Czesław Kabala

Praga u schyłku lata.

    W pierwszej dekadzie września wyjechałem w towarzystwie żony, mojej siostry i jej męża do Pragi. Oni, młodsi, śmigali do wieczora po bogatym w niepodrabiane zabytki mieście, a ja kuśtykając i ciężko dysząc usiłowałem za nimi nadążyć. Przez pryzmat praskich zabytków doświadczałem subtelnej acz istotnej różnicy między autentykiem a rekonstrukcją czy podróbką, jakie są substancją naszych, odbudowanych po wojnie miast; sensualne doznanie inności oryginału od jego kopii, czyli tworu zręcznej umiejętności naśladowczej, pobudziło mnie do zadumy nad bezpowrotnym przemijaniem form sztuki. Neogotyk, jak wszelkie neo-, nie jest niewolniczym powieleniem klasycznych wzorców i znawcom łatwo odróżnić sztukę epigonów od jej archetypu.

   W odmiennych warunkach rozwój dawnych form nie wpada w koleiny historii; nie staje się jej powtórką, lecz toczy się swoją ścieżką. Właściwością historii jest bowiem niepowtarzalność, stąd niemożliwość przewidzenia przyszłości. Zgroza pomyśleć, że mogliby niektórzy mieć dostęp do przyszłości – rysuje mi się scenariusz horroru z pogranicza fantasy i science fiction, w których wiedzą tajemną dysponują osobniki o niecnych zamiarach.

   Przyszłości nie daje się przewidzieć, czego symptomem są błędne wizje futurologów, aczkolwiek można sobie snuć analogie i czerpać z nich nauki poprzez wykrycie głębiej ukrytych praw. Psychika jednostek i społeczności zawiera trwałe (w czasie, dającym się objąć wiedzą i wyobraźnią) elementy, dlatego możemy pojąć psychikę i zrozumieć dramaty przedstawione w dawnej literaturze. Zmienia się tylko materialny sztafaż oraz ich naukowy opis w postaci psychologii i socjologii. Moim zdaniem wszelka historia nie przemija, lecz się nawarstwia, przeto pożyteczne jest nieustanne jej penetrowanie. Nieustanne, bo to zajęcie nie ma końca.

   O zabytki – sądząc chyba że ślad wieków jest ich walorem, że nalot i ukruszenia są dodanym atutem – dbają Czesi umiarkowanie nie ścierając patyny i nie śpiesząc się z rekonstruowaniem. Nikomu nie przyjdzie do głowy, by odbudować Partenon i odmalować go w dawnej krasie (chyba że Chińczykom, i chciałbym to obejrzeć). Zabiega się jedynie, by się nie rozpadł do końca. Podobnie stare rody pysznią się swoją dawnością; im szlachectwo starsze, tym uchodzi za wyższej próby. Czy w tym mitycznym przekonaniu czai się cząstka prawdy? Tak, czy siak, pojecie młodej czy nowej artystokracji nigdy nie było afirmujące.

   Poczerniała (zewnątrz i wewnątrz) katedra św. Wita – na wychowanych reklamami czcicielach czystości – sprawiać może wrażenie brudnej, wręcz zaniedbanej (fot 1 i 2). Nie podzielam gorliwości gospodyń domowych, z których jedna wyczyściła rozpuszczalnikiem z werniksu stary obraz, naruszając przy okazji jego olejną powierzchnię. Na szczęście nie była to „Straż nocna” Rembrandta, która po zabiegach fachowych konserwatorów odsłoniła, że przedstawia dzienny wymarsz straży obywatelskiej. Mroczna kolorystyka obrazu okazała się figlem działania czasu, nie zaś zamierzeniem artysty, czyli stosowanym od baroku tenebryzmem (Caravaggio).

   Oczyszczenie z wiekowego nalotu gotyckich filigranowych zdobień wydaje się zadaniem karkołomnym. Ponadto wszelki lifting jest usuwaniem śladu czasu, to znaczy kasowaniem z przestrzeni istotnego wymiaru. Dostrzega się przy tym, jak świetnie znosi ząb czasu kamień gotyku, którego nie przykrywano mało trwałym tynkiem, lub łuszczącą się i blaknącą farbą wymagającą okresowej renowacji. Jaki to kamień? Dalibóg, nie wiem. Chodzą mi tylko po głowie określenia pewnie gdzieś wyczytane: wapień i piaskowiec.

   Mam szacunek dla wiekowej naleciałości, bo jest czymś innym od brudnego człowieka. Nie ma nic materialnie wiecznego. A jednak człowiek egzystuje krócej od budowli, które był wzniósł. Z punktu widzenia sztuki wartość cielesna pojedynczego ludzkiego egzemplarza jest żadna; ulepiony z podatnej na urazy i choroby nietrwałej materii, nieustannie się fizycznie degraduje. Co innego jego wyobrżenie w postaci rzeźby lub portretu: fragment czasu zamknięty w solidnej materii może przetrwać aż do jakiejś pożogi, umyślnego zniszczenia, a w najlepszym wypadku do samoistnego rozpadu. Marmur bowiem i brąz, a nawet farba olejna na płótnie, są nieporównanie trwalsze od ludzkiego ciała. Być może fotografowanie się jest pragnieniem zachowania siebie na wieczność – magicznym usiłowaniem powstrzymania bezwzględnego czasu.

   W pierwszej dekadzie września w Pradze rój turystów z całego świata. Zaskoczyła mnie duża (w porównaniu z Polską) liczba młodych Arabów w towarzystwie swych kobiet zakutanych w hidżab. Także w hotelu gdzie mieszkaliśmy widywałem na śniadaniu kilkanaście ich par. Dziewczyny zawsze w hidżabie, lecz burek zakrywających twarz czy nikabu na nosie nie widziałem ani razu; mężczyźni w dżinsach i t-sirtach, wszyscy brodaci – najwidoczniej turyści a nie przychodźcy ekonomiczni – w zachowaniu powściągliwi, żadnych śmiechów i głośnych rozmów. Nigdy nie widziałem uśmiechających się muzułmanek, co pewnie wpisane jest w ich kodeks zachowania, bo uśmiech jest z natury swojej kokieterią, czyli erotyczną prowokacją. Co dziwne, nie widziałem też nigdy rozradowanych, chichoczących Arabów; nie wiem, jacy są u siebie i może ich stonowanie jest przejawem onieśmielenia w żywiole odmiennej cywilizacji? Ich wstrzemięźliwa powaga budziła jednak mój lekki niepokój.

   W tłumie turystów wyróżniali się ludzie dalekiego wschodu różnych odcieni rasowych. Za to Polaków na lekarstwo; przez cały pobyt dzięki mojej gadatliwości (gadam bowiem bez przerwy, siejąc dyskretny sygnał, skąd jestem) wyłoniła się tylko dwójka. Ta napotkana dwójka nie była zresztą parą i zwiedzała Pragę indywidualnie. Najczęściej słyszanymi językami są angielski i niemiecki.

   Snując się po mieście bałem się, że mnie rodzina zgubi w tłumie i na tę ewentualność nosiłem komórkę, której w Gdańsku nie używam. Gdybym się zagubił, miałbym kłopoty, bo Czesi szczególnie polskiego nie rozumieją. Praga niegościnna jest dla starych ludzi i w rozległym śródmieściu nie ma ławeczek dla zmęczonych; nie ma ich nawet na przystankach komunikacji i na stacjach metra tak rozgałęzionego, że wszędzie można nim dojechać. Można owszem przysiąść w kawiarnianym ogródku, ale wówczas trzeba coś zamówić. Myślę, że brak ławek to skutek lobby restauratorów.

   Byłem w Pradze na początku lat 90. tuż przed aksamitną rewolucją i wtedy nie odczuwałem tego dyskomfortu. Wiadomo było, że jej wybuch jest tylko kwestią czasu. Jako przybysze z Polski witani byliśmy z wyczuwalną życzliwością, bo było wiadomo, że to u nas się wszystko zaczęło. Na własne życzenie, czy też z powodu zaniedbania, roztrwoniliśmy ten kapitał i obecnie, w powszednim przekonaniu, za początek przemian ustrojowych w Europie środkowej uchodzi zburzenie muru berlińskiego. Powoli śwat zapomniał, że Polska była pierwsza.

   Inna rzecz, że wówczas nie musiałem tak często odpoczywać, a ponadto Praga wydawała się tania. Znawcy przedmiotu mówią, że obecnie ceny w niej są na poziomie stolic światowych. Nie trzeba przeliczać, bo ceny w lokalach są podawane obok koron w euro.

   Jeszcze przed wjazdem uprzedziła nas właścicielka hoteliku w Jeleniej Górze, że Czesi za nami nie przepadają i to się wielokrotnie potwierdzało. W salonach wystawowych i muzeach prospekty informacyjne i wszelkie objaśnienia są drukowane w językach: angielskim, niemieckim, rosyjskim, często także po włosku, hiszpańsku, portugalsku, a niekiedy w językach skandynawskich. Polskiego nigdzie nie napotkałem zapewne też dlatego, że Czechy są teraz rzadko celem naszych podróży.

   Gdy wybraliśmy się na zwiedzanie miasta turystycznym busem ze słuchawkami i programem wybierania języka, nasz język odnaleźliśmy wśród trzydziestu na przedostatnim miejscu przed węgierskim. Spis nie był alfabetyczny, lecz wg ustalonej ważności: English przed Deutsch potem russkij, francais… itd. Po drodze przed polskim: grecki, rumuński, chiński i japoński. Tyle zapamiętałem. Najwidoczniej Czesi nie lubią swych najbliższych sąsiadów, co zresztą nie należy w świecie do rzadkości. Z perspektywy ulicy nie da się odczuć bazy społecznej pod istnienie grupy wyszehradzkiej. Zdaje się, że jej żywot jest wyłącznie gazetowy bądź gabinetowy, co licho rokuje rzeczywistą współpracę.

   W innym tonie utrzymane są reportaże Mariusza Szczygła, ale on perfekcyjnie zna czeski i od razu trafia do określonego środowiska, my zaś, anonimowi barbarzyńcy, poruszaliśmy się w tłumie równych sobie. Nasze języki są tylko pozornie podobne. Pewnego wieczoru włączliśmy telewizor, żeby przejrzeć wiadomości i choćby prognozę pogody – jedynie ona była cokolwiek zrozumiała, a to tylko dzięki piktogramom. Pomyślałem, że odrobinę naszej mowy znajdziemy w polskim filmie, i skacząc po kanałach znalazłem taki (rozpoznałem po aktorach), lecz nadzieja była płonna: Czesi wszystkie (!) filmy starannie dubbingują. Widok polskich aktorów mówiących po czesku długo nie bawi. Przez 10 dni pobytu raz tylko usłyszałem wiadomość z Polski z odrobiną naszego języka. Informacja była przyjazna i do tego o Gdańsku, a dotyczyła szlachetnej akcji cywilizowania cygańskich żebraczek i ich dzieci (w Czechach Romów ani razu nie widziałem, mimo że historyczna nazwa Bohemia z nimi się wiąże). Pokazano straż miejską, jak zbiera je z ulicy, przewozi do jakiegoś ośrodka, myje, opiera, karmi, a następnie edukuje dzieci w jasnych, czystych świetlicach. Pod opieką fachowców malują, lepią, rzeźbią w plastelinie, starsze zaś nauczane są czytania i pisania. Wtedy właśnie posłyszałem mowę polską przebijającą spod nakładki czeskiego tłumaczenia, gdy kierowniczka ośrodka z satysfakcją oświadczyła, że dzieci z radością poddają się tej akcji. Poza tym ani słowa o Polsce. Przejrzałem w kawiarni nagłówki gazet i magazynów. Naszych nigdzie nie napotkałem, a w lokalnych i dostępnych zagranicznych najdrobniejszej wzmianki o naszym kraju, jakby nie istniał. Najwidoczniej zawiłości polskiej polityki są dla południowych prostaczków zanadto skomplikowane. To, co nazbyt złożone jest tym samym nudne; w istocie polskie szarady są zbyt powikłane nawet dla nas. Zauważyłem, że młodsze pokolenie, zarówno tam jak i u nas, mówi szybciej od mojego. Być może to jakaś globalna tendencja. Dostojna powolność, czysta artykulacja i dobitność mowy, właściwa sędziwym ludziom nauki, jest chyba postrzegana teraz jako cecha starców. Szybkość mówienia, połykanie słów, zanik modulacji i brak spacji znacznie utrudniają percepcję rodzimego języka, a co dopiero powiedzieć o obcym?

   Krótko byłem w Pradze i nie mam dyscypliny ani wiedzy badacza, lecz przypuszczam, że Czesi mylą potocznie Karola IV Luksemburskiego z Karolem Wielkim. Pomników w Pradze liczba nie do policzenia, lecz większość pochodzi z minionych wieków i przedstawia rozmaitych świętych. Wśród postaci historycznych widywałem tylko Husa, Wacława I i właśnie Karola. Ze współczesnych szydercze rzeźby Davida Černego, np. dwóch siusiających do brodzika w kształcie Czech lub nawiązującą do patriotycznego monumentu z Vaclavskich Namesti rzeźbę św, Wacława siedzącego na brzuchu powieszonego za nogi, zdechłego konia. Najwidoczniej Czesi przyzwalają na kalanie świętości, a może się tym bawią. Wizerunków bohaterów nowszej historii niewiele: jakaś płaskorzeźba twarzy Vaclava Havla wystająca z frontonu budynku, skromny posąg Masaryka na skraju placu przed wejściem na Hradczany. Najwięcej oczywiście spiżowych, gipsowych i ceramicznych odlewów Szwejka, ale to postać literacka. Znałem z foty posąg Franza Kafki, ale go nie szukałem, bo mi się jego surrealistyczne ujęcie mało podoba. Wolą Czesi czcić swych ulubieńców nazwami knajp i rozmaitymi gadżetami: Szwejków zatrzęsienie, a i Kafki sporo, natomiast bieżącej polityki w rzeźbie brak.

   Szczelne obudowanie katedry św. Wita, zwłaszcza od frontu, nie pozwala ogarnąć jej spojrzeniem; jedynie z rogu placu po południowo-wschodniej strony można objąć całość. Gdyby przyszło tę narastającą przez wieki budowlę odtworzyć z pietyzmem po jakimś kataklizmie, byłoby to zajęcie kosztowne i długotrwałe. Podołać temu mogliby chyba tylko cierpliwi Chińczycy, których całkiem sporo w katedrze, obok niej i w całej Pradze spotykałem. Nadzieja, że po sezonie będzie trochę przestronniej, nie ziściła się. Mimo chłodu i niepewnej pogody, na ulicach i w muzeach tłumy. Jedna czwarta to przedstawiciele różnych odmian rasy żółtej; najwięcej chyba Japończyków. Zdaje się że rozróżniam odmiany wschodnich ras, lecz pewności nie mam: czy np. Koreańczyk lub Mongoł to nie przypadkiem brzydki Japończyk? Ludzkie rasy w odróżnieniu od konia arabskiego i folbluta trochę się przemieszały czyli skundliły. Czang Kaj-Szek nic a nic nie był podobny do Mao Zedonga, zaś Toshiro Mifune do cesarza Hirohito. Zachowanie czystości rasowej czy hodowla nowej rasy to pomysł z gabinetu doktora Caligari.

   Wpadł kiedyś do mnie kolega w towarzystwie dwóch prawdziwych Mongołów, podobnych do siebie jak dwa chow-chow na wystawie psów rasowych, które odróżnialne są jedynie przez swych właścicieli. Kolega pełnił rolę faktora pomagającego spieniężyć skórę białego tygrysa, którą Mongołowie jakoś do nas przemycili. Poinformował (nie wiedzieć tylko czemu konfidencjonalnym, ściszonym głosem), że oni słowa po polsku nie rozumieją, więc możemy przy nich swobodnie rozmawiać. Na nasze żarty nie reagowali nawet drgnieniem powiek, co mogło być wynikiem skrytego opanowania, a niekoniecznie wyrazem braku zrozumienia. Naczytałem się bowiem o ludziach wschodu, że nie mają, jak się mówi, duszy na dłoni, i tłumiąc emocje skuteczniej od nas zachowują tajemnicę. Czułem się nieswojo zerkając w ich świdrujące źrenice niemal niewidoczne pod powiekami w formie ciężkich fałd. Nie miałem pewności, czy ich kamienny bezruch nie jest elementem azjatyckiej taktyki – z ich milczenia wiało grozą. Chińczycy czy Tajowie nie rozumiejąc dowcipów, na widok naszego śmiechu odpowiedzieliby przynajmniej uprzejmym uśmiechem – ci siedzieli nieporuszeni z zastygłą twarzą. Mój lęk był dziedziczonym atawizmem; w młodości mieszkałem w Lublinie dwukrotnie w średniowieczu nawiedzonym dzikim najazdem ich przodków. Chcąc potwierdzić moje podejrzenia pokerowym „sprawdzam” poprosiłem kolegę, by przetłumaczył nasze facecje i on męczył się gestykulując, ale nic z tego nie wyszło. Wyczekiwany uśmiech zrozumienia nie pojawił się na ich obliczach. Przypuszczam, że zbyt słabo znał ich język, a do tego żarty trudno się tłumaczą. Moje domysły nie zostały więc potwierdzone ani usunięte. Najbardziej lękało mnie, że nie poruszali głową, a jedynie źrenicami zerkali na kolegę gdy mówił. Najwyraźniej ja byłem w centrum ich czujnego zainteresowania. Czułem się jak antylopa gnu, której prypatrują się lwy.

   Wracaliśmy z Pragi w dwu etapach. Odcinek do granicy krótszy niż odległość z Gdańska do Bydgoszczy. Ponieważ planowaliśmy nocleg w Jeleniej Górze, więc nie śpieszyło się nam zbytnio. Zrobiliśmy przerwy w kilku uroczych miasteczkach i zeszło nam do późnego wieczora. Pod względem cen było tam już „normalniej”, to znaczy dwu- trzykrotnie niższe podobniejsze były do naszych. W tych prowincjonalnie ospałych mieścinach nie większych od Kościerzyny zawsze było coś godnego uwagi. Turystów, głównie roje fotografujących Japończyków, spotykało się tylko w pobliżu zabytków. Zauważyłem, że budowle pochodzące z tego samego okresu co praskie, lepiej zachowały pierwotną świeżość. Może prowincjonalne powietrze jest dla nich mniej szkodliwe, a może uległem złudzeniu. W licznych małych miastkach widać, że kultura zachodu dotarła tam szybciej i bogaciej niż do nas. Byliśmy wielką wsią kiedy Czechy już się urbanizowały, stąd brak mi w Polsce dojrzałego gotyku, np we francuskim stylu flamboyant. Przykładem jest kościół św. Barbary w Kutnej Horze (miasto wielkości Kartuz), konstruowanym przez Johanna Parlera, syna budowniczego św. Wita (fot. 3 i 4) oraz piękna obudowa studni (fot 5). Bogactwa zabytków akurat odrobić się nie da, ale też nie należy popadać w kompleks kiedy uświadomimy sobie, że ich dziedziczenie to jedno, zaś dziedziczenie kultury nie jest już sprawą oczywistą. Trudno wypatrzyć wśród współczesnych ateńczyków kontynuatorów starożytnych nauk i, prawdę mówiąc, nie znam nawet ze słyszenia żadnego współczesnego greckiego filozofa. Także wśród współczesnych Rzymian trudno dopatrzeć się pierwowzoru dawnych senatorów, a w ich nowożytnych armiach antycznego ducha virtus. Przejechał się na tym micie Mussolini – duchy przodków usnęły na długo, żeby unikać słowa „na zawsze”. Niemniej w dzisiejszej Europie widać przodownictwo kulturowe narodów podbitych niegdyś przez Rzymian, a potem wchodzących w skład imperium Karola Wielkiego. Granice wpływu kultury do dziś nie uległy zatarciu. Nieprzemijalność zasięgu oddziaływania widoczna jest nawet w regionach państw, w obrębie kultur nadrzędnych. Gallia Narbonensis przyporządkowana Rzymowi na 70 lat przed zwycięstwem Cezara pod Alezją, na długo potem w historii wyróżniała się w cywilizacji francuskiej pod nazwą kultury prowansalskiej; językiem trubadurów był langue d’oc, od którego prowincja wzięła też później nazwę Langwedocja. Z doświadczeń najnowszych: pół wieku wystarczyło, by wyodrębniona z reszty Niemiec i poddana sowieckiej dominacji NRD pozostawiła niełatwą do zniwelowania różnicę w kulturze zachodnich i wschodnich landów.

   Następnego dnia mknęliśmy do Gdańska i zatrzymaliśmy się tylko raz na śniadanie we Wrocławiu. W kawiarni przy rynku panie zamówiły do kawy ciastka i lody, ja zaś, ponieważ śniadań nie jadam, wypiłem setę Johnnie Walkera. Potem nieśpiesznie obeszliśmy rozległy rynek wokół ratusza przypominającego bogatym gotykiem praskie budynki. Tu opadli nas aktywni, natrętni żebracy, czego w Czechach nie widziałem. W Pradze byli także, ale wszyscy na jedną modłę, jakby z jednej organizacji: klęcząc ukrywali twarze między ramionami wyciągniętymi po jałmużnę. (fot. 6)

   Między Wrocławiem a Gdańskiem nie ma autostrady, a nawet drogi szybkiego ruchu i dopiero w okolicach Ciechocinka wjechaliśmy na A1, błąkając się po drodze podrzędnymi, krętymi szosami.

   Następnego dnia wyszedłem na spacer po Gdańsku, który w kontraście z Pragą sprawiał wrażenie sennej prowincji. Po turystycznym sezonie ani tu śladu. Podobne wrażenie prowincjonalności tego miasta mam zawsze po powrocie z Wa-wy. Dziwi mnie, z czym się Gdańsk pchał o uznanie go Europejską Stolicą Kultury. Kultury nie tworzą i nie niosą gmachy muzeow i teatrów, lecz wypełniający je ludzie, jest bowiem delikatną rośliną szukającą niszy po swojemu. Duch polata kędy chce i jest jego tajemnicą, w jaki sposób wyszukuje sobie miejsce, skąd przychodzi i dokąd podąża. Nawet mały Lublin, nie wspominając Wrocławia, czy Krakowa, żwawiej tętni życiem.

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *