proza

Czesław Kabala

 

Fragmenty większej całości (Obrazki ze słusznie minionej przeszłości)

 

xxx

 

Cofnijmy się do schyłku szarej gomułkowszczyzny i początku barwniejszej w nadzieje komuny epoki Gierka. Na rynek wdarła się bezczelnie coca-cola, rugując bezlitośnie uliczne saturatory z wodą sodową i dwoma sokami do wyboru. Cola to był napój symbol. Symbol czego? A to już zależy, dla kogo. Dla jednych Cola była symbolem gnijącego zachodu, a dla innych wolnego świata i dobrobytu: Coca Cola to było to! Był to pierwszy przypadek, kiedy zachodni koncern unicestwił rodzimy biznes – pierwszy sygnał, z którego tylko nieliczni wynieśli lekcję. Nie będę tu więcej dywagował na tematy gospodarcze, bo się na nich nie znam. Przejdźmy do życia klubowego.

Środowisko artystyczne, podobnie jak piłkarskie, dzieli się na ligi, z tym że podział w nim nie jest tak wyraźnie akcentowany. Nie sporządza się oficjalnie żadnych dzielących kategorii, żadnych klasyfikujących tabel, a jeśli jakiś recenzent napisze o artyście, że należy do drugiej ligi, uchodzi to za porównanie prostackie, jest w złym tonie i spotyka się z zarzutem płytkiego uproszczenia.

Stratyfikacja artystów jednak istnieje niematerialnie w świadomości powszechnej. Świadomość zbiorowa jest nieuchwytna do tego stopnia, że niektórzy negują jej istnienie. Jak by nie było, między głowami ludzi przepływają i rozprzestrzeniają się jakieś przekonania. Gdyby w ankiecie powszechnej spytać o trzech najwybitniejszych polskich pisarzy, łatwo na to pytanie odpowie każdy, po to choćby żeby nie wypaść na ćwoka. Nie będą mieli z tym kłopotu nawet ci, którzy ostatni przymusowy i niepełny kontakt z książką mieli w szkole. Paradoksalnie większy kłopot z odpowiedzią zauważylibyśmy u oczytanych, czyli niby lepiej w temacie zorientowanych.

Na wierzchołku tej piramidy z papierosowego dymu, znajdują się reprezentanci artystycznej ekstraklasy. Są sławni nie tylko w kraju, ale też w stopniu nieco mniejszym za granicą, są bowiem laureatami międzynarodowych konkursów. W tym Mieście można ich napotkać nieczęsto (przeważnie przy okazji jakiegoś festiwalu) w klubie SPATiF. Ponieważ jest ich niewielu, są widoczni i łatwo się między sobą odnajdują, nie czyniąc ceregieli z różnic artystycznej profesji. I tak, przy stoliku słynnego poety można zobaczyć podobnie słynnego malarza, reżysera lub kompozytora. Warto na marginesie zauważyć wyższą rangę laurów zagranicznych. Nominacja do Oscara jest wyróżnieniem o większym splendorze niż Grand Prix na festiwalu krajowym. W dziedzinie literatury zaś, ponad nagrodę Nike ceni się nagrodę Goncourtów, o Noblu nie wspominając.

Schodząc w dół, podobne grupy towarzyskie tworzą artyści poszczególnych lig. Pierwszą ligę stanowią wyróżnieni nagrodami krajowymi lub do nich nominowani. Tych widywało się w Spatifie częściej od wielkich sławnych, choćby dlatego, że są gromadką liczniejszą. Główną publiką wypełniającą ten klub byli reprezentanci ligi drugiej, nagradzani i wyróżniani w konkursach lokalnych i różni pozostali, których zaliczyć należy do ligi powiatowej.

Powyższe zestawienie jest uproszczonym schematem. W rzeczywistości granice są płynne. W piłkarskich klubach, najlepszy zawodnik ligi drugiej bywa lepszy od najsłabszego zawodnika pierwszej i wówczas dokonuje się transferu mistrza do wyższej ligi. W środowisku artystów podobne transfery także mają miejsce, z mniejszym tylko hałasem w mediach, bo kultura duchowa mniejszym się cieszy zainteresowaniem od fizycznej.

Nazwy klubów dla artystów nie mają tu istotnego znaczenia. Były zresztą niewydumane: po prostu do słowa „klub” dołączano nazwę odpowiedniego związku lub stowarzyszenia twórczego. Nie określało to ściśle profesji ich klienteli, bo brać artystyczna lubi się mieszać i integrować. Taki jest jej charakter, że woli nowe i inne, od tego, co już zna. Wałęsała się wiec bohema między klubami w poszukiwaniu lepszej zabawy. Było to iluzoryczne, bo wszędzie zabawa była mniej więcej taka sama. Klimat, atmosferę, robią ludzie, a nie miejsca. Bardzo szybko my, uczestnicy klubowego bywania, znaliśmy się co najmniej z widzenia. To żadna znajomość: przecież ja znam z widzenia i bez wzajemności np. Brada Pitta. Jest to znajomość jednostronna, lecz jak się nad tym zastanowić, taka jest większość naszych znajomości. Dotyczy to także często znajomości własnych żon.

Ach! Korci mnie żeby się rozgadać o naturze znajomości, ale (jak na razie) opowieść moja nie o tym. A o czym? – spytają niecierpliwi. Sam dokładnie nie wiem, i jeśli ktoś ciekawy, musi poczekać. Zagadka albo się wyjaśni, albo nie. Moje doświadczenie mówi, że nie wiadomo. Widziałem bowiem pozorne rozwiązania wielu zagadek lub też rozwiązania pseudozagadek. Dość dużo widziałem takich rozwiązań, żeby przestać wierzyć w ostateczne rozwiązanie jakiejkolwiek zagadki bytu. Nierozwiązywalność długo mi doskwierała, aż zrozumiałem, że nie ma z tego wyjścia. Prawdę mówiąc, nadal mi dokucza.

Wracając do wędrówek po klubach, najbliżej miałem do kawiarni „Literacka”, do której wstęp mieli zrazu tylko członkowie różnych związków twórczych oraz osoby przez nie rekomendowane. Nadmienić muszę, że do wszelkich klubów wpuszczano bez żadnych limitów piękne panie. Od nich nie wymagano klubowej karty ani towarzystwa osoby wprowadzającej. Niech przy tej okazji feministki powiedzą coś o równości płci.

„Literacka” nie przynosiła zysków i z czasem przy wejściu zaprzestano egzekwowania warunku przynależności klubowej. Nie wpływało to na skład grona bywalców, bo podobnie jak w innych lokalach, zbierało się w nim określone towarzystwo tworzące klimat zamknięty dla obcych. Jeśli ktoś przypadkiem tu zajrzał, od progu jednym rzutem oka oceniał, że to miejsce nie dla niego. Biedę wyczuwa się równie łatwo, jak dostatek. Wnętrze niczym nie kusiło; zbyt ubogie dla kobiet, więc tu nie bywały, a brak kobiet z kolei nie zachęcał ewentualnych klientów.

Artystów wybitnych i tym samym zamożnych było niewielu i oni akurat nie przejawiali ochoty, czy też nie mieli czasu, żeby się akurat w tym miejscu udzielać, więc z rzadka tu zaglądali. Zamożniejsi nie lubią przestawać z artystycznym lumpenproletariatem. Czasem chyłkiem przemykali przez kawiarnianą salę do biura Związku Literatów, mieszczącego się na zapleczu. Robili to śpiesznie, nie nawiązując kontaktu wzrokowego ze stałymi bywalcami, jak turyści prześlizgujący się z lękiem przez czeredę tubylców, do których nie mają zaufania. Bogaci tworzą swój świat, i nie znajdują żadnego powodu, żeby się z biedakami bratać, jakby się bali zarazić od nich biedą. Tak to wyglądało w sentymentalnym, czyli niedorosłym odczuciu ubogiej gromadki bywalców tego klubu. Wiem coś o tym, bo wśród nich bywałem i poznałem ich rozmaite opinie. Ale bywałem też w innych klubach i rozmawiałem z pisarzami większego kalibru, takimi co to się doczekali recenzji w czasopismach ogólnokrajowych, byli nagradzani i orderowani przez władze na oficjalnych uroczystościach. Tacy nigdy nie przejawiali zainteresowania, co się dzieje poniżej ich kategorii, wszyscy bowiem, kierując myśli ku przyszłości, jednocześnie kierują je ku górze. Dla każdego artysty interesującym może być tylko spotkanie z autorem na tym samym poziomie, a jeszcze ciekawsze ze stojącym wyżej. Środowisko „Literackiej” nie było dla nich intrygującym polem obserwacji – po co im plewy. Jeśli byli skłonni do rozmowy o sztuce, to tylko o tej sławnej i uznanej, która tu nie gościła. Nie mieli ochoty przysiąść w tej poczekalni na zapomnianej stacji donikąd i wybierali salony wyższej kategorii. Mieli rację, bo doświadczenie mówiło, że z biednym interesu nie ukręcisz, Korzystniej z bogatym przetracić niż z biednym znaleźć.

Ci bardziej znaczący literaci z nieco wyższej półki, po załatwieniu sprawy w biurze śpiesznie umykali. Bogatymi byli tylko relatywnie; mieli po prostu zasobniejsze portfele i kiedy wzięła ich chętka na towarzyskie harce, szli do pobliskiego, nieco droższego i szykowniej urządzonego „Klubu Aktora”. Tam przynajmniej można było spotkać kobiety, które biedniejącą „Literacką” omijały. Kobiety, podobnie jak ludzie sukcesu, nie lubią marnować czasu na biedaków. Nie wiem, jak ci biedacy to robią, że są zawsze w oczach świata jacyś głupsi i chyba brzydsi.

Właścicielom kawiarni podpowiem, że niepokojącym sygnałem jest utrata klienteli damskiej. Chciałbym określić to elegancko, lecz nasuwa mi się jedno tylko porównanie: kobiety pierwsze opuszczają tonące kawiarnie. Rzecz jasna, reguła ta nie stosuje się do lokali gejowskich, w których kobiety z innego powodu nie mają czego szukać.

Spośród wszystkich artystów pisarze należeli do grupy najuboższej, a najliczniejsi wśród nich byli poeci, o których szkoda gadać. Wkrótce klub stał się środowiskiem pisarskiej nędzy. „Literacką” zlikwidowano jako kawiarniany lokal, kelnerów zwolniono, a bar zredukowano do kącika, w którym można było zamówić u kierownika klubu tanią kawę. Pozostał tylko mylący szyld, bo zdjęcie szyldu wymaga bodaj większej decyzyjności niż jego zawieszenie. Jedynym duchem łączącym zgromadzone w nim bractwo był duch apatii. Siedzieli w milczeniu,  jak pasażerowie prowincjonalnej stacji wyczekujący jakiegoś pociągu. Nieliczna gromadka znała się w takim stopniu, w jakim człowiek chce lub może drugiego poznać, nazywając to znajomością na wylot, przeto nie było o czym rozmawiać. Popijali tanią kawę, nie dlatego że mieli na nią ochotę, lecz żeby w ogóle czymś się zająć. Samą kawą artysta daleko nie ujedzie, toteż utarło się wkrótce, że za przyzwoleniem kierownika, będącego chyba także poetą a na pewno członkiem ferajny, robiło się ściepę i wysyłało małego, kulejącego na jedną nogę, do spożywczego sklepu po tyle butelek taniego bełta, na ile się uskładało. Jeśli trochę do sumy brakowało, resztę dokładał kierownik z tych pieniędzy, które dostał od nas za kawę. Był i tak w dobrej sytuacji, bo funkcję swoją pełnił za państwową pensję. Jak się z kawy i kasy rozliczał? – jego tajemnica. Potem czekaliśmy niecierpliwie, wypatrując Kulawego przez okno, a gdy jego chwiejna figurka, niewiele większa od targanej siaty, ukazała w odległej perspektywie ulicy. Martwiliśmy się, czy ten kiwający się na boki i co raz przystający by przełożyć z ręki do ręki swój ciężar, nie przewróci się. Nie chodziło o niego, lecz o zawartość dźwiganej siaty.

Kulawy był namiętnym czytelnikiem książek … podobno, bo sprawdzić się tego nie dało. Mówił cicho, niewyraźnie i nikt go nie rozumiał, lecz wszyscy przez uprzejmość przytakiwali mu głową. Ten nasz posłaniec stał w hierarchii najniżej i tylko czasami częstowano go winem, które był przytargał. Przemknęła mi myśl, że będący blisko dna potrzebują kogoś jeszcze niżej, żeby powiedzieć sobie: nie jest aż tak źle, skoro może być gorzej. Ale wino po to jest, żeby myśli takie odpędzać. Kulawy cierpliwie znosił nasze pańskie traktowanie i nie dostrzegłem w nim nigdy odruchu buntu. Jak zresztą bunt mógłby się objawić przy jego mikrej posturze i słabiutkim głosiku? Było mi go żal, toteż kiedy mój udział w zrzutce był największy, zawsze nalewałem mu pół szklanki i co więcej, robiłem to w pierwszej kolejności. Stale potem krążył koło mnie, jak gołąb wokół staruszki, która przysiadła na ławce, w nadziei, że ta mu rzuci kilka okruszyn chleba.

Z czego żyli poeci? Łaskawy ustrój dbał o kulturę, skromnie ale zawsze. Państwo finansowało tomiki poezji, utrzymywało lokalny periodyk kulturalny, a i w prasie zamieszczano niekiedy wierszyk, płacąc niewielkie honorarium. Na drukowany tomik, po zapisaniu się w kolejce, trzeba było tylko nieco poczekać. Czekanie, to był stały element życia w Komunie. Tak też i my, po rozgrzaniu się tanim sikaczem, czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Wydarzaniem było na przykład wydanie wierszy któregoś z obecnych. Sukcesu, co zrozumiałe, wcale nie ukrywał, a co więcej czuł się w obowiązku to uczcić i przepić z nami swoje honorarium. Taki był obyczaj.

Z normalnego punktu widzenia, jeśli taki istnieje, wszyscy w klubie byli dziwakami. Jeśli ktoś się mieni poetą, tym samym sankcjonuje własne dziwactwo, a nawet je podkreśla. Nikt w poecie nie widzi od razu wariata, lecz odmienność, a nawet odrobina szaleństwa, jest w tę profesję wpisana. A co powiedzieć o takim, który przejawia wariactwo nie będąc poetą?

Był w naszym kawiarnianym gronie niewielki, cichutki człowieczek, cały popielaty, jakby przypudrowany kurzem. Zdawało się, że gdyby go klepnąć, to wzniesie się wokół niego tuman pyłu, jak z trzepanego wydana, toteż obchodziliśmy go ostrożnie, żeby go nie potrącić. Zapytany kiedyś, co robi, powiedział że pisze rozprawę o perpetuum mobile, w oparciu o najnowsze odkrycia fizyki. Nikt się na tym nie znał, toteż nie dopytywaliśmy szczegółów. Wygodnie jest skryć się między profanami ze swoją ezoteryczną wiedzą. Niby nie pisarz i nie poeta, ale przecież pisze, więc „Literacka” była właściwym dla niego miejscem.

Kiedyś pokazał się w klubie bledszy niż zwykle, wyjął z teczki bumagę i łamiącym się głosem zaczął czytać. Zrazu obecni myśleli, że wreszcie zdobył się na przeczytanie wstępu do swej dysertacji, i życzliwie, żeby nie powiedzieć litościwie, przygotowali się na wysłuchanie rzeczy niezrozumiałej. Ale to nie był naukowy elaborat, lecz wysmażony przez jego żonę pozew rozwodowy. Wśród rozmaitych i oczywistych uzasadnień (która kobieta długo zniesie męża pijaka i nieroba) było też oskarżenie, że od lat mamił ją i zwodził nagrodą Nobla. Być może zwodził także siebie, lecz czy to może być usprawiedliwieniem? Czy cudze marzenia stanowią dla kogokolwiek jakiś walor? Czy mogą być wymówką w obliczu sprawionego zawodu?

Wkrótce potem zmarł, uwalniając żonę od udręki sprawy rozwodowej, ale to chyba i dobrze. Ona pracowała, dzieci nie mieli, więc gdyby doszło do zasądzenia alimentów, kto wie, czy nie zostałaby nimi obciążona. Ponadto bycie wdową brzmi jak dotąd lepiej, niż bycie rozwódką. Najsmutniejsze, że tajemnicę wynalazku cudownej maszyny zabrał ze sobą do grobu. Żadnych papierów po nim bowiem nie znaleziono.

Powiedziałem, że kierownik był chyba poetą. Pośród wszystkich artystów, najtrudniej odróżnić poetów. Nie można długo udawać muzyka, kiedy się od czasu do czasu czegoś nie zagra lub nie zaśpiewa. Także malarze mieli w swych klitkach, szumnie nazywanych pracowniami, sztalugi, farby, pędzle i przynajmniej jakiś napoczęty bohomaz; czasem też wpadali do klubu z tajemniczo zawiniętym w szary papier obrazem, którego nikomu nie chcieli pokazać, tłumacząc, że to starannie już zapakowane dla klienta i rozgrzebywać tego nie będą. Niekiedy urządzali tu wernisaż. Miejsca na ścianach było niewiele, lecz to nawet pasowało, bo ich dorobek także nie był wielki. W chęci wystawiania się nie widzę nic dziwnego, bo to nieprawda, że artyści mogą tworzyć sobie a muzom. Nie dla wszystkich wystarczającym bodźcem jest natchnienie, przeto brak materialnej gratyfikacji może zniechęcić. Ponadto farby kosztują. Wystawiając w „Literackiej” nie mogli jednak liczyć na najwyższe i niekwestionowane uznanie, jakim jest kupno obrazu. To jest ostatnia rzecz, jaką potrzebuje kupić niezamożny poeta. Malarze nie mieli do nich pretensji, bo vice versa, ostatnią rzeczą o jakiej pomyśli ubogi malarz jest nabycie poetyckiego tomiku.

Poeci nosili swój dorobek w ukryciu, w kieszeniach płaszczy lub marynarek. Nie wiedzieć czemu mnie wybierali na pierwszego słuchacza ich porywów. Może dlatego, że wierszy swoich wzajem nie byli ciekawi, a może chcieli ich działanie wypróbować na kimś z zewnątrz, o kim wiedzieli, że sam nie pisze. Wyciągali z kieszeni wzruszająco pomięte notesiki lub luźne kartki, zapisane przeważnie odręcznie, z rzadka w maszynopisie – i czytali nastrojowym półgłosem, jakby powierzali mi jakąś tajemnicę. Nigdy nie recytowali z pamięci, bo to były wiersze trudne do zapamiętania; nowoczesne, bez rymów i bez rytmu, nie poddawały się prozodii. Poeci brzydzili się rymami, jak malarze abstrakcji konkretnymi przedmiotami. Wszystkie wiersze cechowały się jedno, dwu, trzysłowymi wersami i w ogóle były krótkie, jakby ograniczała je wielkość kartki. Miały magiczną właściwość, a mianowicie na trzeźwo były niezrozumiałe i dopiero po tęgiej porcji alkoholu coś się z nich wyłaniało. Wpadłem wtedy na pomysł, który z pijackim entuzjazmem podchwycono, żeby tomiki poezji sprzedawać w zestawie z półlitrówką. Można by książeczkę uwiązać złotą nicią do szyjki, a z tyłu broszurki umieścić instrukcję, że pełne zrozumienie i przeżycie tej poezji możliwe jest po skonsumowaniu całości. Był to jednak entuzjazm nietrzeźwy i nie trzeba było oprzytomnieć, żeby dostrzec w pomyśle luki. Pomijając trudności urzędowe, pół litra (jako twarda baza) z podwiązanym tomikiem musiałby kosztować drożej o ten tomik. Wcale nie lepiej, gdyby rzecz odwrócić, bo wówczas tomik z podłączonym pół litrem kosztowałby drożej o koszt alkoholu. Dodatkowo jeszcze trzeba wliczyć ową nitkę łącząca przelotnym węzłem oba obiekty, no i koszty robocizny. Osobną kwestią jest uczciwość podwykonawców, która powinna dorównywać uczciwości pracowników mennicy. Słabości pomysłu były aż nadto widoczne.

Niepewnie rysowały się też perspektywy biznesu, bo jeśli napatoczyliby się chętni do wiązanego kupna zestawu, dopłacając nawet do dodatkowej wstążki ze złotym napisem „Wybacz kochana, już więcej nie będę!”, to na unikatowych osobnikach interesu się nie zrobi. Dużo taniej byłoby wykładać książeczki z poezją na ladzie w monopolowym, Sporadycznie sięgali by po nie ludzie, których stać na dodatkowy wydatek, a którzy niejasno czują, że czegoś im w życiu, prócz gorzały, brakuje. Poza tym bywa, że po pijaku kupuje się rozmaite dziwne rzeczy.

 

xxx

 

Pisarza poznałem bliżej od chwili, kiedy mnie spytał, czy nie zrobiłbym projektu okładki do jego pierwszej powieści, tej której rękopis rozsypał mu się w Klubie. Przystałem na to skwapliwie, bo czasu miałem więcej niż mi do życia potrzeba, roboty niewiele i przy tym sporo zapału do jakiejkolwiek aktywności, każda więc propozycja, żebym się czymś zajął, była mi na rękę. O wynagrodzeniu nawet nie wspomnieliśmy. W naszym zamkniętym środowisku jedyną formą rozliczenia, jedyną realną jednostką monetarną było pół litra. Nominał niepodważalny, odporny na harce innych walut, na deflację, inflację i dewaluację, bo pół litra – niezależnie od giełdowych kursów – zawsze i po wsze czasy pozostanie półlitrem.

Pisarz po raz któryś wymienił tytuł powieści, który brzmiał „Przemiany”. Chciał mi streścić akcję, lecz przerwałem, że to zbyteczne, bo okładka nie jest streszczeniem, lecz winna oddawać klimat. Zaskakująco bowiem wiele jest podobnych fabuł, więc nie one są wartością opowieści, lecz to, jak są opowiedziane. Okładka powinna być niejako graficznym przedstawieniem, nie tyle treści, co stylu całości. Muszę więc jakiś kęs książki ugryźć. Pamiętając pomięte zabazgrane kartki, pełne skreśleń, zygzaków i strzałek, wyraziłem nadzieję, że ma je już przepisane na czysto i w maszynopisie.

Przyszedł nazajutrz z maszynopisem i z gotową wizją okładki. Rzuciłem okiem na pierwszą stronę, żeby przypomnieć sobie tytuł, który mi nieustannie z pamięci umykał. Najgrzeczniej jak umiałem powiedziałem, że jego wizje nie są mi potrzebne, bo nie są moje. Przeczytam, pomyślę, zrobię po swojemu. O efekcie będziemy mogli potem podyskutować i jeśli jego sugestie okażą się do przyjęcia, chętnie wniosę poprawki. Spodoba się – to dobrze, nie – to nie. W końcu, pół litra to nie majątek. Dla porządku ustaliliśmy, że gratyfikacja zostanie przekazana przy odbiorze dzieła: pół litra do natychmiastowego wspólnego spożycia, a drugie pół dla mnie na zaś.

Tytułem zaliczki wypiliśmy na jego koszt po dwa piwa, rozmawiając o środowisku. Wypytywałem go o tych, których znał bliżej, czyli naciągnąłem go na plotki. Mam umiejętność plotkowania polegającą na postawieniu „z kapelusza” kontrowersyjnej o kimś tezy, prowokującej do rozwiniętego sprostowania:

– Słyszałem o X. i wprost nie chce mi się wierzyć, że … – tu zmyślam o X-sie coś absurdalnego, pokracznego, niesmacznego …, – że podobno on „te rzeczy” lubi z kozą (gdzie kto w mieście widział kozę?). Słusznie przewidziałem jego zdziwione niedowierzanie i stąd obszerne zaprzeczenia. Ryba połknęła przynętę i temat X-sa stał się samograjem.

Naprawdę, umiem to robić. Mógłby ktoś sądzić, że się nadaję na śledczego. Pod tym względem może i tak, lecz z drugiej strony zupełnie nie, bo wiadomości tak pozyskane zachowuję dla siebie, choćby dlatego, że traktuję je sceptycznie. Chłonę plotki, lecz ich nie powielam, bo czułbym się jak ktoś, kto próbuje rozpowszechnić w rzekomej tajemnicy wiadomość, że dzieci przynosi bocian, czyli jak idiota.

Pisarz zapytał o źródło mojej sensacyjnej (kłamliwej) wiedzy o X-sie. Przyznałem się do mistyfikacji, obracając całość w happening, w zabawę, w żart. Najczęściej jednak moja podpucha nie miała charakteru szkalującego, a przeciwnie, przedstawiałem interesującą mnie osobę w świetle korzystnym. Na przykład o Y-ku mówię:

– Słyszałem o tym, że trzymając w ręku pełny kieliszek wódki, potrafi przed wypiciem zrobić szpagat i potem wstać do pionu, nie roniąc przy tym ani kropli.

Rozmowa zaraz gładko przechodzi na Y-ka, a ja nią tylko steruję, dolewając kiedy trzeba oliwy do ognia. W takim przypadku na pytanie, skąd mam takie dziwne rewelacje, zasłaniam się brakiem pamięci lub obowiązkiem dotrzymania tajemnicy. Ciekawe, że nigdy mój interlokutor nie wytknął mi, że właśnie tajemnicę naruszam. Widocznie powierzenie tajemnicy akurat jemu jest postępkiem słusznym, zaś złym staje sie dopiero, gdy ją przekazuję komuś innemu. Jestem zbieraczem plotek, ale ich nie rozsiewam i nie wynika to bynajmniej z jakieś moralnej zasady. Nie spodziewam się w plotce prawdy, a jeśli się w niej znajdzie, to w tak mikrej dawce i tak zniekształcona, że do siebie niepodobna. Motywów jej powstania mogę się zaledwie domyślać, bo nikt się nigdy nie przyzna, że właśnie plotkę wymyślił. Jest zawsze tylko przekazywana, zawsze z drugiej lub bóg wie której ręki. Nigdy więc nie wiem, czy powstaje in statu nascendi, czy jest tylko transferowana. Treść plotki jest mniej interesująca, niż źródło jej narodzin i sposób przesyłania. Uczestnicy sztafety dbają, aby się to nie wydało i nagle stają się powściągliwi oświadczając, że zostali przez informatora poproszeni o nieujawnianie jego imienia. Prześledzenie więc po nitce do kłębka jej drogi, aby ustalić miejsce narodzin jest trudne, o ile w ogóle  możliwe. Ponadto nikogo, poza obiektem plotki, to nie interesuje.

Ludzi poznajemy bezpośrednio oraz z plotek, których jest ich wokół więcej, niż nam się wydaje. Prawdę mówiąc, ludzi poznajemy głównie z plotek, bo jeśli poznamy kogoś nowego, wypytujemy znajomych, kto zacz, i ani nam w głowie zwrócić się z tym bezpośrednio do obiektu naszej ciekawości. Do informacji z pierwszego, a więc zdawać by się mogło najpewniejszego źródła, mamy najmniej zaufania.

Nieco rozszerzam pojecie plotki, poza granicę złośliwej obmowy, bowiem nazywam plotką także opinie pochlebne, które osobie lub obmawianej sprawie krzywdy nie wyrządzają. Jednak będąc nieprawdziwymi wprowadzają w błąd i mogą być przyczyną naszych niewłaściwych osądów. Jaskrawo to widać w polityce i tym samym można się ich dopatrzyć w Historii, która jest wszak polityką, która była minęła, a okazuje się skumulowaną plotką. Raz pomyślałem zuchwale, że cała Historia, której nas uczą, to jedna wielka plotka. Niech się historycy spierają, ile jest plotki a ile prawdy w opowieściach o życiu erotycznym Kazimierza Wielkiego. Stanowisko nigdy nie zostanie uzgodnione, a przy okazji ujawnia się jeszcze emocjonalna dwoistość plotki: dla jednych rewelacje te będą afirmacją jurności króla, dla innych obrazą jego majestatu. Deklaracja zgodności w tej kwestii nigdy nie zostanie ogłoszona.

Plotką jest każda informacja, której nie możemy, lub której nie chce się nam weryfikować. Najczęściej nie mamy takiej możliwości i bierzemy za prawdę to, co nam pasuje. Martwi mnie, że sprawy dostojne obniżam do poziomu plotki, lecz spostrzegłem, że nawet wśród uczonych plotka jest silniejsza od obiektywizmu i rozumu. Może więc udział plotki jest dla naszego poznania problemem znaczącym? Ustalenie granicy między światem powagi i żartu jest niezwykle trudne.

Większość naszej wiedzy pochodzi od autorytetów, o których nawet nie pomyślimy, że mogliby nas nabrać, intencjonalnie ocyganić. Autorytety bywają wszak różne i rozmaitym dajemy większy lub mniejszy posłuch. Tak rzecz ujmując, plotką można także nazwać Wielki Wybuch lub istnienie Boga, a to zależy od tego, ku którym autorytetom się zwrócimy. Chciałbym tak pojętą plotkę nazwać mniej frywolnie, lecz nie znajduję innego, zwięzłego słowa. Przecież nie mogę nieustannie powtarzać, że chodzi o nieweryfikowalną hipotezę, zaś plotkarza nazywać twórcą informacji zmyślonej. Święta staroruska ikona stanowi dla wyznawcy prawosławia sacrum. Czy ta sama ikona zawieszona w kolekcji sztuki francuskiego ateisty zmienia się w profanum? A jeśli dla niego wszystkie dzieła sztuki mieszczą się w sferze sacrum, czy stosowne jest, żeby ikonę Matki Bożej zawiesił pomiędzy obrazem Ledy kopulującej z rzekomym łabędziem a płaskorzeźbą z hinduskiej świątynia Lakszmana?

Jeszce raz dobitnie zaznaczam, że nazwanie przeze mnie czegoś plotką nie oznacza, że jest nieprawdą. W końcu porzekadło gminne (a mylą się one pół na pół) mówi, że w każdej plotce jest szczypta prawdy.

Bywają ludzie, którzy plotkują o sobie samych, i to niekiedy wypływa nawet na nagrobnych inskrypcjach, jakby chciała plotka pokazać, że potrafi przekroczyć granicę śmierci. Zabawną propozycję zostawił po sobie poeta:

Leży na Pęksowym Brzyzku

        pierwszy raz o suchym pysku

Albo dedykowana lekarzowi przez Aleksandra Fredrę, zawierająca złośliwe pomówienie:

Przechodniu nie płacz, żem martwy w tej dobie

        Gdybym żył jeszcze, ty byś leżał w grobie.

Pomijając lakoniczne fakty w hasłach encyklopedii, wszelkie rozszerzone opinie o ludziach zawierają dużą porcję plotki. Co mi po informacji o alpiniście, ograniczonej do kilkunastu dat i wykazie zdobytych przez niego szczytów, co mi po podobnie zwięzłej notce o pisarzu, poprzestającej na wyliczeniu tytułów jego dzieł oraz legalnych żon i nie wiedzieć czemu dzieci (czyżby spłodzenie dziecka miało walor dzieła?), skoro nie ma w niej nawet wzmianki o jego kochankach i nałogach? Skąpe obiektywne fakty nie sycą mojej ciekawości i aby ją nakarmić sięgnąć muszę do innych źródeł, obszerniejszych i mniej wiarygodnych; zawierających większy udział plotki, ale też bardziej intrygujących.

Żeby uniknąć czającego się nieporozumienia wyjaśniam, że nie mówię tu o pobudzonym zawiścią rozmyślnym oszczerstwie, którego celem jest społeczne unicestwienie. Czym się różni potwarz od plotki? Potwarz może być przedmiotem sądowego procesu. Insynuacje, kłamstwa, donosicielstwa rabunku, zdrady i rozmaitych bezeceństw – jeśli są fałszywe można i należy odeprzeć, zaś plotka (wywołująca pokątny chichot lub skrywany niesmak) zaniesiona przed oblicze Temidy wzbudziłaby jedynie śmiech, tłumiony powagą Sądu. Czy pomówienie kogoś, że śpi w skarpetkach, siusia do zlewu, strzela z procy do kotów, a na poważnych zebraniach wychodzi do toalety, żeby sobie łyknąć z piersiówki lub, co gorsza onanizować się, warte jest, żeby jego prawdziwość rozstrzygać przed Sądem? Plotka mimo mniejszego kalibru, a może właśnie dlatego, trudniejsza jest do zwalczenia od oszczerstwa.

Plotki mają rozmaite odcienie, od ciepłych, wręcz życzliwie koloryzujących, przez ironiczną uszczypliwość, aż po pełną jadu kpinę. Plotka wcale nie mniej charakteryzuje plotkarza niż jej obiekt, stąd wartość plotki oceniam wartością tego, kto mi ją przekazuje. Większości plotkarzy nie słucham, bo nie jestem ich plotek ciekawy. Głupi plotkarz nie potrafi przenieść subtelnej materii życia kryjącej się w plotce. Umyka mu to, co istotne, a skłonny jest wyolbrzymiać sprawy drugorzędne, czyli robi z igły widły. Plotka na swej drodze, przechodząc przez prostackie łapska, zniekształca się. Wszystko w niej, na poszczególnych etapach przekazu, zostaje zwielokrotnione i pomnożone.

Jak się ustrzec plotki? Jedyna pewna rada: być dla wszystkich nikim. Nie plotkujemy bowiem o ludziach niemających w naszych oczach żadnego znaczenia.

Plotkarz (plotkara) to pojęcia pejoratywne. Zastanówmy się, czy określając w rozmowie kogoś takim mianem, nie zasługujemy tym samym na miano plotkarza. Powszechność plotki czyni ją zjawiskiem ważkim, dlatego przypuszczam, że zajęli się nią psycholodzy i socjolodzy. Prawdę mówiąc naukowe analizy i klasyfikacje tego zjawiska niewiele mnie interesują. Nigdy nie czułem się obiektem plotek, żadne sygnały do mnie nie dotarły, a jeśli miałem niejasne domysły, trudne do odróżnienia od własnej imaginacji, nigdy tematu nie drążyłem. Nie dotarło też do mnie, że ktoś mnie nazwał plotkarzem. Nawet gdyby – nic bym sobie z tego nie robił. Na marginesie dodam, że do obiektu plotki, dociera ona na końcu lub wcale. Najpewniej w plejadzie plotkujących wszyscy siebie nawzajem tak nazywają. Rozmawiamy przecież ze znajomymi o innych, nieobecnych, często o kogoś wypytując, niekiedy natrętnie. I ja tak czynię, bo ciekawy jestem przyczyn rozwodów (nie prawdziwych, bo tych nie znają nawet zainteresowani, lecz wyimaginowanych, domniemanych), wszelkich konfliktów w cudzym pożyciu, wzajemnych niesnasek i rozmaitych świństw, jakie ludzie sobie wyrządzają.

 

xxx

 

Wysiadywaliśmy w „Literackiej” nad ubywającym bełtem, czekając, aż coś się wydarzy. Takim wydarzeniem było, na przykład, zawitanie do klubu Pisarza (napisałem z dużej litery, bo tak go będę nazywał). Mężczyzny wysokiego, szerokiego, czyli okazałego. Ze swoją posturą godnie by się wpisywał między oficieli na dowolnej trybunie honorowej, ale też i przed nią, krocząc na czele kompanii honorowej, której przecież nie może prowadzić kurdupel. Podobno w liceum, nauczyciel wuefu dostrzegł w nim sportowy potencjał i nakłaniał do treningu w rzucie młotem lub kulą. Nie to go jednak pociągało i z powodów tajemnych wybrał drogę odmienną. Trudno spodziewać się po siłaczu, że po atletycznych zmaganiach pochyli się nad delikatną kartką papieru i zechce zmagać się z subtelnościami sztuki pisarskiej; są to, zdaje się, bardzo odmienne formy koncentracji. Być przed obiadem sztangistą, a po nim twórcą kunsztownych sonetów – wizerunek pociągający i oddający helleńskiego ducha równowagi między tym, co fizyczne a duchowe, lecz – powiedzmy szczerze – mało prawdopodobny. Różne jednak mało prawdopodobne rzeczy wydarzają się naprawdę. Częściej, niżby wskazywał na to rozum.

Jego wizerunek nobliwego męża stanu zakłócała niesforna czupryna kędzierzawych włosów, zmierzwiona broda, a efekt dostojnej całości niweczyły okulary w cienkich oprawkach. Włosy można by przystrzyc i ułożyć, brodę wyrównać, wyczesując z niej przy okazji resztki minionych posiłków: zaschnięte pestki z pomidora czy gustownie wpleciony w jej mierzwę makaron. Lecz czy kto widział mocnego przywódcę w drucianych okularkach? Przewertowałem w pamięci oblicza prezydentów, premierów, królów i innych takich wepchniętych do encyklopedii. Z kędzierzawych nasunął mi się Kadafi i Che Guevara, zaś spoza szkieł mignęło złowieszcze spojrzenie Trockiego, Berii, Mołotowa i Himmlera – coś za dużo tych wyjątków, by potwierdzały regułę. Za to pisarzowi bujne loki i druciane okulary jak najbardziej pasują, żeby wspomnieć Ibsena, do którego zresztą nasz Pisarz był podobny. Gdyby zaistniała potrzeba wysłania za nim listu gończego, a fotografii Ibsena nie mielibyśmy pod ręką, należałoby zrobić fotomontaż: wyciąć włosy od Kadafiego, brodę od Guevary i nakleić na zdjęcie Berii, albo prościej – dorysować Marksowi okularki w cienkiej metalowej oprawce. W rzeczy samej, tego przypominał najbardziej, gdyby mu jeszcze włosy przyprószyć talkiem.

Pisarz, jak to częste u wielkoludów, był człowiekiem łagodnym.

Dość oczytany, żeby mieć wyobrażenie, jak artysta powinien wyglądać, starał się wizerunkowi takiemu sprostać. Co prawda, nikt nie zebrał jeszcze we wzorniku wyglądu i nie opisał  artystycznych zachowań, które zresztą zmieniają się z czasem, lecz wiedza o tym jest rozsiana w różnych wspomnieniach, a i podpatrzeć  można co nieco w kilku filmach. W ramach nonszalanckiego, artystycznego stylu, swoje rękopisy nosił pod pachą w formie luźnych kartek. Teczka była w jego oczach obmierzłym rekwizytem urzędników, którym do artystów jest dalej niż (w powszechnym przekonaniu) debilom do profesury. Żeby się wyróżnić i odgrodzić od pospolitości, nosił się staroświecko: wymachiwał hebanową laseczką z misternie zrobioną przez siebie bursztynową rączką, a głowę nakrywał cylindrem. Tym, którzy nie wiedzą, co to, wyjaśniam, że to taki wydłużony, sztywny i błyszczący jedwabiem kapelusz, niegdyś noszony przez dżentelmenów, a potem już tylko przez kominiarzy i kabaretowych konferansjerów z epoki międzywojnia. Znamienne, że nakrycia głowy nie znikają nagle, lecz się degradują, np. melonik – uzupełnienie stroju przedstawiciela klasy urzędniczej (przepraszam, nosił go także Churchill) – ostał się na głowie cyrkowego klauna, dorożkarza i ostatnio pojawił się w reklamie Alior Banku, jako niedzisiejszy symbol solidności.

Cennym walorem społecznym Pisarza było, że jako właściciel pracowni i sklepu z biżuterią bursztynową dysponował nieosiągalną dla nas kasą, zaś hojność gestu była wpasowana w jego wyobrażenie artysty. Zamiast taniego sikacza stawiał wódkę, i to dopiero nakręcało klimat przychylny, w którym artyści rozkwitali. Najgorsza bowiem wódka jest i tak napojem od sikacza wyżej unoszącym Pegaza. Wyżej nawet niż sama miłość, o którą zresztą trudniej niż o pół litra. Tym, którzy się tu żachną wyjaśniam: nie nazywam miłością tego, co można kupić u sprzedajnych kobiet.

Pewnego razu Pisarz, nieostrożnie po pijanemu gestykulując, rozsypał rękopisy po całym Klubie. Rzuciliśmy się, żeby je poskładać, lecz ten olbrzym powstrzymał  nas gestem Chrystusa z Rio. Rozkładając ramiona krzyknął: uważajcie, one są nieponumerowane!!! Pocieszyłem go, że przez przypadkowe złożenie mogą zyskać dodatkowy artystyczny walor. Przy okazji zauważyłem, że znaczna część kartek była niezapisana. Może jestem niesprawiedliwy, bo pisał jednostronnie i te białe leżały tekstem do podłogi? Cóż za marnotrawstwo papieru, pozyskiwanego wówczas z przydziału, lub częściej z niewinnej kradzieży w biurze.  Nie pozwolił nam sobie pomóc w zbieraniu kartek, mamrocząc coś o zadeptaniu i pognieceniu, mimo że od noszenia pod pachą były wystarczająco pomięte. I tu potrafiłem znaleźć pocieszenie, że w takim stanie lepiej oddają udrękę tworzenia. Nie zauważyłem, żeby się przy ich zbieraniu specjalnie starał; poskładał wszystko byle jak, stuknął plikiem w blat, żeby się kartki wyrównały, włożył pod pachę i zagniewany naszymi docinkami, wyszedł.

 

xxx

 

Na koniec postać w Klubie najważniejsza, podnosząca jego rangę – guru i mentor wszystkich tutaj – jednoręki Mieto. Malarz i poeta w jednym. Drewniana proteza lewej ręki, obciągnięta aż po łokieć gładką czarną skórą, wyglądała jak but na oficerskiej łydce. Jej skórzaną dłoń uformował mistrz protez w formie koszyczka na typową szklankę: skórzane paluszki otaczały krągłą próżnię domagającą się wypełnienia.

Mieto był protagonistą początkującego Stachury. Sława głośniejszego potem ucznia spływała rykoszetem na naszego mistrza pióra, pędzla i pastelowej kredki. Tak było wtedy, lecz kto dziś to wszystko pamięta. Niech o jego pozycji świadczy, że wydzielono mu w klubie stały kąt przy oknie, przy którym siedział nad sztalugą i malował. W tym niewielkim pomieszczeniu, nawet podczas tłoku i pod nieobecność Mistrza, kiedy na sztalugę narzucone było białe (powiedzmy) prześcieradło, a pudełka z farbami, pędzlami i pastelami przykryte były gazetami, miejsce to, odgrodzone jakby niewidocznym ikonostasem, było nietykalne. Nikt nie śmiałby choć na chwilę przysiąść na jego krześle. To był klubowy ołtarz, którego naruszenie skreśliłoby profana z towarzystwa raz i na zawsze.

„Literacką” odwiedzałem wyłącznie przed południem. Mistrz Mieto siedział wówczas w swoim kącie, bokiem do sali, pochylony nad płótnem. Zajęty pracą, nie udzielał się i nie odzywał. Zdawało się, że odgrodził się wewnętrznym skupieniem i nic do niego nie dociera. Kiedy jednak Kulawy przynosił brzęczący towar, Mistrz, nie odrywając się od roboty, kładł bez słowa swoją drewnianą protezę na podręcznym stoliku. Ktoś usłużny wciskał mu do skórzanej dłoni szklankę i nalewał do pełna. Mistrz popijał, nie odrywając oczu od swojego obrazu.

Wiersze Mieta krążyły między nami, a trzeba zaznaczyć, że były to wiesze rymowane, utrzymane w określonej metryce, czyli w formie klasycznej i przez to zupełnie odmienne od wierszy pozostałych tu poetów. Dzisiaj wspomina się ich autora rzadko, przy bardzo kameralnych rocznicach jego śmierci. Niekiedy zamieści ktoś, kto go jeszcze pamięta, skromną o nim wzmiankę w lokalnym czasopiśmie. Używa się wówczas określenia Wielki Zapomniany. Z czasem wspominany jest coraz rzadziej i aby się Wielkim Zapomnianym utrwalić, musiałby znaleźć się w podręcznikach, opracowaniach i encyklopedii. Inaczej zostanie zapomnianym z małej litery i już bez przymiotnika „wielki” – jak większość z nas. Cóż to zresztą za różnica dla nieobecnego?

Wieczorami, przechodząc obok „Literackiej” w drodze do Klubu Aktora, widziałem w jej oknach bladożółte światło opalizujące w papierosowym dymie i czasami przesuwał się w nim powiększony i rozmazany jak zjawa cień artysty. Po sylwetce rozpoznawałem nawet, czyj.

xxx

Kolekcjonera poznałem w Klubie Aktora, gdzie bywałem późnymi wieczorami.

Ten żyjący wyłącznie dla fantazji (bo nie z fantazji) kolega odziedziczył duże, trzypokojowe mieszkanie po bracie, który na stałe wyemigrował, aż do Australii. Do Polski zaglądał nader rzadko, bo to jednak daleko; przypuszczam, że o bracie pamiętał i podejrzewam, że przesyłał mu skromne środki na życie. Ówczesna rozbieżność w kursie walut czyniła go wśród nas zamożnym na tyle, żeby wieść beztroskie, pijackie życie. Może nie zawsze, ale pijało sie u niego luksusowe alkohole z peweksu.

Kim był, trudno zwięźle powiedzieć. Nawiasem mówiąc, wśród klubowej society sporo było takich osobników.

Zdarzyło mi się robić kiedyś wizytówkę dla gościa obracającego się w kręgach, gdzie wszyscy mieli bileciki wizytowe i on także odczuwał potrzebę posiadania takiegoż. Z racji temperamentu i ujmującej powierzchowności zajmował się uwodzeniem bogatych kobiet. Innego zajęcia ani też określonego zawodu nie miał. Był po prostu takim casanovą buszującym w ówczesnej wyższej klasie średniej. Mieliśmy kłopot, co umieścić pod jego szykownym nazwiskiem oddzielonego od imienia nazwą szlacheckiego herbu –  określeń: lowelas czy absztyfikant nawet nie zaproponowałem. Podpowiedziałem nieśmiało „playboy”, lecz się skrzywił. – Coś pod nazwiskiem być musi, upierałem się, bo nawet ludzie słynni, o których wszyscy wiedzą, kim są, wypisują na wizytówkach nazwę swojej profesji. Męczyliśmy się nad tym długo i bez skutku, aż spytałem go wprost: –  a co odpowiadasz na pytanie milicjanta, bądź urzędnika o zawód? Z entuzjazmem wykrzyknął: – rencista! Ech, machnąłem ręką, czy wiesz, jak to będzie odbierane, jak się to będzie kojarzyło? Uwodziciel … rencista? To może już lepiej „rentier”?

Uczepił się tego rentiera i na tym stanęło.

Gdy ktoś wypytuje o nieznajomego, to z reguły zaczyna od pytania, kim jest i czym się zajmuje. Są ludzie pod tym względem niesprecyzowani i kiedy mnie pytano o któregoś z klubowych kolegów, odpowiadałem, że nie bardzo mi wiadomo. Mieszczuchy, czyli ludzie przyzwoici, kwitowali to zazwyczaj stwierdzeniem: – a więc jest nikim. Niełatwo mi powiedzieć o kimś, że jest nikim, bo nie czuję się uprawniony do tak radykalnego werdyktu. Jedno jest pewne; większość bywalców klubu nie mogłaby uczciwie wypełnić na wizytówce miejsca pod nazwiskiem, dlatego też nie mieli wizytówek. Uczciwość nakazuje, aby profesja na wizytówce odpowiadała danym faktycznym, a nie przyjęło się żeby w rubryce „zawód” wpisywać: Poeta in spe lub Artysta in statu nascendi. Nawiasem mówiąc, bycie „artystą” bez określenia precyzującego dziedzinę, nie jest żadną profesją.

Kolekcjoner opowiadał, że studiował tu i tam, ale było to mgliste i niespójne. Był niewątpliwie towarzyski i pod telefonem (były wówczas tylko stałe, domowe) rzadko można było go zastać. Za to często spotykało się go w kawiarniach i artystycznych klubach. Słyszałem kiedyś, jak na pytanie: czym się zajmuje, odpowiedział nieznajomemu, że jest architektem i szybko zmienił temat. W to mało wierzyłem, bo nigdy o żadnych realizacjach nie wspominał, a gdy potem odwiedziłem go w domu, nie zauważyłem rajzbretu i przyborów, które by na to wskazywały. Jedyną twórczą tam rzeczą był obraz na sztaludze, sprawiający wrażenie już skończonego. Przedstawiał wnętrze z dużym stołem, na którym leżał owoc podobny do pomarańczy, a w tle wielkie okno i drzwi rozwarte na stepowy pejzaż. Poza pomarańczą, wszystko było utrzymane w tonacjach sinozielonkawych. Miękkie kontury przywodziły na myśl obrazy Bonnarda. Obraz emanował tajemniczą melancholią, a ponieważ mi się spodobał, więc go pochwaliłem. Ach tak? – wyraził zdawkowe zdziwienie i dodał, że musi go jeszcze dokończyć, tonem zamykającym temat, jakby mówiąc: nie zawracajmy sobie tym głowy. Widywałem potem ten obraz, zawsze w tym samym miejscu, ale nie dostrzegałem śladu jakichkolwiek na nim zmian; stanowił niezmienną dekorację pokoju, który może dlatego nazywał pracownią.

Był kolekcjonerem przedmiotów, które niełatwo kupić, bo ich  w sklepach nie ma. Dzisiaj uważa się, że można kupić każdą rzecz i to tylko kwestia ceny, lecz co zrobić, gdy właściciel pożądanej rzeczy jest dla nas nieosiągalny, bo jest nim np. Państwo? Wówczas prawie wszystko było własnością Państwa, wszystkie firmy, fabryki i sklepy. Na rynku, co trudno sobie wyobrazić, poza podstawowymi artykułami niemal niczego nie było, więc siłą rzeczy dochodziło do nielegalnych transakcji; kupowało się rzeczy od pośredników, którzy je ukradli, bo mieli „dojście”. Wobec nagminności zjawiska, nikt tego nawet tak nie nazywał. Mówiło się o kupnie na lewo, załatwieniu, pozyskaniu lub zdobyciu.

Co było robić, gdy się zapragnęło posiąść napotkaną w lesie tablicę z napisem „Wstęp wzbroniony. Teren wojskowy”, a wokół leśna głusza i nie widać nikogo, z kim można by się potargować? Może i lepiej, że nikogo nie ma, bo brzęczące w kieszeni skromne środki przeznaczone na piwo mogłyby się okazać sumą niewystarczającą. Wędrując z nim kiedyś między knajpami, kupiliśmy od dwóch robotników robocze kaski, za łączną sumę jednej półlitrówki – piękne, jaskrawożółte kaski, w których wyglądaliśmy jak inspektorzy budowlani. Był to niewątpliwie zakup nielegalny i nabywając rzecz od ludzi niebędących jej właścicielami, staliśmy się paserami, a o podatku związanym z obrotem szkoda gadać. Nie nazywam tego kradzieżą, bo „państwowe” jest tak nierzeczywiste, że praktycznie niczyje. Wkładano nam przecież do głowy, że państwowe, to znaczy wspólne. Nie lubiliśmy tego Państwa, a ponadto, gdzie go szukać, gdy chce się kupić dwa robocze kaski?

Nie mniej uczciwe, a przy tym dużo tańsze jest zawłaszczenie. Kolekcjoner przedmioty pozyskane najczęściej per nefas gromadził w różnych miejscach obszernego mieszkania. Na drzwiach do łazienki zawiesił piktogramy z publicznych toalet; różne trójkąty i kółka, sylwetki męskie i damskie, a ozdobą były mosiężne odlewy siusiającego chłopczyka i siedzącej na nocniku dziewczynki. Wewnątrz, do spłuczki klozetowej przytwierdził emaliowaną tabliczkę „Nie dotykać – urządzenie elektryczne!”, nad wanną zaś zawiesił skradziony nad jeziorem napis: „Uwaga! Kąpiel wzbroniona – grozi utonięciem!”.

W swej kolekcji, pomiędzy drewnianymi rzeźbami gołych amorków, sklepowymi manekinami (uczciwie dodam, że bez ubrań), zdezelowanymi instrumentami muzycznymi dętymi, strunowymi i szarpanymi, miał też spory zbiór militariów: rozmaite szpady, kordziki, bagnety, hełmy menażki, manierki, i nawet zardzewiały karabin maszynowy, a chlubą kolekcji był pojedynczy kapiszonowy pistolet pojedynkowy. Wiele z tych obiektów było pochodzenia teutońskiego, np. pikelhauby, stalhelmy, czy paradne pruskie szable. Posiadał też dereszowatego konika z karuzeli. Konia i szablę można by ostatecznie podciągnąć pod rekwizyty poetyckie. Patronem artystów ligi powiatowej mógłby być Wieniawa-Długoszowski, bo cyganeria miała podobną jemu artystycznie-ułańską fantazję tudzież upodobanie do trunków, i na tym się podobieństwo kończy. Wątpię, czy gdyby nie jego wysoka pozycja i majętność, przejawów tej fantazji nie nazywano by chuligańskimi wybrykami. Słynny generał, pupil Piłsudzkiego, piszący wiersze i brylujący w gronie uznanych poetów, mógł sobie na wiele pozwolić. Prawdę mówiąc, przeczytałem zaledwie kilka jego wierszy i były zręczne. Głównie jednak słynął z towarzyskiej brawury i powodzenia u pań. Mam w pamięci jego wizerunek w karykaturach Jotesa i w wyobraźni, jak wjeżdża na koniu do Adrii, lokalu opiewanego przez wielu artystów międzywojnia.

W kraju, gdzie każdy wybitny poeta ma kilka pomników, a niektóre znaczące postaci nawet kilkadziesiąt, jeden przynajmniej by się Wieniawie należał. Ów generał jednoczył bowiem trzy cechy jakie wielbimy: był ułanem, pijakiem i poetą. Mógłby więc stać się pomnikiem zbiorczym wszystkich anonimowych poetów. Mam nawet prosty pomysł: elegancki długonosy oficer na koniu uskrzydlonym jak pegaz, unoszący w dłoni zamiast szabli orle pióro. Kłopot tylko, jak przedstawić w spiżu pijanego.

Nasza zgraja daleka była od tamtej salonowej śmietanki; nie stać nas było na żywego konia, a w Mieście nie było Adrii. (Tu uprzedzę złośliwe sprostowania; była knajpa Adria, lokal na peryferiach i poniżej wszelkiej kategorii, w dzielnicy o wysokim stopniu ryzyka. Kiedy jeszcze byłem odważny, odwiedziłem ten lokal. Nic w nim nie było z legendarnego warszawskiego: ani socjeta, ani wystrój, ani słynny obrotowy parkiet, choć przyznam, że po pół litrze (co też potrafi alkohol?) brudna podłoga w oruńskiej Adrii lekko zawirowała.)

 

xxx

 

W naszych wędrówkach trafiliśmy kiedyś do kawiarni „Rycerska”. Mieściła się w pełnej zakamarków gotyckiej piwnicy, której niskie sklepienie podtrzymywały potężne kolumny. Jak na nazwę przystało, udekorowana była imitacją historycznych militariów: półpancerzami, mieczami, tarczami, halabardami. Kawiarnia nie miała wzięcia, bo poza dniami upalnymi było w niej zbyt chłodno, ponadto nie wszyscy lubią klaustrofobiczne pomieszczenia bez okien. Kiedy już zbieraliśmy się do wyjścia, Kolekcjonerowi wpadł pomysł niejako zawodowy, żeby ściągnąć ze ściany dwa błyszczące blaszane napierśniki, zwane też chyba kirysami. Sprawdził sposób ich zamocowania i okazało się, że luźno tylko wiszą na hakach. Okoliczności były sprzyjające, lokal pusty, pancerze zawieszone blisko wyjścia, a odległy bufet z nudzącymi się dwiema kelnerkami, skrywał się za załomem ściany. On miał zdjąć zbroje ze ściany, uważając by nie narobić hałasu, a ja wziąłem na siebie rolę jak sądziłem bezpieczniejszą, czyli miałem odwrócić uwagę kelnerek. Ustaliliśmy, że pójdę do bufetu zapłacić i przez dwie minuty zagadam panie, a jemu ten czas wystarczy i potem z łupem poczeka na mnie za najbliższym rogiem ulicy. Żeby nie wzbudzić podejrzeń musiałem być naturalny i coś dowcipnie nawijać. To były długie minuty, zbyt nerwowo spoglądałem na zegarek i wydawało mi się, że sekundnik stanął w miejscu.

Udało się. Poszliśmy do niego (mieszkał kilkadziesiąt kroków od „Rycerskiej”), aby przebrać się w zdobyczne błyszczące kirysy. Wojenny strój postanowiliśmy uzupełnić hełmami. Kolega wybrał dla siebie francuski typu Adrian, taki z grzbietem, jakich używali nasi kawalerzyści podczas II Wojny, ja zaś angielski hełm Brodiego, w dłonie ujęliśmy paradne szable i wyruszyliśmy na bój po knajpach. Nie byliśmy pijani, a tylko podchmieleni, jak w sam raz podkręceni do dalszej hulanki. Krok mieliśmy prosty i tylko głosy nieco podniesione. Postanowiliśmy powędrować do „Klubu Aktora”, w którym czulibyśmy się w naszych kostiumach najwłaściwiej.

Być może byłoby się nam upiekło, gdyby po drodze mój towarzysz broni nie krzyknął na małym placyku, w ciszy która zaczynała być nocną: Mieszkańcy Gdańska! Poddajcie się! Jesteście otoczeni !!! Słowo „otoczeni” odbiło się echem od kamienic i w kilku oknach zapaliło się światło. Echo najwyraźniej dotarło do milicyjnego patrolu, który wyłonił się z bocznej uliczki.

– Dwóch na dwóch! – rzucił do mnie Kolekcjoner i z uniesioną szablą ruszył w kierunku patrolu. Zaraz przywalili mu pałą i szablę po prostu odebrali. Zdębiałem, rzuciłem szablę na bruk i uniosłem ręce. Milicjanci, szanując konwencję genewską o jeńcach, nic mi złego nie zrobili. Zaprowadzono nas na posterunek, zarekwirowano broń i wojenny rynsztunek, a potem wrzucono nas do oddzielnych klitek.

 

xxx

 

Niezależnie od sytuacji, zawsze budzę się o świcie. Spojrzałem na zegarek, była piąta. Leżałem na drewnianej pryczy, przykryty szarym, sztywnym kocem. W celi był tylko kibel i malutka umywalka. Spragniony, jakbym przewędrował pustynię, wypiłem ze dwa litry wody z kranu, z trudem się wysiusiałem, bo jeszcze nie miałem czym, umyłem twarz i ręce szarym mydłem i zacząłem rozmyślać nad naszą sytuacją.

Nie było dobrze; pijaństwo, to nic zdrożnego. To była pospolitość, ale te skradzione kirysy i czynna napaść z białą bronią na funkcjonariuszy?! Wiadomo, że za kilka godzin wezwą nas na przesłuchania, oczywiście każdego oddzielnie. Nie było jak uzgodnić zeznań. Przypomniałem sobie, że na filmach więźniowie porozumiewają się stukaniem w ścianę, lecz nie wiedziałem, za którą jest Kolekcjoner, a ponadto nie znałem Morse’a i podejrzewałem, że on także. I tak nie miało to znaczenia, bo sprawa nasza była zbyt złożona, żeby ją omawiać przy pomocy prymitywnego pukania. Czy zbrojną napaść przypiszą tylko koledze, zważywszy, że się natychmiast poddałem? W kraju odpowiedzialności zbiorowej nie było to wcale oczywiste. A kirysy? Czy mam twierdzić, że były częścią kolekcji kolegi, z której i tak byłoby trudno mu się wytłumaczyć, czy też przyznać się do kradzieży? Jeśli on wyzna prawdę a ja skłamię, moja wina, a zatem i kara niepomiernie wzrosną o zarzut składania fałszywych zeznań. Jeśli powiem prawdę, wina moja zostanie złagodzona, ale jeśli on skłamie, pogrąży sie tym kompletnie. Zaraz też pomyślałem, że nie ma co kłamać, bo jeśli nie wczoraj, to najpóźniej dzisiaj po otwarciu „Rycerskiej” spostrzegą brak zbroi i niechybnie powiadomią o tym milicję. Liczyłem na to, że Kolekcjoner pomyśli podobnie jak ja. Tyle rozumu mogłem się po nim spodziewać.

O siódmej załomotano w metalowe drzwi i w uchylonym judaszu zobaczyłem zimne, stalowe oko i usłyszałem krótkie warknięcie: – śniadanie! Zaraz uchyliła się w drzwiach klapa na wysokości pępka i ręka niewidocznego wsunęła przez nią lirowy kubek kawy zbożowej z mlekiem i trzy grube pajdy chleba na aluminiowym talerzu. Wspaniały, czarny chleb był posmarowany marmoladą, a gorąca kawa dymiła pysznym aromatem. Nigdy później nie jadłem tak smacznego chleba (okazuje się, że więziennictwo miało swoją piekarnię), czarnego jak pumpernikiel, z grubą śrutą i tylko trochę pachnącego końską stajnią, tyle co pewna o zapomnianej nazwie odmiana malt whisky. Akurat lubię zapach koni.

Po kwadransie znów pukanie, jakby delikatniejsze i rozkaz: – zwrot naczyń! Kiedy je oddawałem, oko w judaszu ze stalowego zmieniło niebieski odcień na mniej zimny, spytało mnie cicho: – palicie? – Tak, przytaknąłem głową i zaraz gruba chłopska dłoń podała mi zapalonego sporta, dodając: – Tylko palcie za winklem, a potem kipa rozdrobnijcie i spłuczcie w umywalce, nie w kiblu, bo będzie pływał. Milicjanci, jak widać, bywają różni.

Około południa zaprowadzono mnie przed Kolegium do Spraw Wykroczeń. Rozprawa odbywała się w trybie przyśpieszonym. Zrozumiałe napięcie, jakie mi towarzyszyło, wyparło z pamięci wiele szczegółów. Za stołem siedziały trzy kobiety i dwóch mężczyzn, lecz ich twarze trudne były do rozpoznania na tle świecącego okna. Pośrodku, jak sądzę przewodnicząca i tylko ona zadawała pytania. Po wstępnym sprawdzeniu danych i potwierdzeniu dotychczasowej niekaralności, poprosiła, żebym opisał zdarzenie. Przyjąłem postawę uczniaka karconego przed pedagogicznym gronem, czyli kogoś niedorosłego, sądzonego nie za przestępstwo, czy nawet wykroczenie, lecz za drakę. Po pierwsze, wiedziałem, że nie mogę wskazywać kolegi jako inicjatora zajścia, czyli być skarżypytą, bo takich nikt nie lubi. Nie mogłem też naiwnie kłamać, jak czyni to większość, bo prymitywne kłamstwa obrażają inteligencję sądzących. Wyczułem, że najwłaściwiej będzie okazać zrozumienie postępku ani go nie demonizując, ani nadmiernie nie bagatelizując, a najważniejsze wyrazić na koniec skruchę, tak by zabrzmiała szczerze, lecz bez przesadnego kajania się. Usiłowałem zachować chłodną jasność, prezentując obiektywny dystans do własnego wybryku. Wygłosiłem kwiecistą tyradę posługując się najlepszą polszczyzną, na jaką mnie stać, dbając przy tym, by była interesująca i nie zanudziła gremium. Broniłem nie siebie, lecz nas obu zaznaczając, że nikt nie był prowodyrem. Przedstawiłem nas jako osobników, którymi nie kierowała pospolita chęć kradzieży i nie zamierzaliśmy nikomu wyrządzić krzywdy. Nie śmiałem nazwać tego hepeninngiem, ale to była sztubacka zgrywa, przyznaję głupia, ale tylko zabawa. Przecież nawet groźne żądanie poddania się przez dwóch odjechanych pijanych przebierańców, nie mogło być przyjęte serio. Liczyłem przy tym, że kolegium otarło się o książki i ma mieszczańskie wyobrażenie o artystach, jako ludziach trochę odmiennych, co winno być okolicznością łagodzącą. Byłem jakby własnym adwokatem, stojącym obok siebie. Scenę wyobraziłem sobie jak z filmowego epizodu sądowego, a kolegium ubrałem w śmieszne białe peruki, jakie widziałem u sędziów anglosaskich. Kiedy skończyłem, poczułem się jak kandydat na studia aktorskie przed egzaminacyjną komisją, mając wrażenie, że zagrałem najlepiej, jak potrafię.

W istocie słuchano mnie cierpliwie i tylko kilka razy nieśmiało wręcz przerwano moją orację. Kolegium cytowało fragmenty milicyjnego raportu, aby je skonfrontować z moim zeznaniem i dopytując o szczegóły. W owym raporcie zauważono szaleńczą szarżę kolegi i moje natychmiastowe poddanie się. Chcąc wytłumaczyć jego zachowanie, nazwałem je furor divinus przypisując je wpływowi poezji romantycznej i uzupełniłem fragmentem z Tuwima:

        Kto jest alkohol?… Rokoszanin

        zrodzon z fermentu i zaburzeń,

        przeto z krwią naszą przemieszany,

        upaja buntu rozkoszami.

Liczyłem na siłę działania mowy wiązanej. Wiedziałem, że robię z siebie wariata, ale o to mi właśnie chodziło, żeby złą wolę zastąpić szaleństwem i tym samym odebrać czynowi naszemu znamię premedytacji; przedstawić nas jako nieco zwichrowanych, którzy co prawda jednorazowo zbłądzili, ale nie w stopniu zagrażającym społeczeństwu. Dodałem, że pożyczone (kilkakrotnie podkreśliłem to słowo) półpancerze, zamierzaliśmy nazajutrz zwrócić. Z tym „pożyczeniem” trochę przyznaję pojechałem, więc je zdołałem jeszcze podmienić na „tymczasowe zawłaszczenie”.

Po tym mnie zwolniono i nakazano czekać w domu na zawiadomienie o wyroku.

Po dwóch tygodniach dostałem wezwanie do budynku adminstracyjnego przy sądzie. Umyłem głowę, ogoliłem się i ubrałem starannie; twarz zwilżyłem wodą kolońską oszczędzaną na okazje uroczyste. Na miejscu odnalazłem wskazany pokój, zapukałem i po grzecznym „proszę!” wszedłem, a tam same kobiety. Podałem najstarszej kartkę, a ta rzuciwszy a nią okiem od razu mnie uspokoiła:

– Niech się pan nie przejmuje, różne rzeczy się ludziom przytrafiają. Czy pan pierwszy raz?

Potwierdziłem i dodałem – i mam nadzieję, że ostatni.

Pani była miła, matczynie opiekuńcza. Znalazła moją teczkę i wyjaśniła, że na okoliczność mojego wykroczenia mają do wyboru dwie odmiany kary: miesiąc pracy w Zakładzie Oczyszczania Miasta przy wywożeniu śmieci lub tyleż samo w Zieleni Miejskiej, przy porządkowaniu miejskich trawników i klombów. Nawet pozwoliła mi wybrać. Zieleń brzmi lepiej od śmieci, ale praca tam obciachowa, bo na publicznym widoku, w biały dzień w środku miasta. Widywałem takich, przebranych w kombinezony z napisem na plecach ZZM, jak grabią, zbierają liście na taczki i zwożą do wielkich skrzyń albo też przekopują trawniki. Była wiosna, więc zapewne wypadłoby to drugie. Śmieciarzy trochę mniej widać, bo tylko w okolicach śmietników na podwórkach. Ze względów higienicznych wybrałem jednak Zieleń. Gdy tam trafiłem do działu kadr i kiedy dowiedziano się, że jestem plastykiem, zostałem oddelegowany do robienia gazetek ściennych. Zakolegowałem się z pracownicami, a na koniec kary udekorowałem świetlicę na bal sylwestrowy, na którym się potem znakomicie bawiłem.

xxx.

Rzecz się toczyła w dużym mieście naszego kraju. Gdyby te największe wyliczyć na palcach jednej ręki, to chociaż korci mnie symbolika palca środkowego (mam z tym miastem na pieńku), byłoby ono palcem serdecznym albo małym. Wielkość miast określa się rutynowo liczbą mieszkańców, jednak wartość miasta nie zależy od ich mnogości.     Wartości kulturalnej miasta nie tworzy liczba biedaków, zwanych niegdyś lumpenproletariatem, ani liczba zamożniejszych drobnomieszczuchów, zajętych bez reszty krzątaniną wokół swych interesików. Tą wartością nie jest wprost materialne bogactwo, ale duchowy potencjał miasta jest nim karmiony. Zagadką ducha jest, że musi się najeść, żeby istnieć, dlatego mniemam, że Głód  napisał Hamsun jako wspomnienie po nim, kiedy miał już coś w brzuchu.

Miasto zakładają bogaci, bo tylko ich na to stać. Potem ściągają do zasobnego tworu biedni, szukając w nim szansy dla siebie, a między nimi artyści.

Jak  gdzieś napisał wielki niemiecki poeta:

Gdzieżby powstała piękna kultura,

        gdyby nie w miejskich zrodziła się murach.

Bogaci potrzebują biedaków, żeby na nich zarabiać, artystów zaś potrzebują dla miałkiej (zdawać by się mogło) chęci ozdoby i prestiżu. Tak się to jakoś zawsze układało. Intryguje mnie natomiast niematerialna ulotność tej chęci, która pielęgnuje sztukę środkami materialnymi. Sztuka rozwija się bujnie w okresach pokoju, natomiast podczas wojny usycha (lub może tylko zawiesza wegetację). Wszyscy mają wówczas na głowie co innego niż sztuka, ona zaś jest za słaba, żeby z wojną wygrać. Dopiero po wojnie sztuka dokonuje z nią rozrachunku, dalej jednak pozostaje delikatnie słaba i wieszcząc następną awanturę, nie potrafi jej zapobiec.

 

xxx

 

W mieście, o którym mowa, podobnie jak w innych dużych miastach, wyodrębniło się  niewielkie środowisko, samo siebie określające mianem bohemy. Ma ono swoich koryfeuszy w rozmaitych domenach sztuki. Wokół nich oplata się nieco liczniejsza gromadka artystów niższej rangi oraz dodatkowo jakichś aspirantów, miłośników, wyznawców, a na końcu ludzi odrzuconych, którzy nigdzie indziej miejsca dla siebie nie znaleźli. Artyści bowiem (w odróżnieniu od np. polityków) nie angażują się w bieżące sprawki – odgrodzeni od nich chłodem refleksji, sprawiają wrażenie obojętnych (kwietyzm) i tolerancyjnych. Artystą jest ten, który już coś stworzył, natomiast artystą wybitnym taki, który zyskał tym uznanie. A co powiedzieć o tych, którzy dopiero coś zamierzają, próbują? Wykluczyć i zlekceważyć ich nie należy, bowiem każdy z już uznanych pamięta, że zanim cokolwiek stworzył, był takim właśnie,

Artyści nie są skłonni do odrzucania kogokolwiek, gdyż sztuce dobrze robi, jeśli wyrasta w  środowisku bujnym i urozmaiconym. Stąd zresztą kulturotwórcza rola miasta. bo na wsi o takie trudno. Dlatego ich środowisko nikogo z góry szybko nie wyklucza, cierpliwie prolongując okres inkubacji. W różnych dziedzinach różnie to wygląda. Trudno wyobrazić sobie olśniewający debiut baletowego tancerza po trzydziestce, podczas gdy w literaturze debiut w tym wieku, a i później, jest zdaje się normą. Poeci objawiają się na ogół wcześniej, natomiast prozaik w wieku chrystusowym uchodzi za młodego, często z epitetem „dobrze zapowiadającego się”.

Środowisko artystów nawet w miastach ogromnych nie jest zbyt liczne, niewielu jest bowiem ludzi, którzy decydują się na niepewny los. Mogą się pomieścić w kilku, kilkunastu klubach. Za komuny było w Mieście (z przykrością piszę w czasie przeszłym) kilka klubów dla artystów różnych specjalności: był klub architektów, plastyków, aktorów, muzyków i naturalnie literatów. Odwiedzałem wszystkie, a jeśli ktoś ciekawy, kim jestem, odpowiem, że w tej chwili narratorem.

Można do grona artystów zaliczyć niektórych dziennikarzy, mających ambicję lub wewnętrzną potrzebę, by wzlecieć ponad wyświechtany język bieżących komunikatów prasowych; jeszcze nie usamodzielnionych pisarzy i poetów, krytyków sztuki, teatralnych recenzentów i felietonistów. Stała praca, której materiałem są słowa oraz możliwość publikacji, to dobra baza dla rozwijania artystycznych umiejętności. Zresztą wybitni, którzy zdobyli już uznanie i rozgłos, też chętnie znajdowali bezpieczne przytulisko przy jakiejś redakcji. Wszelkie czasopisma, także te prowincjonalne, były podstawówką, a jeśli ktoś lubi emfazę – kuźnią, lub wylęgarnią literackich talentów.

Dziennikarze mieli swój „Klub Prasy”, będący raczej stołówką w budynku mieszczącym redakcję wszystkich trzech lokalnych dzienników i dwóch tygodników. Tygodniki zajmowały się sprawami regionalnymi i miały skąpe rubryki o wydarzeniach z kraju, a jeszcze rzadziej ze świata. Jeden poruszał tematy kultury, drugi natomiast gospodarki. Gazety codzienne były zróżnicowane inaczej, na pozór bardziej politycznie.

Wobec powszechnie zadanej jednomyślności, nie mogły to być różnice nazbyt widoczne; można więc powiedzieć, że były subtelne. Główny dziennik oświadczał w podtytule, że jest organem PZPR i to go w całości określało. Nawet jego kolorystyka sygnalizowała profil ideologiczny: elementy dekoracyjne drukowano w plamach czerwieni, natomiast biel papieru i czerń liter dzieliły się między siebie po równo. Dominujący czerwony, pozostawiający białe tło pod czarne znaki – z czym wam się kojarzy ów kolorystyczny zestaw?

Inny dziennik, nie żeby się ostentacyjnie od ideologii odcinać, lecz by zaznaczyć swojski, lokalny charakter, już w tytule miał nazwę regionu, a w miejsce czerwieni jako dominantę przyjął kolor niebieski, który w zestawie z czarnym drukiem, do czasu Korwin-Mikkego z niczym się politycznie nie kojarzył. Była w nim rubryka nie do pomyślenia w tym pierwszym, a mianowicie „Śmiało i szczerze”. Już sam tytuł  prowokująco zalatywał rozrabiactwem, czym skutecznie przyciągał uwagę czytelników, wszyscy bowiem pragnęli w tamtych czasach śmiałości i szczerości. Te słowa pachniały wówczas swobodą myśli i wręcz rewizjonizmem, sugerując nieczyste zamiary.

Bazą rubryki były anonimowe głosy (żeby nie powiedzieć: donosy) czytelników o tym, co im dolega, a nad całością czuwał i komentarzem uzupełniał prowadzący redaktor, także ukrywający się pod pseudonimem. Można w niej było przeczytać wyrażone właśnie śmiało i bez ogródek, czyli prosto z mostu i bez trwogi, żale o dziurach w jezdni, spóźniających się tramwajach, nierobach pijących „pod chmurką” nazywanych wówczas bumelantami, o chuliganach dewastujących, co się tylko dało. Także o niesolidnych rzemieślnikach, a nawet o biurokratycznych mitręgach, czyli o wszystkim. No, prawie o wszystkim.

Trzeci dziennik był brukowcem z właściwą sobie zawartością.

Od kiedy wynaleziono gazety, ludzie muszą je czytać – i w tym ich potęga.

Za tamtych czasów koncentracja wszystkich dzienników pod jednym dachem była rozwiązaniem praktycznym. Cała prasa mówiła jednym ideologicznie głosem, na tyle tylko zróżnicowanym, żeby wydawał się głosem wolnym. Nad jego czystością czuwał odgórnie (także dosłownie, bo z najwyższego piętra) Urząd Cenzury. Klub mieścił się po przeciwnej stronie wertykalnej struktury, czyli na parterze. Czynny tylko do 20-tej, mało zasługiwał na miano klubu. Za to otwierano go o ósmej rano, przeto był znakomitym miejscem na leczenie porannego kaca.

 

xxx

 

Głównymi klientami Klubu byli pracujący na wyższych piętrach żurnaliści, którzy tu odpoczywali posilając się w przerwach śniadaniowych (słowo lunch było używane przez snobów), spotykali się z petentami, bo chyba nie z informatorami. Po pierwsze, byłoby to ich ujawnieniem, a ponadto wątpię, czy w tak uporządkowanym ustroju miało prawo istnieć dziennikarstwo śledcze, zajmujące się wszak tropieniem i ujawnianiem nadużyć władzy. Władza była wtedy kryształowo uczciwa, o czym nawet uczono dzieci w szkołach, zaś przestępstwami pospolitymi zajmowała się wyspecjalizowana milicja i prokuratorzy. Zdarzały się jednak nadużycia w kręgach urzędników, ciągle jeszcze będących, choćby z racji pochodzenia, elementem klasowo niepewnym, i te drobne wykroczenia łapówkarskie i kumoterskie podlegały krytyce. Dla prokuratora były zbyt drobne, a jak w sam raz dla prasy, która mogła się popisać moralną czujnością, bowiem na drodze ku idealnej sprawiedliwości społecznej zdarzały się jeszcze niestety przypadki drobnego jej niedopilnowania i zawirowania.

Wśród dziennikarzy istniały naturalnie podziały, choć nie wyrażały się tak dobitnie, jak dzisiaj. Były zamaskowane. Tworzyły się towarzyskie kręgi wzajemnego zrozumienia i myślący nieco swobodniej nie mieszali się z partyjnym betonem, zawsze czujnym, więc nigdy zanadto wesołym. Żeby była jasność: wszyscy redaktorzy, których znałem, byli członkami partii, ale różnili się stopniem zaangażowania, natężeniem ideologicznej żarliwości, można powiedzieć, że także stopniem okazywanej wesołości. W klubie koegzystowały więc dwie społeczności: pryncypialni dziennikarze schodzili na lunch z plikiem papierów i między jajecznicą a kawą kontynuowali redakcyjną robotę z nikim nie rozmawiając. Ci zaś, którzy tylko udawali lojalność wobec ustroju, tworzyli kręgi hałaśliwe i swawolne.

Przynależność do partii nie była sprawą jednowymiarową. Wiele było motywów i odcieni tego członkostwa. Nie będę tu opisywał wszystkich, którym przyglądałem się z całkiem bliska lub z dalsza. Dzisiaj w licznych tekstach opiniuje się tamten czas na rozmaite, uproszczone sposoby. W większym stopniu chodzi w nich o wyrażenie osobistego stosunku, niż wnikliwe przybliżenie prawdy. Współczesne opinie na ten temat tym bardziej są schematyczne, im relacje są „młodsze”. Najbardziej sztampowe są oceny ludzi, którzy tamtego czasu nie przeżyli na własnej skórze. Nasuwa to pytanie: co się dzieje ze starszą Historią, skora ta najnowsza już umyka rozumieniu? Gdy zniekształca się historię, utrzymując ją w granicach prawdopodobieństwa, czyni się większe zło, niż gdyby przedstawiło się ją jaskrawo kłamliwie. Podobieństwo do prawdy usypia uwagę i jest trudniejsze do zdemaskowania. W końcu mit jest fałszem sprytnie przykrytym maską prawdopodobieństwa. Bez tego nie stałby się mitem, tylko od razu bajdą.

Powszechna była wówczas postawa pragmatyczna wynikająca z przekonania, że potężne siły historii ułożyły po Jałcie porządek, który potrwa teraz całe wieki. Potwierdzały to i pozbawiały nas wszelkich złudzeń doświadczenia poznańskiego czerwca, krwawo stłumiona w tym samym roku rewolucja na Węgrzech, a po dwunastu latach skuteczna interwencja wojsk komunistycznych w Czechosłowacji. Byliśmy pod butem sowieckiego dyktatu i nasza sytuacja była wielokroć gorsza, bardziej beznadziejna niż za czasów rozbiorów i Kongresówki; narzucono nam ustrój, sprzeczny z ludzką naturą, bo nie pozwalał niczego posiadać.

Oceniając szansę polskiej opozycji demokratycznej w 1985, Willi Bradt powiedział:

Sądziłem, że Związek Radziecki jest taką potęgą, której w obecnej chwili rozbić niepodobna. Ruchy dysydenckie uważałem – jako zjawisko polityczne – za ruchy niedające nadziei. Moim celem, w całej mojej działalności politycznej, było pomaganie ludziom we wschodniej części Europy, zarówno moim rodakom z Niemiec wschodnich, jak i Polakom, Czechom czy Węgrom. Dziś wiem, że się myliłem, i nie usprawiedliwia mnie to, że nie byłem w tym osamotniony. Ale dziś wiem też to, czego wtedy nie wiedziałem: że można niepolitycznymi metodami obalić władze totalitarnego imperium.

 

xxx

 

Tematu przynależności partyjnej i pryncypiów ustrojowych w kręgach towarzyskich nie poruszano. To było tabu, czyli temat niejasno zakazany. Podobnie jak mity, tabu obejmuje emocje dalekie od strefy rozumu, jest tematem mocno niestosownym, a wkroczenie na jego teren skutkować może nierozstrzygalną sprzeczką, a nawet towarzyskim wykluczeniem. Dlatego tabu jest bez reszty objęte zmową milczenia i autocenzurą – najpotężniejszą ze wszystkich cenzur. Upraszczając: tabu to coś, czego nie wypada. W gronie znajomych nie wypytywano więc o motywy należenia do partii – był to temat wstydliwie intymny, jak np. choroba weneryczna, a jeszcze do niedawna odmienna orientacja seksualna.

Moi koledzy (o niektórych mogę nawet powiedzieć – przyjaciele), którzy się do partii zapisali, chcieli po prostu praktycznie się urządzić w nieprzemijalnym ustroju. Jest ludzkim niezbywalnym pragnieniem, żeby w każdych warunkach zapewnić możliwie najlepszy los sobie i swojej rodzinie. Przynależność partyjna była warunkiem podstawowym społecznego (czyli też materialnego) awansu. Czy można winić kogokolwiek za to, że chciał mieć lepsze mieszkanie, wyższe zarobki, auto i różne dobra trudno dostępne w realsocjalizmie? Pozostali, czyli kontestujący ustrój, to byli hipisi, artyści, alkoholicy i nieudacznicy. Tacy zawsze stanowią mniejszość i nie ma społeczności, w której byliby oni liczniejsi od zdrowej, rezolutnej reszty.

Znamienny jest przypadek mego przyjaciela, z którym jako nieliczni nie zapisaliśmy się nawet do ZSP, słusznie uważając, że nie ma w ustroju totalitarnym organizacji apolitycznych. Jednocześnie wzorem dla nas i przykładem sukcesu był jego starszy brat.

Ten katakumbowy jazzmen postawił na sprawę w życiu najważniejszą (w mniemaniu większości. Znam bowiem mniejszość, która jednak wybrała ulotne piękno), a mianowicie na materialny sukces. Trudno się było dorobić czegokolwiek, grając niezbyt udatnie niszowy jazz. Z czasem wyszło na jaw, że ta muzyka była tylko jego przelotną miłostką, nader powierzchowną, wabiącym przybrankiem, sexappealem, bo potem z umiarkowanym entuzjazmem (trudno inaczej) słuchał Tijuana Brass i myślę, że po prostu podążał za modą. Z urody podobny był zresztą do Herba Alperta. Moda nigdy (wyłączywszy naturalnie ludzi z branży) nie jest celem najważniejszym – jest raczej środkiem uniwersalnym do wielu celów.

Brat jazzman, z zawodu ekonomista, zdecydował się na karierę zawodową, i ta mu się udała. Dorobił się dyrektorskiego stanowiska i mocnej pozycji, stał się jednym z pierwszych posiadaczy dużego mieszkania i dużego fiata, a potem wiejskiej daczy. Bez partyjnej przynależności byłoby to nieosiągalne.

Ów brat, w odróżnieniu od mojego przyjaciela, z którym dzieliłem nieprzejednany antykomunizm, nie wyrażał żadnych sądów wartościujących na temat swojej Partii – wiadomo, temat tabu. Przypadek bolesny: oto podziwiany brat, będący przykładem godnego zazdrości sukcesu, był jednocześnie poddańczym komuchem. Mój przyjaciel rozdarty był między podziwem dla talentów braciszka i pogardą dla jego oportunizmu.

Sam będąc wewnętrznie hipisem, wybaczałem moim zamożnym kolegom konformizm, z którego zresztą także zdarzało się coś uszczknąć – resztki z pańskiego stołu; choćby to, że oni byli dysponentami zleceń na moją robotę. Redaktorzy pism, do których robiłem grafikę, byli w partii usadowieni jak należy. Jednocześnie dawali mi do zrozumienia, że się im mój prywatnie wyrażany zjadliwy antykomunizm podoba i chętnie zamieszczali moje rysunkowe aluzje, jeśli tylko były bezpieczne, czyli bardzo odległe i niemal nieczytelne. Wszyscy mieliśmy wyczucie stosownej granicy. Nie byliśmy wówczas sowiecką Rosją, w której szalał stalinowski terror i opowiadaliśmy tu sobie dowcipy o anegdotczykach, katoryje Biełomorkanał postroili. Raz tylko wylądowałem na komisariacie, kiedy po pijanemu zbyt głośno opowiadałem w miejscu publicznym żarty o milicjantach, bardzo zresztą wówczas skądinąd popularne. Nie zatrzymano mnie zresztą ostentacyjnie przy innych. Dopiero gdy pożegnałem się z kolegami i samotnie wracałem do domu, wyrosło przede mną dwóch mundurowych i jeden w cywilu, po czym odprowadzili mnie, gdzie trzeba. Dodam, że było to w środku stanu wojennego. Nie postawiono mi zarzutu opowiadania żartów, czyli szydzenia z władzy (musiałbym, broniąc się, powtórzyć te kawały), lecz jakieś enigmatyczne wprowadzanie w błąd opinii publicznej poprzez podawanie nieprawdziwych wiadomości. Nazajutrz bez słowa wyjaśnienia wypuszczono mnie, była więc to ze strony milicji zagrywka ostrzegawcza, taki mały, ojcowski klaps.

Bardziej od tych, którzy wybrali partię dla wygody, a których złośliwcy z ukrytej opozycji nazywali „towarzyszami szmaciakami”, nie znosiłem partyjniaków ostentacyjnie popierających „sprawiedliwą” doktrynę. W końcu lepiej natknąć się na konformistę przebranego z lęku bądź dla świętego spokoju w wygodną ideologię, niż trafić na wroga pryncypialnego. „Szmaciaka” łatwiej przekupić.

Znałem cenzorów prasowych, będących – tak się składa – także alkoholikami. Dyscyplina psychiczna niebywała, bo nawet po pijanemu nie wymknęło się im nic niewłaściwego. Z rozmów z tymi niewątpliwie inteligentnymi osobnikami wyniosłem wrażenie, że są jak James Bond – twardzielami, którzy nie pękną. Trafiłem w to środowisko za sprawą bliskiego kolegi, który podobnie jak ów wyżej opisany, miał brata, który wywodząc się ze szlacheckiej, antykomunistycznej rodziny, wybrał kolaborację z komuchami i został cenzorem. Do Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk, bo tak nazywała się cenzura, by uniknąć skompromitowanej jeszcze za caratu nazwy, zachodziłem czasem, żeby mi na odwrocie projektu postawiono pieczątkę „zwolniono do druku”. Wszystkie bowiem afisze, banery, plakaty i projekty scenografii musiały ją posiadać.

Chyba nie bez racji posądzałem cenzorów o hipokryzję, czyli parszywe pragnienie obłudnej harmonii życia, co się nazywa także byciem w zgodzie ze sobą. Za nic nie chcieli się przyznać do jakiegoś wewnętrznego rozdwojenia i nijak się nie dało ich szczypnąć; wyczuwałem jednak, że wszystko jest grą pozorów, jak owa nazwa urzędu i formułki cenzorskich przepisów. Jeśli ktoś dla własnej korzyści świadomie służy złej sprawie, bez kłopotu zrozumie swą winę i co najwyżej będzie się starał ją pomniejszyć. Jeżeli ktoś natomiast święcie wierzy w Ideę, nawet nie będzie usiłował usprawiedliwić swych postępków, bo nie uzna ich za niegodziwe (liczne przypadki nazistowskich zbrodniarzy).W każdej bowiem Idei cel uświęca środki.

Pewnego komunistycznego cenzora, po przemianie ustroju ujrzałem w kościelnej procesji w pobliżu baldachimu, pod zupełnie nowym sztandarem. Ta sama twarz, ta sama buta, to samo oddanie, ta sama żarliwość. Człowiek idei?!.. Znałem go dobrze, byliśmy po wielu wspólnych wódkach, więc szedłem za procesją, i po zakończeniu wyciągnąłem go do knajpy na rozmowę. Chętnie się zgodził.

– Widzę, że się przeorientowałeś – zacząłem otwarcie.

– Tak, przejrzałem. Przedtem naprawdę wierzyłem w Socjalizm. Jego postulaty były tak klarowne i gdyby tylko wszyscy ludzie byli nieskazitelnie uczciwi, może byłby to najlepszy z ustrojów. Eksperyment się nie powiódł; jednak nie idea zawiodła, lecz ludzie i zamieniło sie to wszystko we własne przeciwieństwo. Pozostaję wierny idei równości i sprawiedliwości, lecz widzę, że nie można jej realizacji powierzyć, ot tak po prostu ludziom. Zło okazuje się sprytniejsze, inteligentnie się przy tym maskując. Doznałem olśnienia jak Szaweł na drodze do Damaszku. Nie widzę innego wyjścia, jak tylko losy ludzkie powierzyć Istocie Ponadludzkiej. Niech każdy z nas w Jej imię stara się czynić dobro, a co najważniejsze, niech unika zła. Co zaś jest dobrem i złem, zawarte jest w Piśmie.

– A czy to, co robiłeś w tamtym czasie, było złem?

– Tak! Mea culpa! Ale wybaczcie mi, bo nie wiedziałem, co czynię. Jak jednak pamiętasz, tyle tylko tropiłem ile musiałem, żeby nie stracić zawodu. Już wówczas czuwał nade mną Anioł Stróż, który wiódł moją intuicję. Starałem się przemycić tyle, ile sie tylko dało.

Zrozumiałem, że rozmawiam z człowiekiem Idei, który nie potrafi w sobie odnaleźć moralnego prawa, poza jej jakąkolwiek wykładnią Pożegnałem go zdawkowym:  – No to cześć! Na razie… na co odpowiedział nową formułą: – Idź z Bogiem… i niech cię Bóg prowadzi.

 

xxx

 

Nie wiem, czy istnieje doktryna, posługująca się śmiechem jako środkiem wyrazu i ekspresji. Śmiech jest w oczach ideologów raczej czymś podejrzanym, co najmniej aideologicznymi i zawsze budzi ich czujność. Surowi stróże idei pogardliwie tolerowali przejawy wesołkowatości, nazywając je, chyba z odgórnego polecenia, wentylem bezpieczeństwa. Wentylem bezpieczeństwa?… A co niby miałoby nim uchodzić?  My wiemy, co, lecz niech oni spróbują na to odpowiedzieć.

Tak czy inaczej, nadmierna wesołość budziła podejrzenia, bo z czego tu się śmiać? W klubie prasowym podejrzewano rozchichotaną gromadkę, że opowiada sobie polityczne dowcipy, wymyślane nieustannie całymi seriami przez nie wiadomo kogo. Nie tylko służby specjalne intrygowało ich autorstwo; przyznam, że też byłem tego ciekaw. Domyślam się, że tworzyli je bezinteresownie po godzinach autorzy kabaretów. Rozlewały się na kraj z szybkością, jakiej pozazdościć mogły najsprawniejsze agencje informacyjne. Nawiasem mówiąc, poważny dziennik partyjny też miał swój kącik satyryczny, w którym szydzono z kapitalizmu, ale dowcipy stamtąd nie krążyły między ludźmi, nie budziły zachwytu ani gromkiego śmiechu.

A więc rankiem w Klubie Prasy… dlaczego zaczynam od tego miejsca i czasu? Właściwie nie wymaga to uzasadnienia, bo gdy chce się coś opowiedzieć, każdy początek jest równie dobry. W tym wypadku podam uzasadnienie. Dla wielu porannych bywalców klubu, gdzieś pomiędzy świtem a południem, przebiegała  granica zmiany daty. Urzędowa granica tej zmiany jest, nie wiedzieć czemu, zadekretowana o północy, podczas gdy dla większości północ jest niezauważalna; jedni już śpią, a inni są akurat w środku czegoś nieokreślonego, co niezbyt jasno nazywa się zabawą. Dla przyzwoitości i z szacunku, powinienem wspomnieć o licznej gromadzie pracujących na nocnej zmianie, jednak ci mnie najmniej interesują. Nie tylko zresztą mnie. Wiadomo, że zabawa jest rzeczą ważniejszą od pracy i gdyby tylko ludzie mogli wybierać: albo – albo, dałbym głowę, że większość wybrałaby nieustanną zabawę.

Magiczną linię zmiany daty, jedyną taką na świecie, wyznaczono między biegunami ziemi gdzieś pośrodku Pacyfiku. Kiedy ją przekraczamy z zachodu na wschód, odejmujemy sobie jeden dzień, natomiast przekraczając ją w stronę przeciwną  jeden dzień dodajemy. Zmyślnie omija ona wszelkie wyspy, żeby nie ułatwiać ciekawskim eksperymentatorom zabawy z notorycznym jej przekraczaniem w tę i nazad. Kombinowałem rozmaite skutki takiej zabawy, lecz do niczego nie doszedłem. Na mój rozum, nic istotnego się wówczas nie wydarza, ale rozczarowany zdrowym rozsądkiem, mam do niego nieufny stosunek.

Samoobsługowy bar serwował to, co każda inna skromna restauracja, włącznie z wódką, winem i piwem. Wybór tego ostatniego ograniczał się do dwóch rodzajów: zwykłego jasnego oraz mocnego ciemnego portera. W stanie wojennym wprowadzono dziwną  prohibicję na alkohol. Dziwną, bo obowiązywała do 13-tej, a więc gnębiła głównie bezrobotnych alkoholików. Była też rodzajem kary dla tych, którzy nadużyli go poprzedniego dnia i nie okazali dość zapobiegliwości, żeby zostawić sobie klina. Taka prewencja to fikcja, bo pijący nigdy nie planują kaca. On jest przykładem doświadczenia zawsze idącego na marne. Skutkiem tej półprohibicji było rozpowszechnienie się sztuki domowego pędzenia bimbru z cukru. Tu wtręt ekonomiczny: przy pustkach na rynku, zyski z alkoholu były niebagatelną pozycją w budżecie socjalistycznego państwa, tedy wymyślona przezeń prohibicja uderzała rykoszetem w jego zasobność. Co prawda prohibicja podniosła nieco zyski państwowej kiesy ze wzmożonej sprzedaży cukru, ale to była kropla w morzu i nie mogła załatać finansowej dziury, wynikłej z ograniczonej podaży monopolowego alkoholu. Z czasem więc od prohibicji odstąpiono. Wielu jednak, zaopatrzonych w prostą aparaturę i nabytą umiejętność zauważyło, że gorzała wypędzona w domu jest tańsza od sklepowej, toteż kontynuowali produkcję. Myślę, że groźba tej prywatnej konkurencji, niezależnie od ustroju utrzymuje ceny alkoholu na rozsądnie niskim pułapie – cudowna niewidzialna ręka rynku

Zanim wycofano tę poranną prohibicję, w doraźnym i pospolitym życiu, jakie jest nam szarakom dane, trzeba było sobie radzić na różne sposoby. Barman w Klubie odróżniał swoich od innych. Swoi tworzyli ekskluzywny klub w klubie, do którego należało być wprowadzonym. Ekskluzywny, to epitet mylący – w rzeczy samej byliśmy grupą pogodnych nygusów, do której wprowadził mnie malutki i sprytny redaktorek, z którym współpracowałem jako grafik w jego piśmie. Barman serwował swoim zaufanym koktajl. Szykował go pod ladą, dolewając do brunatnego portera setę ajerkoniaku. Podawał go dla niepoznaki w ogromnych fajansowych filiżankach. Chodziło o to, żeby mikstura przypominała wyglądem kawę z mlekiem i pianką. Mrugając okiem zamawiało się więc dużą kawę z mlekiem i on, odróżniając swoich, nigdy się nie pomylił. Raz tylko tłumaczył się, że kawy jeszcze nie dowieźli, a samego mleka podać nie może. Potem, już przy stoliku dyskretnie pod blatem, dolewało się z piersiówki do nadpitej filiżanki czegoś mocniejszego i ta mieszanka skutecznie rozpraszała poranną glątwę. Należało się tylko pilnować, żeby pijąc ten zbawienny poranny nektar nie okazać nadmiernego, nieumotywowanego ożywienia. Była to znakomita nauka panowania nad sobą i dykcją, która najszybciej zdradza lekkie tknięcie alkoholem. Nie chwiejny krok, nie przymglone lub dzikie spojrzenie, lecz w pierwszej kolejności język zdradza podchmielonego. Dlatego do klubu nygusów dopuszczani byli ludzie sprawdzeni i powściągliwi, jednym słowem alkoholowo dojrzali. Niestety i takim zdarza się wyluzowanie. Jeśli się któryś zapomniał i zaczął mówił za głośno, do tego z dykcją zbyt dobitnie akcentującą częstą w polszczyźnie zbitkę „szcz”, był natychmiast przez sąsiada karcony groźbą, że więcej kawy nie dostanie. Konspiracja działała doskonale, ponieważ wtajemniczeni byli ludźmi honoru, a ponadto nie wyobrażam sobie pijaka, który by doniósł przeciwko sobie (chyba żeby go chytrze przekupić wódką). Zdaje się, że ten koktajl z piwa i ajerkoniaku był moim wynalazkiem, lecz nie zdziwiłbym się, gdyby w innych miastach wymyślono to samo. Takie rzeczy się zdarzają, że przypomnę równoczesne wynalezienie w dwóch odległych krajach rzeczy nieporównanie bardziej skomplikowanej, a mianowicie radia. Wynalazek Popowa przyjął się na wschód od Łaby aż po Kamczatkę, natomiast Marconiego w całej reszcie świata.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *