Proste spojrzenie na przemiany form w sztuce.

Po moich ostatnich spotkaniach z żywym prowincjomalnym teatrem, naszły mnie smętne refleksje. „Prowincjonalny” nie jest charakterystyką jakości, lecz lokalizacją. W tym znaczeniu jestem prowincjonalny i do takiego teatru mi najbliżej. Koledze, który dużo pracy poświęca teatrowi pisząc o nim obszerne elaboraty, zadałem prowokujące pytanie: po co tyle zajmować się teatrem, skoro ten chyli się ku upadkowi? Robi to powoli i statecznie, jak przystało na sztukę mającą za sobą wiele tysięcy lat. Jednak jej przyśpieszony u schyłku upadek jest widoczny. Teatr, podobny do starzejącej się twarzy, deformuje się, wiotczeje, wykrzywia; jednym słowem robi się mało powabny. Widuję czasami stare kobiety pragnące zamaskować starość pudrem i szminką, lecz efekt tego może się co najwyżej spodobać w lustrze tylko im, i kto wie, czy słabnacy wzrok nie jest litościwym welonem. Drastyczność obrazu starzenia się własnej twarzy jest nam oszczędzona, bo oglądając ją codziennie, przywykamy do drobnych zmian. Czasami rąbka prawdy uchyla fotografia i ludzie leciwi (głównie kobiety) nie chcą niekiedy przyjąć do wiadomości zatrzymanej na zdjęciu prawdy swego wizerunku, utrzymując że obiektyw przesadza, czyli kłamie. Jasne, że obiektyw wbrew nazwie potrafi i to – w rękach zręcznego fotografa może cierpką prawdę podkreślić, wydobyć. Częściej jednak, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klienta, poprawia niż psuje wizerunek.
Artyści wraz z gastką fanów uważają, że sztuka jest potrzebna, zwłaszcza ta, którą oni uprawiają, lecz na dobrą sprawę nie potafią odpowiedzieć: po co? Czyli, po kiego diabła jest komu potrzebna sztuka? Pytającego nie interesuje, po co ją uprawiają, bo robią to zapewne dla własnych różnorakich korzyści, lecz co z tego mają inni? Ujmując prosto: po co jest potrzebna nie im, lecz w ogóle. Na to pytanie jej twórcy odpowiadają chętnie (Tadeusz Nyczek – Po co jest sztuka? Rozmowy z pisarzami) lecz mnogość udzielonych odpowiedzi budzi obawy, że spójnej nie ma. Każda obszerna (bowiem nie zawierały się one w jednym zdaniu) wypowiedź cenionych przeze mnie literatów, była inna. I nic ich nie łączyło. Jeden z pisarzy powiedział, że nikt nie pyta, po co jest powietrze (nieprawda, bo nauka pyta i udziela wyczerpującej odpowiedzi) i że sztuka jest potrzebna jak powietrze, bez którego nie isnielibyśmy. Znowu pudło: to prawda, że bez powietrza nie istielibyśmy jako tlenowce, aerobionty (są bowiem organizmy żywe, które go nie potrzebują). Ale powietrze nie czyni nas od razu ludźmi. Pełno bowiem oddychających nim stworzeń zoologicznych, które sztuki nie potrzebują. Tu chciałem napisać doniosłe zdanie, że sztuka czyni nas ludźmi, ale przypomniałem sobie, że zdążyłem w życiu poznać ludzi, którzy sztuki także nie potrzebują. Należałoby zdanie zmodyfikować: kto sztuki potrzebuje (tworzy ją, bądź tylko ją chłonie), ten na pewno jest człowiekiem, jednak nie wszyscy będący ludźmi potrzebę sztuki posiadają.
Najwyraźniej odpowiedź na potrzebę sztuki łatwa nie jest.
Wróćmy do mojej rozmowy z kolegą teatrologiem, z którego chciałem wydobyć prowokacyjnym pytaniem jakąś odpowiedź, a przynajmniej jej próbę. Zauważyłem, że chce mnie zbyć lekceważącym milczeniem, więc by dodatkowo podrażnić jego umysł dodałem: – Po co nam przypatrywać się agonii teatru? Dajmy mu skonać spokojnie, rozścielając nad nim stosowną ciszę. Może zresztą teatr już nie żyje i tylko pokazują nam jego pokryte różem truchło, jak to czyni przebiegła rodzina chcąca możliwe najdłużej pobierać rentę nieboszczyka? Tym bardziej zostawmy to w spokoju, bo nie jesteśmy ani agentami ubezpieczeniowymi, ani grabarzami sztuki.
Powyższa kwestia nie wyrażała mojego sądu, a co najwyżej ujmowała przelotną wątpliwość, drastycznie ją tylko wzmacniając. Zdarza się często, że podobne pytania kieruję do siebie i staram się na nie odpowiedzieć. Teraz jednak czekałem na replikę kolegi.
Wyglądało, jakbym skalał jakąś świętość. Zamiast artykułowanej odpowiedzi usłyszałem oburzony wrzask. Swą gorączkową tyradę zakończył apodyktycznym stwierdzaniem: Teatr był, jest i będzie. I basta!!!… Może i będzie, lecz w postaci mumii, pomyślałem, ale już się nie odezwałem stwierdziwszy, że zabawa i tak się skończyła.
Mam proste przekonanie, że formy sztuki nie są wieczne. Pojawiły się za naszą ludzką sprawą i też z naszej ręki, a może bardziej za sprawą naszego zaniechania, mogą zaniknąć. Najlepiej byłoby nie przykładać ręki do ich śmierci i pozwolić (jak drzewiej bywało), by spokojnie zeszły. Lubię słowo „zejście”, bo o schodzeniu ze sceny życia mówi, a w kontekście teatru tym bardziej jest akuratne. Czy obecnie teatr, jako taki, nie schodzi w całości z afisza?
Teatr odwleka agonię jak tylko może. Czy zawsze mądrze, to znaczy skutecznie? Widowiskowo z filmem nie wygra, więc od tego wyścigu powinien odstąpić. Ekonomicznie też ma marne widoki. Szansy swojej winien szukać tam, gdzie film i inne media dotrzeć nie umieją i nawet o to nie zabiegają. Szalone tempo akcji, fajerwerki i różne kosztowne efekty specjalne, to żywioł kina, natomiast ono nie przepada za skupioną, nieśpieszną refleksją. Film nie ma głowy do ulotnego, intymnego dialogu z widzem, bo to nie dość fotogeniczne. W filmie rolę konstruuje się w znacznym stopniu przy pomocy nożyczek montażysty. Za aktorów myśli reżyser i często nie muszą być nawet świadomi, co naprawdę grają. Ich gra ogranicza się do sekwencji według scenopisu i wizji reżysera, który ostatecznie jest najważniejszym autorem dzieła. Poszczególne ujęcia (sceny) nie są kręcone w kolejności zawartej w scenopisie. Aktorstwo filmowe to umiejętność sugestywnego odegrania oderwanego epizodu według instrukcji reżysera. Aktor jest jednym z artystycznych środków, jakich on używa. Wcale nie pomniejszam roli aktora, bo to też umiejętność szczególna, którą nazywam sztuką. Odmienna jest jednak rola aktora w Teatrze, bo musi konsekwenie zbudować swą rolę od początku do finału. Zbudować i odegrać. Czy były przypadki, że w połowie przedstawienia aktor porzucił scenę? Pewnie tak, bo nie ma chyba rzeczy, która by się nie wydarzyła, jednak tak rzadkie, że nic o nich nie wiem. Podczas spektaklu dubli nie ma.
Przeniesienie funkcji reżysera demiurga z filmu do teatru, to błąd. W teatrze jego rola winna się ograniczyć do roli arbitra dobrego smaku i stróża pilnującego sensu przedstawienia oraz właściwej komunikacji między aktorami. Pierwszą jego powinnością jest jakieś odczytanie dramatu. Jakieś, to nie znaczy byle jakie. Żywy teatr wspiera się na sugestywnej grze myślącego aktora i jego współgraniu z zespołem. Harmonizowanie, to pomocnicza rola reżysera, będącego dyrygentem całości. W muzyce kameralnej rolę kierującego pełnił pierwszy skrzypek lub kompozytor grający basso continuo. Przy liczniejszych zespołach i bardziej złożonych kompozycjach stało się to niemożliwe. Musiał się pojawić organizator całości – dyrygent (po angielsku – conductor, po francusku – chef d’orchestre lub maître d’orchestre, po włosku direttore). My nazwę przejęliśmy z niemieckiego.
Wobec inwazji kina, teatrt jest skazany na skromność materialnych środków, by nie rzec ubogość. Nic to nie szkodzi; ani ona nie nie formuje ubogości duchowej, ani nie odbiera talentu. Taki teatr nie będzie widowiskiem łatwym i winien być przygotowany na wymagającą, niszową widownię, siłą statystyki niezbyt liczną. Jeśli będzie chciał uwodzić każdego, przypodchlebiać się wszystkim, wkrótce nie będzie miał widowni żadnej.

* * *

Przed wynalezieniem fotografii malarstwo realistyczne miało oczywiste uzasadnienie. Człowiek zawsze chciał wiedzieć, co jak wygląda lub wyglądało. Swatani na odległość królowie chcieli obejrzeć, co zrozumiałe, jak wygląda wybranka nie tyle ich, ile rodziny oraz doradców mających obiektywne rozeznanie w racji stanu. Zamawiali tedy u wiarygodnych artystów konterfekty. Dzisiaj byłoby to seria zdjęć przesłanych e-mailem z dołaczonym filmikiem. Tu widzimy, jak pewne zadanie sztuki zostało utrącone przez rozwój techniki. W XIX wieku wynalazek Louisa Jacques’a Daguerre’a odebrał malarstwu funkcję informatywną. Malarswo uciekło od kronikarskiego ilustrowania dziejów za pomocą naiwnie rozumianego realizmu, zostawiając sobie kolor. Przy okazji odkryło, że drgające szkicowe formy nie mniej, lecz bardziej realnie przenoszą emocje. Pejzaże i ludzie stali się na obrazach impresjonistów prawdziwsi od tych ze starych obrazów, sztywno i hieratycznie upozowanych. Realizm starego malarstwa (jak każdy inny) łatwo podważyć. Jestem pewny, że gdyby bitwę pod Grunwaldem rejestrował fotograf, wyglądałaby inaczej niż na obrazie Matejki. Bardzo inaczej, bo to skłębienie postaci na obrazie mistrza jest zupełnie nierealistyczne, jakby walczący, spiętrzeni jedni nad drugimi, ściśnieci ramami obrazu napierali na szklaną szybę odgradzającą ich od widzów.
Najbliższą realizmowi jest iluzja nazwana przez Francuzów trompe l’oeil. Istotnie dzieła „iluzjonistów” przynoszą złudzenie rzeczywistości aż niepokojące. Tylko, po co? Zwracam uwagę, że nazwa tego malarskiego stylu pochodzi od czasownika tromper, co znaczy – oszukiwać. Przypominam sobie opowieść mojego profesora, który (wzorem Cezanne’a?) malował wielokrotnie ulubioną górę na Kaszubach. Pewnego razu stanął za nim miejscowy chłop i po dłuższym obserwowaniu otwarcie spytał: Po co pan to maluje?… Przecież to jest!!! Być może ów chłop miał w domu „święte obrazki”, może jelenia na rykowisku, którego w naturze nie widział, może jakiś oleodruk z widokiem Wenecji, w której nigdy nie był. Czyżby uważał, że obraz winien przedstawiać jedynie to, czego nie ma?
Teraz trochę o koniach w malarstwie. Związek konia z człowiekiem jest tak niezwykły, że gdyby obca cywilizacja odkryła kiedyś naszą, sądziłaby po malarskich wizerunkach, że to zestaw nierozłączny. I nie myślę szczególnie o Centaurze, który w istocie jest integralnym połączeniem góry człowieka łączącej się poniżej pępka z tułowiem konia, lecz o licznych wizerunkach jeźców konnych. Konie występują już na paleolitycznych malowidłach, ale bez jeźdźców, więc nie wiem, czy były zwierzyną łowną, czy już oswojoną. Z egipskich reliefów wiemy, że zaprzęgali je do rydwanów faraonowie. Ukazywane są tam w dziwacznej pozycji, jak konie skaczące przez przeszkody – z zadnimi nogami wspartymi na ziemi i przednimi równoległymi, uniesionymi wraz z tułowiem. (Bardziej prawdopodobne, że do pojazdów dwukołowych zaprzęgano kłusaki, gdyż zapewniały płynniejszą jazdę). W starożytnym Rzymie przedstawiano jeźdźców na koniach kroczących stępa. W renesansie przejęto ten styl (posąg Colleoniego Verrocchia i Gattamelaty Donatella) i powielono w kasycyzmie (nasz Poniatowski, będący kopią posągu Marka Aureliusza). W baroku nawiązano do fryzów hellenistycznych i znów w posągach przedstawiano pod jeźdźcem konia w nienaturalnym galopie, stającego dęba jak na rodeo, jakby chciał jeźdźca zrzucić. Być może chodziło o zobrazowanie dominującej władczości (jeździec miedziany). Schemat ten przeniesiono na batalistyczne obrazy. Dopiero romantyzm przełamał kanon i malował konie w nieokiełznanym dzikim cwale, nadając obrazom niebywałą dynamikę. Cwał rysowano z wyobraźni, bo jest tak szybki, że nie sposób było wychwycić prawdziwych faz ruchu. Ukazała je dopiero fotografia w zatrzymanych kadrach i okazało się, że się nieco różnią od artystycznych wyobrażeń. Prawdę zamrożonego ruchu śmiało kopiował z fotografii najwyraźniej zafascynowany nią Edgar Degas, zachowując nawet losowość kadru (postaci jakby przypadkowo przycięte), nasycając rzecz jasna obraz kolorami.
Zmiany w sztuce są równie szybkie, jak w otaczającym świecie. Koń stracił w batalistyce rację bytu wraz z formacją kawaleryjską, Batalistyka przemieściła sie z obrazów do filmu głównie drugiej kategorii i trochę jej zostało także w literaturze drugiego sortu (historycznej i fantasy). Dzisiaj konie są już tematem – w głównym i awangardowym nurcie sztuki – przebrzmiałym. Malowane są pokątnie, komercyjnie, dla sentymentalnych niewyrobionych miłośników minionych, łatwo przystępnych form. W potocznym życiu zresztą do konia znacznie dalej, niż jeszcze przed wiekiem. Przeniesione do rezerwatów klubów jeździeckich, znikły z cywilizacji, którą ongiś tak istotnie wypełniały. Słynne zdanie Benedykta Chmielowskiego o „koniu, jaki jest…” należałoby dzisiaj rozwinąć, bo nie mieszkajac w pobliżu stadnin, widujemy żywe konie tak rzadko, że mogliśmy zapomnieć, jak wyglądają.
Współczesne malarstwo uchyla się od kronikarskich obowiązków i w ogóle od ilustrowania powierzchownych form życia. Może nie tyle się uchyla, ile zostało z nich uwolnione.To zadanie przejęła fotografia i potem film. Już od dawna jedyną formą kroniki jest, na dobrą sprawę, kronika filmowa.
Wynalazek barwnej fotografii przegnał z obrazów resztki realizmu i pozostawił w nich to, co jakby odkryto na nowo – ich suwerenną istotę, czyli barwę i formę. Dzisiaj sztuk wizualnych mamy zewsząd w dławiącym nadmiarze, powielanych w druku i dostarczanych nam do domu w telewizyjnych i komputerowych obrazach. Ktoś powie, że to nie to, ale w jakiejś mierze to właśnie to. Tradycyjne sztuki wizualne walczą o rację dla siebie, lecz wydaje mi się, że słabną. Pewien biznesmen powiedział mi: po co mam kupować bohomaza (tak się wyraził), skoro dla ozdobienia swego salonu mogę zawiesić perfekcyjny fotogram puszczy amazońskiej, a jak mi się znudzi, to go zamienić na nagą kobietę (w rzeczywistości wyraził się dosadniej). Właśnie ów biznesmen (inteligentny matematyk i informatyk) powiedział, że artyści to cwaniaki i darmozjady. Pomyślałem, że pewnie jakiś „artysta” „przeleciał” mu żonę lub jakaś artystka nie chciała mu dać tego, czego chciał (drażni mnie nagromadzenie cudzysłowów, lecz nie wiem, jak by to inaczej zapisać). Niepokoić może, że jest człowiekiem, jak powiedziałem, inteligentnym. Intensywnie pracujący i obłożony licznymi kosztownymi gadżetami, nawet nie znalazłby czasu na zajęcie tak straroświeckie, jak czytanie literatury. Tę powinność zaliczył w liceum i nie ma zamiaru dobrowolnie do niej powracać. Wyraził nawet zdziwienie, że w szkole w dalszym ciągu zamulają nią młode umysły. Miałem oto przed sobą człowieka i to nie z warstwy najniższej, który żadnej sztuki nie potrzebuje. Podoba mi się jego szczerość, bo znam tez takich, który udają. Bywają wszędzie tam, gdzie wypada: na wernisażach, koncertach i balach dobroczynnych oraz aukcjach promujacych sztukę. Kupują także modne książki, a to jest akurat dzięki internetowi najmniej fatygujące. Ktoś by powiedział, że co innego mieć książkę, a ją przeczytać. Niech mi ów ktoś uwierzy, że udzielający w telewizji wywiadów intelektualiści na tle ściany książek, połowy z nich nie przeczytali, dziesiątej części nie zrozumieli, zaś większość z przeczytanych zapomnieli.
Powiem tu o zdarzeniu, które ze sztuką ma tyle wspólnego, że chodzi w nim o imaginację. Wszedłem kiedyś do dużego sklepu z konfekcją. Tuż za dzwiami wychwyciłem kątem oka wymierzone w siebie spojrzenie. Kątem oka widzimy słabo, bo tylko rozmazane i szarzejące kontury, lecz obserwujace nas oczy, zapewne mocą atawizmu, zauważamy natychmiast. Błyskawicznie spojrzałem w tamtą stronę i… zdębiałem; odczułem nieprzyjemny dreszcz. Patrzyły na mnie przenikliwe, niebieskie oczy fantomasa. Otrzeźwiałem w sekundę stwierdziwszy, że przygląda mi się badawczo sklepowy manekin mojego wzrostu. Wykonany z niezwykłą starannością, aby udawał żywego modela: miał wstawione szklane oczy z czarnymi świdrującymi źrenicami (jak żywe), plastikową skórę w naturalnym kolorze, na głowie blond perukę realistycznie zmierzwioną, i nawet czarne rzęsy nad oczami, rzucały prawdziwy cień. Niewątpliwie był to manekin kosztowny i po ochłonięciu musiałem przyznać, że przystojny. Próba animowania go w wyobraźni nie udawała się – mimo usilnych zabiegów, twarz manekina pozostawała nieożywioną maską. Był bardziej chyba martwy niż leżąca przed kominkiem niedźwiedzia skóra z zachowaną głową i groźnie rozwartym pyskiem; lub wypchane głowy jeleni, gapiące się na nas ze ściany, jakby wsadziły przez nią łeb, a ich reszta znajdowała się za nią w pokoju obok.
Dlaczego ów manekin był bardziej martwy od popiersi rzymskich cesarzy, oddanych w zimnym marmurze tak żywo, że nie śmiemy wątpić w wiarygodność ich rysów? Dlaczego autoportret Luciana Freuda (wnuka Zygmunta), malowany szkicowym impastem i zachowujący wyraźny ślad pędzla, jest sugestwnie żywszy od wygłaskanego oblicza Napoleona na obrazie Davida?
Nie żyją już dawno ci, którzy umówili się w XIX wieku, że drukowane papierki powleczone od spodu gumą arabską, by je przyklejać do listów i widokówek jako taksę za usługę pocztową, będą miały w kolekcjach dodatkową wartość, ponad widniejącą na nich nominalną. Jak obecnie się ma zapoczątkowany przez nich ruch filatelistyczny, tego nie wiem, ale nie można wykluczyć, że się skończy jak się zaczął. co może być podobne do krachu tulipanowej manii w XVII wiecznej Holandii. Rozwój poczty elektronicznej spowoduje spadek podaży znaczków, co wcale nie oznacza upadku zbieractwa. Wręcz przeciwnie: prócz tego, że będą kolekcje dobrem rzadkim, staną się wyczerpanym i ich ceny mogą nawet wzrosnąć. Jeśli jednak następne pokolenia nie zechcą w nich widzieć nic, ponad mało odporne na zniszczenie papierki, to filateliści wraz ze śmiercią ostatnich znikną, jak esperantyści – z braku zainteresowania. Młodzi, którzy nie podejmą hobby przodków, zechcą zbiory spieniężyć (zamienić papier na papier) i jeśli znajdzie się naraz wielu takich, popyt gwałtownie zmaleje i tak samo spadnie cena. Wszelkie umowy dotyczące wartości nie są wiecznotrwałe.
Czemu miałoby to oszczędzić sztukę? Może jedynymi obrońcami staną się niedługo tylko jej twórcy (wraz z topniejącym wianuszkiem wiernych zwolenników), a więc artyści malarze, śpiewacy bel canto, pisarze ze swoim bajaniem, kompozytorzy muzyki „wysokiej” i inni dziwacy. Twórcy opery przekazali już pałeczkę komponującym popularne musicale (formą przejściową była extravaganza). Wiele zawodów, jak płatnerz, kopista (kaligraf), zecer, powroźnik, kołodziej, wozak (furman), operator kina objazdowego – już zniknęło, a unikatowa reszta kończy swój żywot, że wymienię tylko: ludwisarza, bednarza, zduna, pocztyliona, kowala i szewca. Komputeryzacja i robotyka dokonają reszty.
Nie należy także mylić symptomów upadku z przyczynami. Jeśli organizm osłabiony starością, a więc w sposób naturalny ma obniżoną siłę do walki z pneumokokami, i jeśli one (czychające w utajeniu na okoliczność sprzyjającą) wedrą się do niego pokonując osłabione z wiekiem bariery ochronne, a następnie wywołają zapalenie płuc będące przyczyną agonii, to czy będzie ona skutkiem samej starości, czy osłabienia organizmu z nią związanego, czy może przypadkowego, aczkolwiek wykorzystującego sprzyjającą im okazję, ataku zarazków?
Czy atrofia sztuk jest symptomem upadku formy cywilizacji?
Po pierwsze, przemiana form sztuki nie musi być równoznaczna z jej upadkiem. co najwyżej stare formy upadają na rzecz jakichś nowych. Kiedy J.S.Bach odchodził, jego muzyka była już niemodna, wyparta przez styl galant. Dla wielu indywiduów koniec świata w jakim żyli będzie równoznaczny z ich śmiercią, niekiedy przyśpieszoną, że wspomnę wzrost samobójstw w kręgach kapitanów żeglugi, kiedy napęd parowy zdominował ich ulubione wspaniałe żaglowce.
Nasza starcza, wielokrotnie już reanimowana kultura, ma związane być może z wiekiem skłonności kolekcjonerskie i nie wyrzuca na przemiał minionych form, lecz umieszcza je w muzeach. Póki jeszcze dycha, będziemy w nich mieli całe jej dziedzictwo: teatr, operę, symfonie, bajania zwane literaturą, nagromadzenie rozmaitych koncepcji ujmowania rzeczywistości w postaci systemów filozoficznych. Skąd jednak czerpać wiarę, że następna po niej cywilizacja będzie dla pamiątek przeszłości równie łaskawa? A może uzna, że cały ten bagaż przeszłości jest uciążliwy, bezowocny i przez to szkodliwy, i jeśli nawet go nie unicestwi, to zamrozi tak, że stanie się niedostępny. Wówczas słowa Horacego „non omnis moriar” staną się także nieobecne, czyli martwe.
Chciałbym się spotkać z przekonującym odrzuceniem takiej wizji.

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *