Justyna Luszyńska

 List  

Kiedy pan Roman odchodził z tego świata, ostatnią rzeczą jaką zrobił, było złapanie swojej żony za rękę, spojrzenie jej głęboko w oczy i wypowiedzenie jednego zdania:
– Żebym ja (tu przeklął) tyle zrobił, ile nie zrobiłem.
Pan Roman zmarł w wieku osiemdziesięciu lat, co w dzisiejszych czasach zdarza się coraz rzadziej. W chwili śmierci był niesamowicie chudy, białe włosy pozostały mu jedynie w strzępkach za uszami, na twarzy miał za to piękny długo hodowany wąs. Osiem lat młodsza żona zamknęła mu oczy, westchnęła i ruszyła do kuchni, by zaparzyć sobie herbatę. Czajnik stał na gazie, a ona uparcie wpatrywała się w okno. Gdy woda zaczęła wrzeć, a czajnik piszczeć, prędko zdjęła go z ognia, jakby bała się, że kogoś obudzi, choć w domu był z nią jedynie nieboszczyk. I kiedy wyjęła z przyzwyczajenia dwa kubki zamiast jednego, poczuła przeszywający ból w piesi. Wówczas świeżo upieczona wdowa zapłakała pierwszy raz.
Po pogrzebie mąż często nawiedzał ją w snach, chociaż nigdy słowem się w nich nie odezwał. Patrzył tylko na nią smutnym wzrokiem, a ona zaczynała postrzegać noce jako udrękę i zastanawiała się czemu ten stary piernik nie da jej żyć dalej. Czy mało się z nim namęczyła, gdy jeszcze żył?! Ba, nie męczyła się zbytnio, bo był dobrym człowiekiem, choć niecierpliwym. Często przeklinał, krzyczał, ale nigdy nie podniósł na nią ręki. Dużo słyszała za młodu o podłych mężach, którzy okładali swoje bogu ducha winne żony. To była rzecz, której najbardziej się bała przed ślubem. Szybko się przekonała, że nie jest tym typem człowieka, za jakiego go uważała. W czasie ich pierwszej kłótni ściany aż się trzęsły od jego wrzasków, lecz jej ciało pozostało nietknięte. Kiedy urodziły się dzieci, bała się ich ciągłego płaczu. A on zamiast bić, brał je na ręce, jeżeli tyko myślał, że spała, i wychodził z nimi do ogrodu. Wszystkie córki  urodziły się w lecie, więc nie musiała martwić się, iż zachorują. Wyglądała wtedy przez okno i widziała jak siada na ławce, przytula je i coś do nich mówi. Nigdy nie dowiedziała się, jakie były to słowa.
Odszczekiwała mu się, gdy musiała i nie cierpiała go z równą siłą, jak on jej. Dzieci urosły, wyprowadziły się, a oni zostali we dwójkę w wielkim domu z ogrodem. Wszędzie chodził z psem, a ją zostawiał nieraz i na całe dnie. Strasznie go wtedy nienawidziła i żałowała, że za niego wyszła. Snuła się po pustym domu i czuła, że za nim tęskni. Zbliżała się pora obiadowa, a ona przygotowywała coś, co mogłoby mu posmakować. Zazwyczaj smakowało, a wtedy patrzył na nią, uśmiechał się i choć nie mogła zobaczyć jego uśmiechniętych ust przez gęste wąsy, wystarczyło że spojrzała w jego roziskrzone oczy. Jakby pomimo tych kłótni, wyzwisk i samotnie spędzonych dni, mówił jej przez tę głupią pomidorówkę, że ją kocha. Odpowiadała mu wtedy uśmiechem.
Może fakt, iż uważała ich życie za udane sprawił, że tak uderzyły ją słowa, które mąż wypowiedział przed śmiercią. Poczuła się dotknięta, a nawet zraniona tym, że nie uważał ich życia za kompletne. Może i nie zwiedzali świata, nie mieli nowego samochodu jak sąsiadka, a ich dom wymagał wielu prac wykończeniowych, na które nie było ich stać, ale wierzyła, że nie było to najważniejsze. Jak bardzo się pomyliła! Nigdy przez myśl by jej nie przeszło, że nie był zadowolony z ich dzieci, domu, który wybudowali własnymi rękoma i z niej, z którą spędził ostatnie pięćdziesiąt lat. Była na niego po prostu zła.
Znów obudziła się zlana potem, gdyż we śnie błagała męża, by powiedział jej, czego jeszcze od niej chce. Modliła się za niego co wieczór, a on i tak nie dawał jej spokoju. Umyła twarz, ubrała się i zjadła śniadanie. Następnie usiadła na kanapie przed telewizorem i już miała go włączyć, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Gdy otworzyła, jej oczom ukazał się wysoki mężczyzna o bladej pociągłej twarzy. Był niewiele młodszy od niej, siwe włosy związał w kucyk z tyłu głowy. Ubrany w garnitur, patrzył na nią niewielkimi niebieskimi oczyma z surowością. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się uśmiech, a wdowa mogła odetchnąć z ulgą, bo nie wydawał się jej już tak przerażający.
– Pani Barbara Miłek? – spytał zachrypniętym głosem.
Kobieta bez słowa przytaknęła skinieniem głowy. Znów posłał w jej stronę uśmiech i zaczął grzebać w wewnętrznej stronie marynarki. W końcu wyciągnął z niej pożółkłą kopertę, która miała jej inicjały.
– Pani mąż prosił… – zrobił pauzę – Nalegał, bym to pani dał, kiedy zemrze.
Wręczył jej do ręki list.
– Czy to testament? – spytała niepewnie.
Gość delikatnie zmrużył oczy i wlepił wzrok w dom sąsiadów.
– Pani najlepiej powinna wiedzieć czy miał, co rozdawać – odrzekł w końcu – Myślę, że wszystkiego dowie się pani z lektury listu. Ja robię tu jedynie za kuriera. Na którego zresztą już czas.
Skłonił się lekko, odwrócił się i odszedł. Wdowa jeszcze przez chwilę stała w progu i patrzyła za nim, starając się rozgryźć kim mógł być i skąd mógł go znać Roman.
Rozwinęła list i od razu rozpoznała niedbałe pismo męża. Zignorowała ucisk w dołku i postanowiła zacząć czytać. Jej myśli zaprzątało zbyt wiele spekulacji – Czy pozostawił jej długi? Nieślubne dzieci? Coś przed nią ukrywał? Oszukiwał ją?

Basiu, 

Wiesz, że nie jestem z tych, co to piszą listy miłosne i inne pierdoły. Jestem z natury człowiek konkretny, nie lubię pchać kwiatów tam, gdzie stoi wódka. To samo i z życiem, nigdy nie wierzyłem w romantyzm, nawet gdy widziałem, że chciałabyś bym uwierzył. Kiedy dowiedzieliśmy się od lekarza, że choruję, postanowiłem coś Ci po sobie zostawić. Ma się rozumieć, poza naszym domem i dziećmi. Patrzyłem kiedyś z Tobą taki film, gdzie to mąż po śmierci zostawił żonie od cholery listów. Strasznie na tym filmie wyłaś, mówiłaś coś o prawdziwej miłości, więc piszę do Ciebie, żebyś babo nie powiedziała, że ja tak Tobie nigdy nie napisałem. A że zza grobu… Tak łatwiej. 

Ty już śpisz, jak zwykle chrapiesz, a ja siedzę i piszę list jak ostatni dureń. Po części chciałbym, żebyś mogła mi odpowiedzieć już teraz, ale wstrzymam się. Kiedyś się przecież dowiesz wszystkiego, co chciałem Ci powiedzieć. A chciałem, żebyś wiedziała, że Ci dziękuję. Myślę teraz o naszych dzieciakach, trzech pięknych córach, które mają już własne dzieci. Mieszkają w wielkich miastach, pracują, wychowują nasze wnuki. Są zawsze najmądrzejsze, ale to dobrze, bo to myśmy je tak wychowali, żeby o tym wiedziały. Pamiętam jak było je ledwo widać od ziemi, a były największymi upierdliwościami, jakie łaziły po Ziemi. Miały to po Tobie.  

Dziękuję Ci też za naszą paskudną chałupę, w której mogłem nieraz przezimować, patrzeć jak moje dzieci dorastają, a Ty się starzejesz. Z wiekiem robisz się coraz bardziej zrzędliwa, ale starałem się przymykać na to oko. Przypominałem sobie wtedy jak wyglądałaś w dniu naszego ślubu. Pewnie myślałaś, że nawet nie pamiętałem. Kieckę miałaś brzydką jak noc, ale kupiłaś mnie dołeczkami w policzkach. Potem chciałem Cię rozśmieszać, by móc je oglądać, chociaż nie zawsze mi się to udawało. Znalazłem sobie wtedy inną rozrywkę: polubiłem Twoje złości. Od tamtej pory cieszyłem się, gdy się śmiałaś i gdy darłaś się na mnie. 

Nigdy nie byłem za wielką wodą. Nie zostałem strażakiem, tak jak planowałem jako dzieciak. Nie mam nowego samochodu, jak ta czarownica zza płotu. Wiem doskonale, że te latające machiny to najbezpieczniejszy środek transportu, choć zawsze widziałem tylko białe punkciki na niebie i nigdy nie dowiem się na własnej skórze czy lot faktycznie można przeżyć. Nigdy nie zdobyłem nagrody Nobla, ani nie zostałem wielką gwiazdą, ale ja nawet nigdy tego nie chciałem. Ja chciałem w życiu tylko kilku rzeczy: najpierw Ciebie, gdy się do mnie pierwszy raz uśmiechnęłaś. Potem dzieci, gdy Cię pierwszy raz dotknąłem. Potem chciałem domu, gdy dałaś mi córki. I chociaż musiałem harować jak dziki osioł, wracałem do domu i patrzyłem jak uwijasz się w kuchni, dziewczynki biegają po salonie, a w kominku pali się ogień. Nie masz pojęcia jak bardzo byłem w takich chwilach szczęśliwy. I nie oddałbym tego ani za podróż dookoła świata, ani za pozostanie strażakiem.  

Żebym ja nawet zrobił tyle, ile nie zrobiłem, nie mógłbym być szczęśliwszy. Wziąłem od Życia wszystko, co żem chciał. 

Nie płacz za mną, 

Roman 

 

Kilka słów o autorze: Justyna Luszyńska 

Studentka filologii angielskiej w specjalności glottodydaktycznej. Laureatka Ogólnopolskiego Konkursu im. Bolesława Prusa organizowanego przez miesięcznik WOBEC, potem stała autorka miesięcznika, a w końcu redaktor działu prozy. Przyznano jej również nagrodę specjalną w ogólnopolskim konkursie o nazwie „Sienkiewiczki” za esej o tematyce miłosnej. Redaktor koordynator oraz dziennikarz w serwisie EYIA (EuropeanYouth Information Agency). Prowadzi stronę, na które publikuje swoje teksty, począwszy od felietonów i opowiadań, a na poradach kosmetycznych skończywszy: www.ajednak.eu.
Autorka książki pod tytułem „Będę czekać całą noc”. 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *