyskoczył na ścieżkę czarny kot. Dzieciom wszystko wydaje się większe, więc ten kot także. Zagrodził nam drogę do dworu, zjeżył grzbiet i patrzył na nas fosforyzującymi oczami, sycząc rozwartym pyskiem, jakby szykując się do ataku. Zamarliśmy i przez chwilę chciałem się wycofać, lecz stłumiłem ten odruch tchórzostwa. Kot odwrócił się i długimi susami umknął w stronę dworu; po chwili czarny punkt pokonał schody i zniknął w czeluści drzwi. Spojrzałem na pobladłego Rysia i z przejęciem szepnąłem: – czarna puma. Rysio przytaknął poważnie głową i rzucił krótkie: – idziemy. Pochyleni, skradaliśmy się wolno przez wysoką trawę pobocza. Dwór z bliska był imponujący i zasługiwał na miano pałacu. Na wysoki parter wiodły półkoliste schody z niszczejącą kamienną balustradą, nad wysuniętym gankiem cztery potężne kolumny podtrzymywały tympanon z owalnym oknem. Całość przykrywał dwuspadowy, pokryty zielonkawą patyną dach z dużymi oknami w mansardzie. Budowla była rozszabrowana z drzwi, okien i tylko kilka okiennic wisało krzywo na urwanych zawiasach. Powojenny los wielu ziemiańskich dworków, będący efektem reformy rolnej. W popękanych szczelinach tarasu rosła trawa a na gzymsie okalającym dom nawet jakieś krzaki. Mała sina chmura przesłoniła słońce i powiało od niej szelestem w gałęziach drzew, jakby ten zaniedbany ogród, podobny teraz do dżungli, przed czymś nas ostrzegał. Rysio przyjął rolę dowódcy i szepnął: – Ja wejdę do środka, a ty zajdź dom od tyłu. Ruszyłem przez chaszcze, co raz zgarniając z twarzy pajęczyny i okrążywszy dom, usadowiłem się w liściach łopianu, na wprost tylnego tarasu, z bronią gotową do strzału. Nagle bezszelestnie, w odległości kilku kroków ukazała się u szczytu schodów nade mną ona czarna puma. Od dołu wydawała się jeszcze większa i groźniesza; stała z podniesionym czujnie ogonem spoglądając za siebie, a potem zwróciła na mnie zielone dzikie spojrzenie. Poczułem się jak Staś Tarkowski naprzeciwko lwa. Wymierzyłem, strzeliłem i… nie będę się tłumaczył, że jedynie ślepo wykonywałem rozkazy, bo takie tłumaczenie zostało słusznie skompromitowane. Mój czyn mogę co najwyżej usprawiedliwiać wpływem licznych młodzieżowych lektur przygodowo-myśliwskich. Oto budujące oblicze literatury.

Odnaleźliśmy kota; był oszołomiony i ogłuszony i nie miał siły uciekać. Wyczuwalny palcem śrut utkwił mu pod skórą, lecz nie przebił czaszki, ale czerwona kropla krwi nad oczami wyglądała złowrogo. Wziąłem go na ręce i powstrzymując płacz zaniosłem do domu. Położyliśmy go na starym ręczniku, napoili i przez kilka dni karmili, głaskali, a kiedy wydobrzał uciekł gdzie pieprz rośnie.

Opowiadam się dziś przeciw dręczeniu i uśmiercaniu zwierząt, ale czy się do tego pośrednio nie przykładam, skoro jestem umiarkowanie mięsożerny, zaś wyroby z naturalnej skóry uważam za niezastąpione? Na foie gras mnie nie stać, a gdyby nawet, co najwyżej spróbowałbym tego specjału tylko raz, przez ciekawość, bo produkt pozyskany ze stłuszczenia gęsiej wątroby zdrowy być nie może. Trudno mi gromić myśliwych, bo lubię dziczyznę i byłbym obłudnikiem, jeślibym protestował przeciw polowaniom. Jedząc zająca w śmietanie uważam tylko, żeby nie połknąć śruciny.

Z upodobaniem oglądam filmy przyrodnicze i widzę, jak śmierć jednych daje życie innym; możemy jedynie wybierać między współczuciem dla pięknej antylopy (ach te oczy!), a współczuciem dla głodnych lwiątek (też śliczne), które czekają, aż im matka przyniesie krwawy łup. Podobne oczy sarny widzą myśliwi w lunetach swoich sztucerów, lecz nie powstrzymuje ich to przed strzałem. Nielicznu tylko (o czym czytałem) doznją w tym momencie olśnienia, świadomości zbrodni. Tłumaczenia myśliwych, że polują dla jakiegoś wyższego pożytku, są załgane. Wszyscy jesteśmy zwierzętami, ale niektórzy bardziej – nimi kieruje pierwotny instynkt, a ponieważ my ludzie z zaspakajania instynktów i popędów uczyniliśmy przyjemność, niechby przyznali się, że dla niej właśnie to czynią.

Po kilku tygodniach odjeżdżaliśmy ze wsi półciężarówką z demobilu. Siedząc na naczepie przykrytej brezentową plandeką dostrzegłem na środku drogi patrzącego za nami czarnego kota. W końcu znikł w oddali, przesłonięty tumanem pyłu. A może tak mi się wydawało?

Przede mną był (co wówczas jeszcze lubiłem) nowy rok szkolny, nowe podręczniki i niezabazgrane zeszyty. W pierwszych klasach podstawówki byliśmy z Rysiem, łeb w łeb, szkolnymi prymusami, lecz później staczałem się w pospolitą mierność i tak było aż do matury, którą zdałem niczego nie umiejąc. Na świadectwie dojrzałości mam z góry na dół naciągane tróje z dwoma wyjątkami: czwórką z rysunku i, o dziwo, z logiki.

Jedyne zdjęcie z tamtego okresu jakie posiadam ukazuje pyzatego, pewnego siebie, zadowolonego aroganta, podczas gdy Rysio jest na niej drobny, zgaszony i refleksyjny. W istocie byłem dzieckiem nieśmiałym i tylko strugałem gieroja.

Nasze drogi rozeszły się dość wcześnie. On poszedł do technikum, ja w liceum miałem nowych kolegów, a gdy opuściłem Lublin, nie miałem już z nim żadnego kontaktu, ani go nie szukałem. Odnalazł mnie na FB (kiedy tam jeszcze byłem), więc odpowiedziałem mailem, do którego dołaczyłem owo wspomnienie o wspólnych wakacjach.

Potem rozmawialismy na Skypie, który mu udostępniłem w przypływie chwilowej otwartości. Rozmowa była, jak z kimś obcym, mało porywająca. Opowiedział krótko o studiach w Poznaniu i o tym, że nakaz pracy po nich przeniósł go do odległej miejscowości i oddzielił od dziewczyny, czego do dzisiaj żałuje. Potem o udanej drodze zawodowej, dzieciach i wnukach. Co do dziewczyny, pocieszyłem go, że nie warto żałować miłości przerwanej tak błahą przyczyną i skoro zgasiła ją nieprzepastna odległość, a jej urojony ciąg dalszy nigdy nie jest podobny do tego, co by się mogło wydarzyć naprawdę i co rojeniom na pewno by nie dorównało. Oględnie poinformowałem o swych dzieciach, nie ujawniając żon, bo z jego strony nie padła żadna aluzja o moralnych i politycznych preferencjach.

Nawiązał do mej opowieści potwierdzając, że na ogół wiele się w niej zgadza, z tym że:

wspomnienia pochodzą nie z jednych, ale trzykrotnych wakacji,

w murownym budynku przy gorzelni mieszkaliśmy tylko raz, potem w chłopskich chatach,

wieś nie leży nad Bugiem, lecz jego dopływem, niedaleko ujścia do tej granicznej rzeki

ten, którego nazwałem jego stryjem, był w istocie wujem,

opisany dworek leżał nie na wprost gorzelni, lecz o sto metrów dalej,

stawy, nad którymi myśliwi strzelali do kaczek, były w sąsiedniej wsi.

I dorzucił jeszcze kilka drobiazgów, poprawek i uzupełnień.

Ja z kolei przypomniałem o Osipczuku – samotnym olbrzymim Ukraińcu, którym straszono dzieci; jazdę na oklep na koniach, której bałem się cholernie, bo dla mnie za wysoko; drożdzowo-piwny zapach z olbrzymich drewnianych kadzi, w których bąbelkował zacier na gorzałkę wystarczyło się tego nawdychać i już się miało odjazd. Wspomniałem także jego wiejską „narzeczoną”, która budziła w jego rodzicach przedwczesną obawę, żeby się coś przypadkiem nie wydarzyło. Mieliśmy po 12 lat, ale przecież licho nie śpi. Ku memu zdziwieniu pamiętał jej imię. W końcu to była jego pierwsza miłość.

Taka to była rozmowa, której każde zdanie zaczynało się od – A pamiętasz…?

Przy okazji przypomniał epizod, którego zupełnie nie pamiętam:

W naszych myśliwskich wędrówkach zapędziliśmy sie głęboko w las i zabłądziliśmy. A lasy w lubelskiem to ho, ho, ho. Znów korci mnie, żeby napisać, że pod drodze znajdywaliśmy szkielety tych, którzy zagubili się przed nami, ale nie wypada, bo przecież nie pamiętam zdarzenia, a te szkielety byłyby jednak mało wiarygodne. On, starszy stopniem, powinien mieć zdanie decydujące co do sposobu i kierunku wyjścia z opresji. Utracił jednak rezon, wpadł w histerię, kręcił się niemal z płaczem i poddał się mojej intuicji i pomysłom, czyli oddał mi dowództwo. Nie ostatni to raz, kiedy podtrzymywałem upadłych na duchu. Wśród wielu moich wad, o których nie wspominam, bo temat mnie przygnębia, mam też i zaletę (potwierdzoną rzeczywistymi wypadkami), że odnajduję w sytuacjach trudnych racjonalne opanowanie i pragnę pomóc innym w odzyskaniu równowagi. Niebo pokrywała równomierna warstwa chmur i nie mogliśmy się kierować słońcem, tą dzienną gwiazdą lub jak kto woli, latarnią zbłąkanych. Bór był sosnowy i nie dało się wypatrzeć na pniach mchu, który rośnie ponoć po stronie północnej. Nic by to zresztą nie dało, bo nie bylismy nawet zorientowani, w której stronie świata leży nasz cel. Miałem niegdyś (utracone z czasem) poczucie wewnetrznego żyrokompasu, którego on nie miał lub mu się w panice zepsuł. Postanowiliśmy zdać się na wskazania mojego tajemniczego przyrządu i konsekwentnie się tego trzymać. Po odnalezieniu drogi z koleinami, wiedząc że takie drogi przecież zawsze dokądś prowadzą, wybrałem na chybił trafił jeden z dwu kierunków. Moja intuicja okazała się słuszna. Już o zmierzchu wyszliśmy z lasu na rozległą połać pól i w oddali dostrzegliśmy wysoki komin gorzelni, jedyną latarnię morską w tej okolicy. Byliśmy uratowani.

Zatrzymajmy się na chwilę przy dworku. Ja w dalszym ciągu widzę go vis-a-vis gorzelni i nijak nie mogę go w swej głowie przemieścić. Także szczegóły dworku pamiętam nieco inaczej; bardzo możliwe, że nałożyłem nań obraz innego dworku. Odmienna wersja Rysia niczego nie przestawiła w mojej pamięci, niczego do niej nie wniosła, jednym słowem pamięć moja nie poddała się sprostowaniom.

Nawet epizodu z zabłądzeniem nie włączyłbym do swej narracji, bo go nie zapamiętałem. Czyja wersja, pomijając drobiazgi, jest „prawdziwsza”? Tego dociec nie sposób i nie warto, bo co to wszystko może obchodzić kota, którego podczas polowania pomyliliśmy z pumą?

Z pamięcią jest u mnie tak, że gdy piszę, otwierają się jej zakurzone pudełka. Ich struktura jest podobna do drewniwnych białoruskich bab: w każdym pudełku jest mniejsze, a w nim jeszcze mniejsze. Bierne, pasywne wspominanie wcale ich nie otwiera, dopiero pisanie zmusza pamięć do wysiłku. To, co znajduję w tych pudełkach przypomina kwiaty zasuszone między kartkami książki lub pomarszczone kasztany w kieszeni starej kurtki. Czy to dalej te same kwiaty i kasztany które zbierałem?

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *