proza

Matylda Kołomyjec

Tancerz

– Dziadku! – ciszę cmentarza przerwał donośny krzyk dziewczynki z długimi, jasnymi warkoczami – Dziadku, co to znaczy?

Staruszek, podpierając się prowizoryczną laską zrobioną z trzonka od miotły, podszedł do wskazywanego przez swoją wnuczką nagrobka. Napis na nim głosił:

Tu leży Tancerz.

Przybył do nas z daleka,

I już nie wrócił do domu.

Czy chcesz podzielić jego los?

Tuż pod napisem widniał wyryty w ciemnym kamieniu wzór węzła – informacja dla ludzi, że ten, kto leży w tym grobie, został powieszony.

– Dziadku? – dziewczynka wyrwała staruszka z zamyślenia – Kto to był?

– Kiedyś to miasto było o wiele mniejsze niż teraz, była to w zasadzie duża wieś, przyszedł tu gościńcem, samotny – zaczął powoli – Byłem wtedy mały, niezbyt dokładnie te wydarzenia pamiętam, ale postaram się dla ciebie wszystko sobie przypomnieć, opowiem ci historię Tancerza.

Zamilkł na chwilę, a potem rozpoczął swoją opowieść:

Kiedy tylko przekroczył bramę miasta, wiedzieliśmy, że przybył z bardzo daleka, miał dziwne rysy twarzy…

Wszyscy widzieli go, jak stał na środku ulicy i rozglądał się. Nie znali go, był nowy we wsi, musiał przybyć nocą, bo nikt wcześniej nie zauważył jego nadejścia. Trudno było na niego nie patrzeć; jego ubiór był pomalowany w biało-fioletowe pasy, wyróżniał się znacznie między brązowo-szarymi strojami mieszkańców.

– Kim jesteś? – zapytał ktoś, przerywając poranną ciszę.

Nieznajomy odwrócił się i wbił spojrzenie czarnych oczy w pytającego.

– Tancerzem – odpowiedział lakonicznie.

– A skąd przybywasz i dokąd zmierzasz?

Tym razem odpowiedziało mu tylko zimne spojrzenie nienaturalnie ciemnych oczu przybysza. Milczenie panowało przez chwilę, aż w końcu przerwał je suchy, niemiły głos Tancerza:

– Wiecie, kto może dać mi pracę? Nie chcę sypiać na ulicach ani żebrać…

– Zaprowadziliśmy go do kowala, który akurat podkuwał naszego konia, Homera, pamiętam to tak dobrze, jakby zdarzyło się wczoraj…

Kowal przerwał pracę i podniósł wzrok na nieznajomego; na chwilę jaskrawy wzór pasów oślepił go.

– Kim jesteś? – zapytał po kilku sekundach.

– Tancerzem – po raz drugi tego dnia odpowiedział przybysz – Potrzebujesz rąk do pracy? Mogę się przydać, potrafię więcej, niż się wydaje.

– Nie mam nikogo do miechów – oznajmił w końcu kowal – Jeśli dasz radę, to chętnie ci zapłacę za pomoc.

– Nie potrzebuję zapłaty, wystarczy mi dach nad głową i trochę jedzenia. Nie jestem wymagający, możesz mi kazać spać z końmi, a nie będę się skarżył.

Obydwaj zamilkli, boleśnie świadomi obecności ponad dwudziestki ludzi, przysłuchujących się ich rozmowie, którzy po jakimś czasie zaczęli się rozchodzić, znudzeni ciszą. Wtedy dopiero kowal podjął rozmowę:

– Pięć miedziaków tygodniowo i mogę pozwolić ci spać na strychu stodoły… Chyba że nie odpowiada ci panujący tam zapach… – roześmiał się głośno.

– Kiedyś pracowałem w garbarni – tymi słowami Tancerz dobił targu.

– Pracę rozpoczniesz jutro rano, przyjdź do mnie o wschodzie słońca, będę czekał – kowal odwrócił się i wrócił do podkuwania konia – Jak masz na imię? – zapytał, ale nie doczekał się odpowiedzi…

– Byłem tam wtedy, pilnowałem Homera (?) . Widziałem, jak kowal umawiał się z nieznajomym. Kiedy wracałem do domu, zobaczyłem Tancerza, jak siedział na ławce i grał na drewnianej fujarce…

Tancerz szedł ulicą, aż znalazł się na obrzeżach wsi. Wtedy usiadł na drewnianej, pomalowanej tanią, brązową farbą ławce i wyciągnął z plecaka malutki flet, a kiedy zaczął grać, zebrała się dookoła niego grupka małych dzieci.

– Kim jesteś? – zapytało jedno z nich.

– Tancerzem – nieznajomy przerwał na chwilę grę.

– A zatańczysz dla nas?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo nie potrafię.

Chłopiec, który zadał pytanie zastanawiał się chwilę.

– To dlaczego mówisz, ze jesteś tancerzem? Dlaczego nas okłamujesz?

– Mówię tylko prawdę. Ale ty tego nie możesz zrozumieć.

– Chcesz powiedzieć, że jestem za mały, by wiedzieć, o czym mówisz?

Tancerz uśmiechnął się.

– Nie o to chodzi. Po prostu nie pozwolę ci zrozumieć…

– Przystanąłem, żeby posłuchać, o czym rozmawiał Tancerz z tymi dziećmi. W pewnym momencie powiedział, że nie umie tańczyć, ale nie mieliśmy pojęcia, jakie to było ważne i nie mówiliśmy o tym nikomu. Następnego dnia okazało się, że Tancerz był bardzo punktualną osobą…

Kiedy tylko blady blask świtu rozświetlił niebo, kowal wyszedł z domu, by iść do pracy. Pierwszą osobą, jaką zobaczył, był Tancerz siedzący na ławce.

– Już jesteś? – zapytał ze zdumieniem, a Tancerz podniósł się z ławki.

– Punktualność jest bardzo ważną cechą – odparł – Więc staram się nie spóźniać.

Razem poszli do kuźni i już po godzinie pracy okazało się, że Tancerz zna się na rzeczy.

– Umiesz wykuwać ostrza na miecze?

– A także groty strzał i włóczni, różne narzędzia. Jak kiedyś powiedział ktoś, kogo znałem: przekuję lemiesz na miecz i ze srebrnych pierścionków zrobię ostrogi, by wyruszyć, by uciekać…

– Na Boga, kim ty jesteś?! – wykrzyknął kowal, bardziej zdumiony tonem rozmówcy niż czymkolwiek innym, bo Tancerz nie chwalił się, tylko powiedział to tak, jakby jego umiejętności były standardem, a nawet poniżej jakiejś przyjętej normy.

– Tancerzem.

Kowal popatrzył na niego ze zdziwieniem, a gdy ten odwzajemnił spojrzenie, spuścił wzrok. W czarnych oczach Tancerza było coś, czego nigdy wcześniej nie widział. Jakaś nienaturalna siła i mrok, cień pogardy i gotowość na wszystko, nawet na mord…

– Był strasznym człowiekiem, baliśmy się go. Niby nic nie robił, ale sama jego obecność sprawiała, że czuliśmy się… nie na miejscu. Nigdy nie powiedział nam, jak się nazywa, więc

nazywaliśmy go tak, jak chciał: Tancerzem. Zawsze było tak, jakbyśmy to my nie pasowali do niego, a nie on do nas. Onieśmielał nas. Ale miał też ludzkie odruchy…

Karczma po raz kolejny przycichła, kiedy otworzyły się drzwi, a każdy chciał wiedzieć, kogo tym razem przygnał los za próg „Grubego barana”. I kiedy przybysz uniósł kaptur, jeden ze stałych gości, mając głowę zamroczoną dużą ilością alkoholu, krzyknął:

– Patrzcie, ludzie! Tancerz! A już myślałem, że nie jest człowiekiem, tylko jakimś demonem, skoro nic nigdy nie je!

Ludzie ryknęli śmiechem, a Tancerz usiadł w rogu karczmy. Jadł baraninę, gdy dosiedli się do niego inni…

– Nie było mnie przy tym, ale ludzie mówili, że wtedy Tancerz sprawiał wrażenie bardziej… ludzkiego. Nawet się upił, jak twierdzą niektórzy. Wierzę w to, bo przecież inaczej nie powiedziałby nic, co mogłoby wzbudzić jakiekolwiek podejrzenia…

– Ależ nie, skąd ten pomysł? – zaśmiał się Tancerz, w odpowiedzi na zadane przez garbarza pytanie – Chyba budzę większą grozę, niż przypuszczałem!

Zaśmiali się wszyscy, bo pod koniec zdania zrobił tak komiczną minę, że nie mogli się powstrzymać.

– Jestem tylko Tancerzem, uciekam przed sceną i publicznymi występami, nie morduję ludzi – usprawiedliwił się – I, proszę, nie pytajcie mnie o imię, bo nie mam imienia, tylko przezwiska.

– Jak „Tancerz”?

– Na przykład – roześmiał się ponownie – Muszę was pożegnać, rano mam robotę do wykonania – wstał, ale zatoczył się i przytrzymał krzesła, co wzbudziło wesołość wśród zgromadzonych.

– Zatańcz dla nas! – zawołał ktoś.

– Nie umiem! Unikam tańca jak ognia od kiedy… – urwał i spojrzał tak, jakby nagle wytrzeźwiał – Muszę iść – powiedział w końcu…

– Następnego dnia sprawiał wrażenie, jakby nie pamiętał o tym, co powiedział, kiedy był pijany. A powiedział wiele: że pochodzi ze Wschodu, że kiedyś pracował na dworach królewskich, a mówił to tak, że nie wątpiliśmy w jego słowa. Teraz nie pamiętam, co dokładnie mówił, ale to, czego nie zapomniałem, było najważniejsze. A kilka tygodni później okazało się, kim był…

Dzwony słychać było w całej wsi. A mogły oznaczać tylko jedno: nakaz zebrania się na placu. Ludzie wybiegali więc z domów i zbierali się tam. Wszyscy przyszli, nawet Tancerz, który zdążył już zyskać w oczach mieszkańców opinię „porządnego człowieka”. Kiedy szlachcic, który ich zwołał, zaczął mówić, ludzi powoli ogarniał strach. Mówił bowiem o kradzieży i to niemałej: zaginęły klejnoty będącej przejazdem we wsi baronówny, między innymi wysadzana szafirami drogocenna brosza.

Kiedy tylko szlachcic wspomniał o kradzieży, Tancerz zaczął się powoli wycofywać. Wyszedł z tłumu i rzucił się do biegu.

– Łapaj złodzieja! – rozdarła się rozpaczliwie baronówna na widok uciekającego.

Ludzie zareagowali bardzo szybko i ktoś podstawił Tancerzowi nogę. Potknął się i przejechał na brzuchu kilka metrów. Natychmiast zerwał się do dalszego biegu, ale wtedy z jego kieszeni wypadła błękitna brosza. Zawahał się, nie wiedząc czy uciekać, czy najpierw podnieść klejnot. Nie zdążył jednak zrobić ani jednego, ani drugiego bo dopadli go mieszkańcy wsi. Nie wyrywał im się nawet, choć wiedział, co czeka go za kradzież. W jego oczach wciąż malowała się pogarda…

– I co się potem stało? – dziewczynka przerwała dziadkowi, chcąc jak najszybciej poznać zakończenie opowieści.

Staruszek uśmiechnął się do niej smutno.

– Baronówna była bardzo porywcza…

– Niech zapłaci, niech zapłaci! – wydzierała się baronówna – Ja tak chcę!

– Ciszej, Kaśka – warknął szlachcic – Bo cię jeszcze w stolicy usłyszą.

Baronówna zamilkła i, obrażona, obróciła się na pięcie i poszła do gospody, w której wynajmowała pokój.

Szlachcic z niechęcią spojrzał na Tancerza, a Tancerz z niechęcią spojrzał na szlachcica.

– Na szubienicę z nim – powiedział w końcu szlachcic.

Tancerz popatrzył na niego z rozbawieniem.

– Będzie mi bardzo miło – odpowiedział z drwiną w głosie…

– Zaciągnęli go na podwyższenie i… To nie jest opowieść dla małych dziewczynek.

– Nie jestem aż taka mała – oburzyła się wnuczka.

– Więc zaciągnęli go tam…

– Mam prawo do ostatniego życzenia, czyż nie? – Tancerz przyjrzał się uważnie szlachcicowi.

– Tak – z niechęcią przyznał tamten.

– Więc pozwól mi porozmawiać z nimi – Tancerz wskazał gestem ludzi stłoczonych wokół podwyższenia.

Szlachcic wzruszył ramionami.

– Jak chcesz.

Złodziej wygładził pomięty płaszcz i odwrócił się z drwiącym uśmiechem do otaczającego go tłumu.

– Choć liczyłem się z tym, że kiedyś zatańczę, miałem nadzieję tego uniknąć – zaczął i ludzie zamilkli – Jestem Tancerzem, który nigdy jeszcze nie tańczył. Lecz dziś, skoro tak tego pragniecie, zatańczę dla was – odwrócił się i skoczył na stołek, z którego ukłonił się tłumom. Sam założył sobie pętlę na szyję i zaśmiał się, jakby był na przyjęciu, a nie na szubienicy – Zatańczę dla was, choć będzie to dla mnie ostatni raz…

– I co potem?

Staruszek westchnął.

– Zatańczył dla nas, jak powiedział. Pierwszy, a jednocześnie ostatni raz w swoim życiu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *