Czesław Kabala

TOLERANCJA

Jedynie słuszne poglądy głoszone w minionym ustroju (nazywanym u nas realsocjalizmem, który był ustrojem totalitarnym, a więc niemającym nic wspólnego z socjaldemokracją), pozostawiły po sobie niedobre wspomnienia. Ich wymuszone wdrażanie zamiast raju przynosiło czyściec, zamiast powszechnej zgody, zbrodnię wojen. Po wielu dramatycznych doświadczeniach Historii, ustaliła się w naszej kulturze zasada, z którą niby wszyscy się godzą, że nikomu nie można zabronić dowolnie wybranego światopoglądu, ale też nikomu nie można własnego światopoglądu narzucać siłą. Takie zakusy zostały wyparte przez sekularyzację prawa, oddzielenie religii od państwa przy poszanowaniu wszelkich wierzeń. W jednej społeczności mogą żyć obok siebie zamknięte grupy wyznające różne wartości, lecz żadna nie ma prawa czynić ze swych zasad systemu obowiązującego powszechnie. Nie można Świadków Jehowy przymusić do transfuzji krwi, nawet dla ratowania ich życia. Niektórzy szanują też ich, skądinąd szlachetny, zakaz używania narzędzi mordu, czyli karabinów i innego sprzętu wojennego. Nie chcemy się jednak zgodzić, by wszelkie kultywowane przez nich reguły, w tym zakaz transfuzji, stały się prawem obowiązującym powszechnie. Pozwalamy im na szerzenie ich wiary. o ile nie narusza to zasad innej wiary lub innych przekonań, czyli nie narusza społecznego ładu, Mogą więc sobie, w swej zamkniętej grupie przestrzegać zakazu transfuzji, lecz przecież nie zgodzimy się by ten zakaz stał się prawem obowiązującym powszechnie, a zabieg transfuzji podlegał karze.
Wolna wymiana myśli dopuszcza lansowanie różnych poglądów i zachowań, byle w odpowiednim miejscu. Jest dobrym obyczajem, że nie powinno się to odbywać w dowolnej przestrzeni publicznej, co byłoby agresywnym naruszeniem ładu. Striptiz nie jest u nas zabroniony, ale odbywać się może w określonych lokalach, a nie w dowolnym miejscu i porze; pozwalamy opalać się nago, lecz tylko na wydzielonych plażach dla nudystów; pozamałżeńskie akty płciowe, póki co, nie są karalne, ale nie można ich odbywać, gdzie się tylko chce. Reguluje to obyczaj, będący istotnym elementem języka określonej kultury. Obyczaje się zresztą zmieniają, i to co, dzisiaj jest zwyczajne, było niegdyś nieobyczajne, i tak też może być postrzegane w innych kulturach. Czytałem o polinezyjskim plemieniu, w którym publiczne spożywanie posiłków jest naruszeniem normy, natomiast spółkowanie w obecności innych nie budzi sprzeciwu. Obyczaj, jak język – ewoluuje, lecz nie można wprowadzać w nim zmian odgórnie i gwałtownie, nie unicestwiając jednocześnie celu, dla którego powstał.
Można więc rozsiewać wszelkie idee, w tym także ateizm, jak czyni to np. Dawkins, ale nikomu nie wpadnie do głowy, żeby jego lekcję uczynić szkolnym przedmiotem. Wszak szkolne przedmioty niosą w sobie formę nacisku nie tylko w postaci ocen. Nie życzylibyśmy sobie, żeby on, ani też przedstawiciele drugiego krańca mentalnego, protagoniści jakiejś sekty, głosili swoje poglądy przez megafony w dowolnym miejscu. Dwukrotnie doświadczyliśmy tej nachalności: za niemieckiej okupacji atakowano nas propagandą przez „szczekaczki”, a za komuny z „kołchoźników”. Tak nazywano uliczne i świetlicowe głośniki.

Jeśli gdzieś tam kobiety muszą nosić burki, bo ich nienoszenie jest grzechem i jednocześnie przestępstwem, czy zgodzimy się, aby to święte prawo obowiązywało w całym ludzkim świecie? My im tego nie zabraniamy, ale też nie chcemy, żeby oni nam je narzucali.
Ruch ekumeniczny, zwłaszcza poszerzany o religie niechrześcijańskie, wydaje się pobożną mrzonką. Afiliacja religii jest niemożliwa z powodów doktrynalnych, ale życie obok możliwe przy przestrzeganiu zasad tolerancji. Jej zasadą definiującą jest zgoda wszystkich stron na bezkonfliktowe odmienności. To warunek konieczny, bo tolerancja z jednej tylko strony przestaje nią być i zamienia się w uległość. Tolerancja, jak wszelkie pojęcia na tym świecie, ma określony zakres, czyli tym samym granice. One się opierają na wyznaczonych przez nas zasadach etycznych, które niestety nie są uniwersalne. Zdaje się, że jedyną powszechną zasadą wszechkultur jest zakaz kazirodztwa. Nie był nim natomiast zakaz kanibalizmu, bądź składania ofiar z ludzi, mający w niektórych kulturach charakter rytualny.

Wydaje się, że jedynym humanitarnym wyjściem jest nieinwazyjna kohabitacja odrębnych kultur i ich znaczącego segmentu – religii. Trudno wyobrazić sobie zjazd zjednoczeniowy przedstawicieli wszystkich religii, bo jakie wówczas kryteria należałoby zastosować w ustalaniu ważności Bogów? Czy według starszeństwa, że wymienię tu chronologicznie: Atona, Jahwe, Zeusa, Tao, Maha Brahmę, Chrystusa, Allaha – czy najważniejszy byłby najstarszy, czy najmłodszy? Przypominam, że wszyscy są w posiadaniu (we wszystkich czasach gramatycznych) atrybutu nieśmiertelności. Na pewno nie można, nie sprzeciwiwszy się logice, powiedzieć o jakimś Bogu, że atrybut nieśmiertelności miał kiedyś, lecz to już nieaktualne.
Religie, nie dość, że się nie spajają, to we wszystkich występują tendencje do rozdzielania się nurtów, tworzenia nowych odłamów zwanych zrazu herezjami lub sektami. Przypominają drzewo, które wzrastając może się tylko rozgałęziać i nigdy się nie splecie z powrotem w jednolity pień. Wytrwałe herezje z czasem zyskują status równoprawnych religii.
W Smutku tropików Claude Levi-Strauss rzucił pobieżną uwagę, że w wielkich religiach, objawionych w odstępie kilku wieków: buddyzmie, chrześcijaństwie i islamie, nastąpiło trzystopniowe przejście, niejako na przekór ogólnemu postępowi, od najbardziej wyrafinowanej i jednocześnie tolerancyjnej, do najbardziej prymitywnej, doktrynalnej i restrykcyjnej. Wspólne im jest jedynie to, że zostały powołane przez proroków, a więc mają swój wyraźny początek, w odróżnieniu od religii naturalnych, które podobnie jak języki wyłoniły się w niedostrzegalnych prapoczątkach dziejów i były niejako od zawsze. Prawdę mówiąc, ów wyraźny początek religii objawionych jest źródłem mojego niepokoju. Trochę to podobne do grawitacji, która istnieje od zawsze, lecz człowiek wyodrębnił jej zjawisko nadając nazwę, potem określił miary czyniąc ją prawem, czyli przyporządkował ją rozumowi w dość późnym czasie swego rozwoju.

Jeśli opinia Levi-Straussa zawiera rację, aż strach pomyśleć jaka będzie ta nowa religia, która się zrodzi w zglobalizowanym świecie. A może ona uwzględni i swoiście zinterpretuje zdobycze nauki, ułoży się z wiedzą nowych czasów, czego przebłyski widać w rodzących się pomysłach new age? Ostatnio dużą karierę robi na zachodzie (głównie w Stanach) kościół scjentologiczny (o przyszłym kościele nie wypada chyba pisać „sekta”). Na razie nie każdego na tę wiarę stać, bo wpisowe jest kosztowne, ale po oskubaniu bogatych zabierze się pewnie za biedniejszych. Bogaci, nie bacząc na cenę, muszą mieć wszystko w pierwszej kolejności. Dostęp do Boga także.
Nie ma co zgadywać jaka będzie ta nowa religia, zważywszy że wybieganie w przyszłość obarczone jest zawsze grzechem naiwności. Jakakolwiek będzie, to znając żywotność już istniejących, trochę potrwa nim je usunie. Oby bezkrwawo.

W Europie tolerancja nastała niestety dopiero po wojnach religijnych w XVI i XVII wieku. Zważmy, że były to wojny różnych frakcji religii ze wspólnego chrześcijańskiego pnia. Dopiero po pokoju westfalskim odłamy chrześcijaństwa odstąpiły od szerzenia wiary ogniem i mieczem na skalę wielkich wojen i zadowoliły się paleniem czarownic i likwidowaniem pojedynczych dysydentów. To była chałupnicza robota i partykularny interes. Jeśli ktoś ciekawy, jak można było zbić majątek na tropieniu czarownic, mogę to przypomnieć.
Obrońcy wartości, w tym „świętej wartości życia”, w dalszym ciągu bez wahania odbierali życie myślącym odmiennie i nie dostrzegali w tym sprzeczności.
Oświecenie ugruntowało zasadę tolerancji w świecie kultury europejskiej, rozszerzonej na Amerykę. Powstały nowe państwa i ustroje, które jej regułę wpisały do swych konstytucji. Towarzysząca przemianom mentalnym eksplozja dokonań naukowych i technicznych budziła optymistyczną nadzieję, że odtąd na trwałe będziemy żyć w lepszym świecie. Postęp powszechny, także w dziedzinie moralnej, wydawał się nie do zawrócenia. W XX wieku nastąpił krach tej wizji. Nazizm okazał się nagłym powrotem do mroków przeszłości, odżyły w nim romantyczne demony średniowiecza. Noc kryształowa zapoczątkowała eksterminację jego rzekomych wrogów na skalę dotąd niespotykaną – zgodnie z duchem epoki – przemysłową. Świat zachodu zdławił to nietrwałe, bo zaledwie 12 letnie szaleństwo i odzyskał na chwilę (historyczną, czyli trwającą dłużej niż zwyczajna) moralną równowagę. Dzisiaj zwolennicy nazizmu zdają się należeć do egzotycznej mniejszości, pozostali zaś przyjęli odtąd postawę sceptyczną wobec jednokierunkowej idei postępu.
Liberalne demokracje skłaniają się ku poszerzaniu swobód obywatelskich i słusznie zezwalają na funkcjonowanie nawet szkodliwych przesądów i nałogów: wróżbiarstwa, znachorstwa, magicznych terapii, hazardu i innych (każdy może sobie tę listę dowolnie zmienić lub uzupełnić). Skuteczniejsza jest wolność wyboru, nakładająca na jednostkę odpowiedzialność, niż jakakolwiek prohibicja, wiodąca z reguły do kryminalizacji stref nią objętych. Pożądane postawy należy kształtować przez edukację, a nie wymuszać knutem. Rozumna odpowiedzialność za własne czyny jest sprawniejszym narzędziem moralnym od strachu przed karą.

Ostatnio media zdominowane są sprawą uchodźców z południa i bliskiego wschodu. U nas jak zwykle, gorąca i chaotyczna dyskusja nie została poprzedzona rzeczowym wprowadzeniem. Podobnie jak z JOWami, jedni są za, inni przeciw, lecz mało kto wie, o co w tym chodzi i jakie byłyby ewentualne skutki ich wprowadzenia. Brakowało gruntownych wykładów rozmaitych opcji i poważnej dyskusji na ten temat. Tylko bardzo zainteresowani mogli nie bez trudu dotrzeć do skąpych informacji; większość zdała się na stanowisko tych dziennikarzy i polityków, którym ufają, bez wnikania w istotę problemu. Emocje wzięły górę nad chłodną kalkulacją. W końcu gorączka, w nie tak istotnej sprawie, zgasła równie szybko, jak wybuchła. W podobnym klimacie mówi się o fali imigrantów islamskich. Argumentów znowu niewiele i jedni wyrażają emocje idealistyczne i prostodusznie sentymentalne, a inni ksenofobiczne i katastroficzne. Niektórzy powołują się na Koran, którego nikt nie zna, co zresztą jest równie naiwne, jakby chcieć określić rzeczywistą kondycję moralną współczesnych chrześcijan wywodząc ją z Biblii. Podam tylko jeden przykład sądu nadmiernie upraszczającego problem: ktoś argumentował, że przyjęliśmy znaczną liczbę imigrantów z Wietnamu i nic złego się nie wydarzyło. Ale przecież długoczasowe dziedzictwo kulturowe ludzi z Dalekiego Wschodu, kształtowane przez buddyzm, taoizm czy konfucjanizm, to zupełnie co innego niż znacznie krótsze i odmiennie kształtowane dziedzictwo islamu. Nie powinno się w takich odniesieniach beztrosko mieszać niepodobnych kultur. Mieliśmy przed wojną liczną społeczność żydowską, kultywującą swoje obyczaje i też nic złego nam się nie przydarzało. Są bowiem kultury nieekspansywne, lecz czy Islam do nich należy? Nie wiem. Różne sprzeczne głosy dochodzą do mnie na ten temat i chciałbym, żeby mnie ktoś w tym oświecił.
Współczesny świat wydaje się nie potwierdzać wizji Fukuyamy z 1992 roku, zawartej w Końcu historii, o definitywnym końcu zimnej wojny i nowej erze globalnej demokratyzacji świata. Czy wobec tego skłonić się ku pesymistycznej teorii Samuela Huntingtona, który w Zderzeniu cywilizacji, już w 1996 roku przewidział ekspansję głównie Islamu? Czy możemy pominąć dramatyczny (jak dla mnie zbyt emocjonalny) pamflet Oriany Fallaci Wściekłość i duma, napisany świeżo po zamachu 11 września 2001? Trudno się zgodzić z jego brutalnym radykalizmem, ale też trudno zarzucić nieznajomość tematu autorce obszernych i wnikliwych wywiadów z Rezą Pahlawim, ajatollahem Chomeinim, Muammarem Kadafim, Jasirem Arafatem, Arielem Szaronem.
Wymieniam tylko te trzy swojego czasu głośne książki, które obrosły, także w Polsce, licznymi komentarzami i głosami krytycznymi.
Używając potocznego rozsądku, czyli przenosząc problem do mikroskali, dla nas najważniejszej bo w niej żyjemy – jakość bliskiego sąsiedztwa nie jest bez znaczenia. Może być miła, jeśli sąsiedzi są „na naszym poziomie”, może być obojętna, jeśli w niczym nie zakłócają naszego spokoju, może być nieprzyjemna, jeśli ich zachowanie daje się odczuć jako uciążliwe i na koniec może być groźna, jeśli okażą się nieobliczalnymi psychopatami. To się dzieje ponad rasą, narodowością a nawet ideologią, chociaż jej nacechowane walecznością dogmatyczne odmiany stwarzają problemy. Intelektualista europejski czy amerykański, czarny czy żółty, znajdzie płaszczyznę porozumienia ze swoim umysłowym odpowiednikiem z dowolnej strony świata. Człowiek nauki, czyli sceptyk, nie godzi się tylko na jedno – na jakikolwiek fanatyzm w poglądach, bo on wyklucza porozumienie i przeradza się w czynną agresję. Fundamentalizm, którego celem jest rugowanie wszystkich innych fundamentalizmów, uważa że racja jest bezdyskusyjnie po jego stronie. Słowo „racja” przeczy tu samemu sobie. Wywodząc się z łacińskiego ratio, domaga się czytelnego dla rozumu argumentu dowodzącego słuszności. Fudamentalizmy zaś rodzą się poza rozumem, w sferze uczuć i emocji. Emocje nie zawsze mają charakter negatywny. Dam tu przykład, definiując pojęcia kibica i kibola. Kibic to miłośnik swoich. Kibol to ten, który nienawidzi obcych. Hasło: Kibole wszystkich krajów kochajcie się jest niedorzeczne, bo kwestionuje istotę kibolstwa. Polscy faszyści protestują we Wrocławiu pod hasłem: Polska dla Polaków. Ciekaw byłbym konfrontacji z ich niemieckimi pobratymcami.
Niezgodność fundamentalizmów postawionych naprzeciw siebie może usunąć tylko rzeź niewiernych. Nigdy nie podpiszę się pod etyką takiego rozwiązania.

Zabawmy się kalendarzem będąc świadomi, że przestawianie czasu w historii jest nieuprawnione. Arabowie według swego kalendarza mają teraz rok 1435. Europa w odpowiadającym tej dacie okresie, była między wojnami husyckimi a Nocą św. Bartłomieja. Czy świadomość islamistów jest podobna do świadomości tamtych, czy współczesnych Europejczyków? Widząc z jaką łatwością bezkarnie obcinają głowy jeńcom i zakładnikom, jak licznie wykonują w sposób okrutny wyroki śmierci, z jakim szałem wzajemnie się zabijają – mam wątpliwości.
Tolerancja zagościła w świecie Zachodu na dobre i zdaje się swoje granice poszerzać. Czy jest ona zdobyczą nieodwracalną? Chcemy w to wierzyć, lecz historia poucza, że niekoniecznie. Czy naczelne zasady tolerancji, likwidujące w Europie przyczynę wojen religijnych, przeniknęły także współczesny islam? Zważywszy autoryzowane przezeń przypadki terroryzmu, trudno mi w to uwierzyć.

Dopisek:
W miesiąc po napisaniu powyższego, w Paryżu doszło do masowej zbrodni, egzekucji przeprowadzonej przez terrorystów wznoszących okrzyki Allah Akbar. Dziennikarze całego świata nie potrafili ukryć satysfakcji, że mają oto wspaniałego newsa, którym będą mogli grać przez kilka dni, aż do jakiegoś trzęsienia ziemi czy tsunami. Na miejscu mordu i w wielu europejskich miastach zapłonęły znicze solidarności, pośród francuskich proporczyków i kwiatów, złożonych ku czci poległych.
Wszędzie gniewne pochody z buńczucznymi hasłami i wyrazami poparcia (!?). Na meczu w Anglii, kibice wyrazili więź z ofiarami, śpiewając Marsyliankę. Pomalowana barwami klubowymi fanka futbolu, machając okazałymi cycami i francuską flagą, szczerzyła radośnie zęby do filmującej ją kamery. Jednym słowem, festiwal kiczu, jaki nieodmiennie towarzyszy w mediach tragediom.
Przypomina to wszystko magiczne nakłuwanie lalki w obrzędzie voodoo.
Akt terroru został (a jakże) potępiony przez światowych przywódców. Klątwy jednak nie leczą.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *