Babuleńka z tobołami
Kolejny pieprzony dzień. Omal nie wyrywam sobie włosów z głowy, słysząc budzik zachęcający do ruszenia się z miejsca. Jest jeszcze zupełnie ciemno, nie potrafię odnaleźć włącznika lampki nocnej, a to tylko potęguje moją irytację. Dziś nie pomaga mi nawet świadomość, że za szesnaście godzin będę z powrotem w łóżku, chyba osiągnęłam dno.
Odsłaniam żaluzje i wyglądam przez okno – latarnie oślepiają mnie swoim pomarańczowym blaskiem, a ja krzywię się i klnę pod nosem. Na zewnątrz panuje mróz, termometr pokazuje jakieś dwadzieścia stopni na minusie. Po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że nie mam porządnych butów na zimę, po prostu nie zdążyłam ich kupić. Druga strona medalu jest taka, że teraz nie produkują porządnych butów – tak jakbyśmy my, kobiety, kosztem stylu dały odmrażać sobie nogi.
Po pierwszej dawce optymistycznych rozmyślań zaparzam kawę w ekspresie i rozbieram się w kuchni. Mieszkanie w samotności ma swoje plusy, bo mogę robić to bez zbędnego skrępowania i poczucia, że zaraz ktoś wpije się w moją szyję i będzie szeptać, bym została przy nim jeszcze moment. Co za koszmar, przekonałam się już nie raz. Teraz jedynym problemem pozostał starszy sąsiad z naprzeciwka, który już od rana patroluje teren. Każdego ranka obserwuje moją zaspaną postać, udaje speszonego i odwraca wzrok, po czym znów wraca nim do mnie, kiedy myśli, że nie widzę.
Łykam ostatki suplementów z kredensu, nie mam czasu jeść. W sumie to mam, tylko ochoty brak – na cackanie się z kanapkami już tym bardziej. Życie naprawdę zbrzydło w moich oczach, skoro już nawet smakołyki wydawały się ohydne.
W końcu otwieram szafę i na chybił trafił wyciągam czarne ubrania. Przynajmniej z tym nie mam problemu, bo wszystkie są tego samego koloru. Dzięki temu nie muszę również rozdzielać prania, bo to jedno z głupszych zajęć, jakie ludzkość wymyśliła sobie dla zabicia czasu. Tuż przed wyjściem zacina mi się zamek w kurtce, chyba zahaczył o podszewkę. Pewnie powinnam powoli go wyswobodzić, ale nie mam czasu na takie zabawy, więc ciągnę z całych sił. Cholerne dziadostwo wyprodukowane w Chinach urywa się, a ja przytrzymuję materiał z obu stron i udaję, że mi ciepło. W rzeczywistości szczękam zębami, fryzura burzy mi się pod wpływem wiatru i mam ochotę krzyczeć, tyle że przeszkadza mi papieros wetknięty w usta.
Idę już wprost do rozklekotanego samochodu, jeszcze tylko parę metrów, włączę ogrzewanie i wszystko będzie w porządku. Zaraz za tą myślą rusza śnieżka ulepiona prawdopodobnie z odłamków lodu, bo obrywam nią w plecy i zwijam się z bólu. Jakiś przeklęty smarkacz nawet nie przeprasza, tylko ucieka, gdzie pieprz rośnie. Pewnie we mnie nie celował, ale był taką łamagą, że kolega mu zwiał i naraził mnie na poważne uszkodzenia. Rozmasowuję bolące miejsce i wlokę się dalej, zaczyna sypać śnieg. Powinnam była zabrać jednak czapkę, ale jest już za późno, by się wracać, zaraz spóźnię się do pracy. Wyciągam kluczyk od Mercedesa i kiedy wydobywam go z kieszeni, moje nogi podlatują do góry. Najwyraźniej świeża warstwa śniegu przysłoniła lód. Szlag by to…! Upadam na tyłek, a spodnie od razu zaczynają mi przemakać, sprawiając, że wyglądam, jakbym nie zdążyła do łazienki. Czy poniedziałek może rozpoczynać się piękniej? Brakuje jeszcze tylko wypadku drogowego.
No, może i obyło się bez wypadku, lecz dostaję mandat. W porządku, nie potrafię jeździć najlepiej, ale odróżniać kolory to jeszcze umiem. Mogę bez problemu wyjaśnić, jakie szczegóły tkwią pomiędzy ecru i kością słoniową, a ten debilny gliniarz wmawia mi, że z czerwonym i zielonym nie idzie mi najlepiej. Gówno prawda! Wiem doskonale, że przejechałam na wczesnym czerwonym. Wczesnym, podkreślam – to jeszcze nie grzech. I tak większość kierowców ma tak spóźnioną reakcję, że nikomu nie stałaby się krzywda.
– To będzie jakieś pięćset złotych – wylicza grubas, który zamiast łapać przestępców, opiernicza się cały dzień z pączkiem w ręce i kara niewinnych ludzi.
– No chyba w dupie się panu przewróciło! Jeszcze trochę i zbankrutuję – warknęłam.
– Nie, jeszcze trochę i straci pani prawo jazdy. Za obrazę policjanta mogę dołożyć pani kolejne dwie setki – odparł obojętnie, a ja zacisnęłam pięści i podziękowałam za jakże uroczą propozycję.
Do biurowca dotarłam pół godziny po czasie, ale udałam, że wszystko jest w porządku, i zajęłam swoje miejsce przy biurku, z nikim się nie witając.
– Witkowska, znów spóźniona – mój szef, Jankowski, zauważył rozbawiony.
Ten rok starszy ode mnie facet dostał posadę tylko dlatego, że załatwił mu ją jego ojciec, ja nie miałam tyle szczęścia. Powiedziałabym nawet, że nawiedził mnie wyjątkowy pech, ponieważ Jankowskiego znałam jeszcze z okresu studiów. Zdarzało nam się razem pijać, przespać raz czy dwa… No, zdarzało się i dawał mi to odczuć na każdym kroku.
– Nie mam dzisiaj nastroju do żartów.
– To nie żart, naprawdę się spóźniłaś. Czasem się zastanawiam, za co ja ci płacę? No ale czego się nie robi dla starych znajomych. – Puszcza do mnie oczko i szturcha mnie łokciem. – Mimo wszystko wiem, że nic tylko cały dzień siedzisz na Facebooku.
– Nie siedzę, nie mam znajomych – urywam, chcąc go spławić.
– No to na jakiejś innej stronie, mniejsza z tym.
– Więc co mam robić, skoro stażystka, którą przyuczam, jest zupełnym matołem, a ludzie przynoszący wnioski nie potrafią dołączyć nawet odpowiednich dokumentów? – Jęczę ze złością.
– Bądź chociaż miła. No i wyjmij ten kolczyk z nosa, wyglądasz jak byk. Nawet nie chcę wiedzieć, co się będzie działo, jak się przeziębisz i będziesz mieć katar. – Dygocze z obrzydzenia. – Wpadniesz wieczorem?
– W moim wieku nie ma miejsca na wpadki – ucinam i odwracam się do niego plecami, a on jeszcze dobrych kilka minut stoi nad moim ramieniem i rechocze. Co za koszmar.
Po kilku godzinach zjawia się Sylwia, to właśnie ta studnia mądrości, którą zostałam zmuszona przygarnąć pod swoje skrzydła. Siedzi koło mnie i uzupełnia jakiś wniosek. Napisałam jej cały wzór, ale i to przerosło możliwości jej ubogiego umysłu.
– Hej, mieszkaniec Danii… to Danijczyk? – zapytała, a ja uderzyłam głową o blat. Danijczyk! DANIJCZYK! Jaki, kurwa, Danijczyk, skoro pisała list do jednostki w Warszawie?
Tak mija cały dzień – wśród nerwusów, zboczeńców i debili. Każdy dzień jest taki sam, równie beznadziejny i bezowocny.
Po pracy wracam do domu, pałaszuję gotowe danie i udaję się do sklepu spożywczego kilkanaście metrów dalej po drobne zakupy. Jeszcze nie zdążam dojść do celu, a już zaczepia mnie jakaś starsza pani o lasce, która ledwie idzie.
– Dziewczynko, błagam, pomóż mi z torbami – prosi.
Choć nie jestem dziewczynką i początkowo próbuję wymigać się brakiem czasu, to w końcu ustępuję i zabieram jej toboły. Babuleńka chwyta się mojego ramienia, widocznie potrzebuje cudzej obecności.
Ruszamy się niczym ślimaki, ja dodatkowo dyszę niczym lokomotywa. Wzrok starszej pani jest utkwiony w mojej twarzy, ale staram się nie zwracać na to uwagi. Pewnie zaraz powie mi, że mam za ostry makijaż i wyglądam jak dziwka. Ona jednak tego nie robi, natomiast wyraz jej twarzy jest tak zbolały, jakbym to właśnie ja ją skrzywdziła. Oczy kobiety zdają się przewiercać mnie na wskroś.
– Chcę umrzeć – mówi z przerażeniem. Dociera do mnie błyskawicznie, że jej strach nie jest powodowany śmiercią, a dalszym życiem.
– Proszę tak nie…
– Nie chcę już żyć. – Chwyta mnie kurczowo, jej uścisk wydaje się za silny jak na takie pragnienia. – Jest mi tak ciężko, zbyt ciężko… Nie chciałam widzieć tego wszystkiego! Nikt mnie już nawet nie odwiedza! Syn siedzi w Niemczech na budowie, córka założyła rodzinę i mieszka kilka ulic dalej, ale nawet jej nie widuję! Wiesz, ile razy którekolwiek z ich dwójki do mnie zadzwoniło, zapytało, jak się czuję? Nawet nie pomagają mi w spłacie długu, a ich ojciec przecież… Ach! Stasiek, Stasiek, cholera by cię. Miałam umrzeć pierwsza, dlaczego Bóg nie pozwala mi umrzeć?! Nawet nie potrafię donieść już toreb do własnego domu, nic nie potrafię… Po co komu takie życie? Nie ma gorszej krzywdy niż bycie tutaj. Próbuję dojść do słowa, ale babuleńka mi nie pozwala. Wciąż powtarza, że się boi i nie ma już siły, a jej niebieskie oczy szklą się ledwie zauważalnie. Nie uśmiecha się ani na moment, głębokie zmarszczki wokół jej oczu i ust tworzą cały spis zmartwień dręczących ją przez lata. Włosy babuleńki ledwie trzymają się już głowy, ubranie woła o pomstę do nieba i pachnie przygnębiającą starością.
Kobieta trzyma mnie kurczowo, ale kiedy na horyzoncie pojawia się jej dom, wyrywam się i pędzę w przeciwnym kierunku, do swojego mieszkania. Czuję taki dyskomfort, że nawet nie pomagam staruszce wnieść zakupów na górę. Sama o swoich zupełnie zapominam, tak swoją drogą. Jeszcze na końcu ulicy odwracam się, widząc, że babuleńka swoim wolnym krokiem uszła może pięć metrów, kiedy ja pokonałam pięćdziesiąt. To chyba najkoszmarniejszy obraz człowieka, jaki kiedykolwiek mi przedstawiono – straszliwszy nawet niż żebracy bez nóg i rąk. Ta kobieta miała kiedyś pracę, męża, dzieci… teraz najwidoczniej nie pozostało nic z tamtych chwil, pustka godnie je zastąpiła. To przerażało mnie najbardziej.
Cały wieczór drżę, nie mogąc przestać myśleć o słowach kobiety, nie rozwesela mnie nawet ulubiony serial w telewizji. Czy moje życie będzie wyglądało tak samo, kiedy skończę osiemdziesiąt lat? Boże, oby nie, tylko nie to. Muszę coś ze sobą zrobić. Natychmiast.
Następnego ranka cały schemat powtarza się… a raczej powtarzałby się, gdyby nie spotkanie, które wciąż nie chce ulecieć z mojej głowy.
Znów się spieszę, choć nastawiam budzik na o wiele wcześniejszą porę niż zwykle. Nie potrafię jednak zrezygnować z przymknięcia powiek i ostatecznie wstaję jeszcze później niż zwykle. Mimo tego wyciągam deskę i kroję pomidory w drobne plasterki, dorzucam do nich parę liści sałaty i ser. Przynajmniej będę mieć zdrową przekąskę na drugie śniadanie, myślę, choć widzę, że żadna ze mnie gospodyni. Całe szczęście, że nie posiadam dzieci, bo jeśli miałabym robić im do szkoły kanapki, to chyba cały dzień chodziłyby głodne.
Rozbieram się i widzę sąsiada z naprzeciwka. Mam ochotę pokazać mu środkowy palec, ale zachowuję trochę kultury, witam się zdawkowo i zasłaniam prześwitującą firankę, by poczuć się pewniej.
Kiedy myślę, że uporałam się ze wszystkimi przeciwnościami, naraz zdaję sobie sprawę, że zapomniałam naprawić zamek w kurtce. Początkowo zamierzam to zbagatelizować, lecz moje gardło od czasu do czasu odzywa się kłującym bólem, a z nosa leje się jak z kranu, co nieco krzyżuje mi plany. W końcu decyduję się na puchaty płaszczyk sprezentowany na święta przez moją mamę, choć jest prawie że różowy i najzwyczajniej w świecie ohydny. No ale wykosztowała się na niego, może powinnam zadzwonić i w końcu jej podziękować. Wiedziała, że źle znoszę zimy, a nowe okrycie sprawiało wrażenie ciepłego.
Na chodniku przed moim samochodem rozgrywa się bitwa śnieżna. Oddycham głęboko, gdy obsypuje mnie śnieg, śmiechy cichną w ułamku sekundy. Dzieciarnia stoi jak skamieniała, ukrycie się nie miałoby już sensu. Jeden jedyny rozgarnięty tłuścioszek bełkocze pod nosem jakieś przeprosiny, ale udaję, że ich nie słyszę. Mam ochotę porozmawiać sobie z rodzicami tych…
Wtem przyglądam się uważniej przestraszonym oczom maluchów i już wiem, co powinnam zrobić. Całkowicie wbrew sobie kładę się na śniegu, robiąc aniołka. Orła. Mniejsza z tym, jak to się nazywa.
Dzieci aż rozdziawiają usta ze zdziwienia, ale w końcu jedno z nich wyłamuje się z szeregu i zaraz potem wszystkie powtarzają za mną śnieżny gest. Nie lubię dzieci, ale przynajmniej raz udaje mi się jakoś pokojowo rozwiązać sytuację.
Na skrzyżowaniu znów widzę otyłego policjanta. Właśnie kończy się zielone światło, cholera, jeszcze zdą… W porządku, hamuję i grzecznie czekam. Uśmiecham się do gliniarza, a on patrzy na mnie nierozumnie. Pewnie nigdy wcześniej nie przydarzyła mu się taka sytuacja. Jest tak oniemiały, że kilka aut przejeżdża jeszcze na czerwonym, a on puszcza ich właścicieli wolno. I gdzie tu niby sprawiedliwość? Dobremu zawsze najwięcej się obrywa!
W pracy jestem pięć minut przed czasem. Korzystam z nieuwagi reszty załogi i wyjmuję z nosa kolczyk, czując się bez niego dziwnie nago. Niestety nim zdążam pozbyć się innych zabawnych elementów garderoby, tuż obok pojawia się Jankowski, który taksuje wzrokiem mój płaszczyk.
– Odwal się. Jest od mamy – bronię swojego Świętego Mikołaja, choć jeszcze kilka dni temu sama zmieszałabym go z błotem. Zamiast tego obejmuję się ramionami, a Jankowski w ramach rewanżu podwija nogawki spodni i pokazuje mi swoje grube skarpety w renifery.
– Mamy są jednak niezastąpione. – Śmieje się, a potem w jego głosie da się dosłyszeć cichą nutę podziwu. – Nareszcie wyjęłaś kolczyk.
– Tak. I pójdę z tobą na obiad. Nie mam znajomych, no wiesz – mówię, ale chyba rzeczywiście chcę pójść.
– W porządku, może od razu zostaniesz u mnie na noc? – kpi, jakby sądząc, że żartuję.
– Daj mi tylko podwyżkę. – Na tę część targowania jednak nie przystaje.
Wybiera dla nas jedną z droższych restauracji w mieście, czego oczywiście mogłam się spodziewać. Taka odmiana jednak bardzo się przydaje, mój żołądek nie pamiętał już tak wykwintnego jedzenia jak łosoś czy żurawina. Mimo wszystko czuję, że nie pasuję do tych eleganckich ludzi i drogich potraw, przecież jeszcze wczoraj rano wyzywałam wszystko i wszystkich.
– Ziemia do Witkowskiej. Coś się tak zamyśliła? Już ci wino uderzyło do głowy? – drwi ze mnie jak zwykle, gdy nie odzywam się dłuższy czas i myślę nad trzydziestoma latami życia, które przespałam. Sporo czasu.
– Nie, przepraszam – odpowiadam krótko, nie chcąc zniżać się do jego poziomu rozmowy.
– Jesteś dzisiaj jakaś inna, wiesz? Zupełnie inna, tak jakby nawiedziły cię te duchy z Opowieści wigilijnej. Kojarzysz, no nie? Taki klasyk. Nigdy nie czytałem, ale ponoć dobry. Chwila, a może to był film…? – Cóż za popis mądrości. Patrząc na niego, nie zastanawiam się już, czemu samodzielnie nie starał się o posadę.
– Wiesz, po prostu wyobraziłam sobie wczoraj, że mam osiemdziesiąt lat; jestem stara, nieszczęśliwa i zgorzkniała…
– Czyli prawie tak jak teraz – przerwał mi ze śmiechem, a ja zacisnęłam zęby.
– No właśnie, prawie tak jak teraz. Więc postanowiłam coś zmienić – wyjaśniłam krótko.
– Oj, Witkowska, ty to chyba naprawdę nie masz po kolei w głowie, ale to nic. I tak cię lubię. Twoje zdrowie. – Unosi kieliszek i już po którymś takim toaście z kolei nie za bardzo wie, co się dzieje. Tym razem to ja odwożę go do domu. Tak, odwożę do domu swojego szefa, bo upił się na naszej randce. Co za paranoja.
Ostatecznie nudna rutyna wciąż się powtarza, ale tego dnia jest jakoś… przyjemniej. Wciąż wszystko biegnie swoim starym rytmem i tylko jedna rzecz nieodwracalnie się zmienia, co zauważam tego, a potem także kolejnego i następnego popołudnia.
Już nigdy więcej nie widziałam tamtej babuleńki z tobołkami.

Kilka słów od autora: Katarzyny Rapacz

„W tym roku zajęłam wyróżnienia w dwóch konkursach literackich obejmujących zasięgiem całą Polskę; „Pigmalion fantastyki” oraz „Piórem malowane”, a także drugie miejsce w konkursie wojewódzkim: „Literacki Fenix”. Największym jednak sukcesem jest to, że jestem tutaj i wciąż wznoszę się ponad wyznaczone poprzeczki.
Zaczęłam pisać za sprawą miłości do książek. W wielu z nich odnajdowałam jakąś cząstkę wpływającą na moje życie i to był impuls, przy którym pomyślałam: „Rany, to jest właśnie to, co chcę robić – uwrażliwiać. Nie mogę operować ludzi, bo zbyt boję się krwi, nie mogę budować im domów i chronić ich przed chłodem, bo ze mnie chucherko, ale mogę odciągnąć ich od własnych problemów, pozwolić na chwilę oddechu!”
Czerpię pomysły z wszystkiego, co mnie otacza. Sporą rolę odegrały przy tym powieści grozy, ale też literatura wojenna czy każde inne pojedyncze dzieło. Inspiruje mnie również muzyka, przeważnie zespoły rockowe lat 80-tych i 90-tych. Podchwytuję także urywki rozmów, co czasem przeraża moich bliskich, a mimo tego, jeśli należysz do osób odważnych, możesz napisać do mnie tutaj:katrap.wobec@gmail.com – w sprawie tekstów czy zapytań. Tylko uważaj, bo w końcu i Ty możesz znaleźć się w opowiadaniu! :)”


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *