O głupocie

Rano po przebudzeniu dość długo leżę. Jest tak wcześnie, że wielu nazywa ten czas środkiem nocy, nigdzie więc się nie spieszę. Dziwaczność własnych snów nigdy mnie nie interesowała. Leżąc po ciemku (światło do niczego nie jest mi potrzebne) przez dobre pół godziny rozmyślam. Czasem pozwalam myślom biec bezładnie, ale coraz częściej je porządkuję w ciągi zdań. Niekiedy, jeszcze leżąc, postanawiam ciągi te po wstaniu zapisać. Kiedy już przyjmę postawę wertykalną, te moje myśli tracą na wartości, bledną i w końcu nikną. Trochę przypominają senne wizje, które nieutrwalone także szybko i bez śladu się rozwiewają. Nigdy nie próbowałem ponownie się położyć, aby je przywołać, bo nie wierzę w ich powrót, a co więcej, utraciwszy wiarę w ich wartość, wcale tego nie chcę. Pozycja pionowa przenosi mnie w świat realny, narzucający silnie swoją gradację ważności, w której nie ma miejsca na głupoty.
Ostatnio myśli moje biegły w stronę spraw smętnych, a te uważam za małowartościowe; uważam, że te melancholie są banalne a ich wyrażenie byłoby równie żałosne. Smętek kryje się właściwie nie w temacie, lecz w sposobie jego ujęcia. Jeśli najbardziej nawet pesymistyczny opis zawiera w sobie choćby szczyptę ironicznego dystansu, da się znieść. Inaczej pojawia się chandra, nieodłączna towarzyszka śmiertelnej powagi, nudy. Dystans do życia nie zawsze jest ironiczny, bo to może być pyszałkowata wyniosłość, natomiast ironia zawsze implikuje dystans.
Mojej ponurości nie mogła rozproszyć dyskusja w TV, w której spór wiedli dwaj polityczni oponenci. Nic w tym nowego, że przebiegała ona crescendo, czyli narastała w niej obopólna agresja, jakby z trudem przez obu trzymana na smyczy. Z dwu przedstawianych poglądów skłaniałem się (choć nie bez zastrzeżeń) ku jednemu, lecz gdy temperatura rozmowy osiągnęła stan wrzenia, straciłem zainteresowanie jej przebiegiem. Po prostu rozmowa potoczyła się w stronę odwrotną od tej, której bym sobie życzył; zamiast dialektycznie wzbogacać się o nowe sensy, coś nowego budować, odkrywać, stoczyła się do poziomu karczemnej awantury.
Czułem, że owa sprzeczka polaryzuje widownię na dwa przeciwstawne bloki, lecz nie byłem w stanie określić, jakie jest procentowe poparcie dla prezentowanych stanowisk. Trochę to czcza ciekawość, bo przecież nie dotyczyłaby oceny zanikłego w sporze meritum, lecz jak na meczu bokserskim punktowałaby, kto silniejszy. Celem publicznych dysput politycznych nie jest bowiem znalezienie płaszczyzny porozumienia i chłodne przedstawienie racji, lecz ugrane na podnieceniu widowni zwycięstwo. Każde medium jest areną wymuszającą taką waleczną postawę; strony sporu zdają się wiedzieć, że rozum jest słabym kluczem do przyciągnięcia tłumu, toteż od razu stawiają na emocje. Przeciwnicy bardziej przypominają gladiatorów, niż filozofów prowadzących spór w Lykeionie. Zejście z ringu byłoby klęską niewybaczalną.
Dotarło do mnie w formie złotej myśli, że nie da się dyskutować z brednią. Ona jest głucha i zamknięta na argumenty, mocna, jak pięść kibola. Rozum subtelny i delikatny w starciu z brednią nie ma szans. A jednak widzi się w mediach ludzi nieustannie podejmujących takie próby, jakby o tym nie wiedzieli. A może wiedzą, tylko uważają, że taka beznadziejna walka z absurdem jest ich moralnym posłannictwem? Tu stuknąłem się w łeb: przecież brednia jest pojęciem tak dalece subiektywnym, że nie da się uzgodnić – co nią jest.
Istnieje głupie przysłowie-zalecenie, że mądry głupiemu zawsze ustępuje. Jeśli tak się dzieje, to niedobrze, bo to by znaczyło nieustanne głupienie świata. Niewykluczone, że tak właśnie się dzieje w świecie polityki (bo tu najczęściej następuje starcie wiotkiej mądrości z silną głupotą) i dlatego miast rozwiązywać, mnoży ona problemy aż do chwili, w której jedynym ich rozwiązaniem jest wojna. Może więc każdy bezradny głos wymierzony w głupotę ma znaczenie, zaniechanie zaś głosu jest postawą moralnie chybioną, najgorszą postawą czasów obecnych, obojętnością niegdyś zwaną „tumiwisizmem”.

Głupiec ma niemałą ilość synonimów: dureń, cep, bęcwał, cymbał, bałwan, tuman, gamoń, ciołek, głąb, kiep, matoł, tępak. Ważkość tych pojęć wynika z powszechnej częstości ich używania. Jak mówią uczenie, frekwencja tych słów jest w potocznej mowie niebywała. Dodam tu jeszcze cztery synonimy głupca, odebrane psychiatrii jakby dotychczasowych było za mało. Nazwy pochodzą ze starego podręcznika psychiatrii i oznaczają stadia niedorozwoju umysłowego: kretyn (IQ poniżej 20), idiota – (IQ 20-34), imbecyl – (IQ 34-50), debil – (IQ 50-69), a więc niemające nic wspólnego z głupotą. Ponieważ rozpleniły się w mowie potocznej tracąc zróżnicowanie i tym samym sens, psychiatria musiała je porzucić. Ciekawe zjawisko: głos ludu demoluje głos nauki.
Poplątanie głupoty z upośledzeniem umysłowym to nie wszystko.
Innym jeszcze rodzajem zamącenia pojęcia głupoty jest dorzucenie do jej puli słów (jakby ciągle ich nie starczało) oznaczających schorzenia psychiczne (przydarzające się ludziom niekiedy wybitnie inteligentnym) a mianowicie: wariat, pomyleniec, świrus, oszołom, psychol, szajbus i ostatnio robiący uliczną karierę epitet paranoik, używany oczywiście nieprawidłowo. Naukowcy wcale nie są dumni, że w ten sposób lud podpiera się ich autorytetem i raczej irytuje ich psucie słowa.
Głupota nie jest więc tożsama z ociężałością umysłową, czyli niskim stopniem ilorazu inteligencji. Jest raczej chybionym jej użyciem, co wynika z ograniczonych horyzontów wiedzy i błąkania się po jej manowcach. Wynika z chciejstwa, czyli pragnienia ochrony własnych emocji, czy też egoistycznych interesów. Głupiec przypomina często hydraulika posiadającego znakomite narzędzia (inteligencja), ale majstruje nimi nie znając zasad mechaniki cieczy i właściwości materiałów, czyli nieprzygotowanego do pracy w zawodzie. Albo jest jak astronom wyposażony w najnowsze przyrządy do penetracji wszechświata, który nie przyjął do wiadomości współczesnej nauki i zatrzymał się na poziomie Ptolemeusza, bądź jeszcze gorzej gdy chciejstwo, czyli uznanie za rzeczywistość urojeń istniejących tylko w sferze własnych marzeń, kieruje go w stronę astrologii. Podobnie w naukach historycznych, buńczyczny mit usiłuje zagłuszyć racjonalne dążenie do prawdy.

Mnogość słów na określenie jednego pojęcia (głupota) – to mnie niepokoi. Widzę w tym jakąś bezradność, jakby wszystkie słowa masowo atakujące zjawisko, odbijały się nie mogąc dotrzeć do jego istoty. W tym miejscu zajrzałem do Wikipedii, chcąc sprawdzić, co ona sadzi o głupocie, lecz żadnego objaśnienia oczywiście nie otrzymałem. Trochę jeszcze pogrzebałem blisko tematu i zostałem tylko zalany głupotami na temat głupoty, które termin jeszcze bardziej zasupłały, bądź rozmyły.
Problem się pomnaża, kiedy zauważymy, że liczby głupców nie da się policzyć. Z prostego powodu. Nie spotkałem człowieka, który nie dostrzegałby wokół siebie kilku co najmniej durniów. Sęk w tym, że każdy z tych, którym przypisuje on głupotę, także ma swój krąg głupków, a i on, w czyichś oczach, do jakiegoś kręgu należy. W ten sposób, nie ma chyba na świecie osobnika (poza powszechnie czczonymi ikonami mądrości, znanymi większości ze słyszenia, bo mało kto ich zna i rozumie), który nie byłby głupkiem.
Ani mi w głowie dalej tę kwestię drążyć, bo zadanie mnie przerasta i prawdę mówiąc mało pociąga. Nie będę sprzątał tej stajni Augiasza. Jakby na przekór porządkowaniu tematu, zamierzam dorzucić do niego garść własnych spostrzeżeń w nadziei, że spotkam bratnią duszę.

Amerykanie, naród praktyczny, mają swoją jasną wykładnię mówiąc: skoro on uważa się za mądrego, to dlaczego jest taki biedny? Nic nie muszą kombinować, wystarczy że się rozejrzą i od razu widzą, kto jest głupolem. Nas, jeszcze póki co Europejczyków, taka metoda nie zadowala. Za dużo bowiem w historii (od Diogenesa poczynając) przypadków jaskrawo temu przeczących, zatem obraz głupoty jest dla nas bardziej złożony. Nie zalecam tedy rozpoznawania durnia na podstawie oznak zewnętrznych, np. po biednym wyglądzie lub wyrazie twarzy. Niekiedy, gdy się zamyślę, przerywa mi zadumę pytanie: – co się tak głupio gapisz? Za to gdy popadam w stan bezmyślności, słyszę: – a nad czym się tak głęboko zamyśliłeś? Jak widać, metoda wzrokowa jest niepewna. Lepiej więc wdać się w rozmowę lub posłuchać monologu, bacznie obserwując delikwenta.

Głupich spotykałem, jak wszyscy – w życiu i w rozmaitych mediach. Z niektórymi rozmawiałem i żeby te rozmowy (i obserwacje) nie poszły na marne, wcisnę swoje trzy grosze, rysując po swojemu portret głupka.
Mało mnie interesują matoły pospolite, szkodzące tylko sobie i nawet w swoim środowisku nie znajdujące posłuchu. Prawdę mówiąc, nie znam ich zbyt dokładnie, bo najczęściej obchodzę z dala.
Dureń ociężały, tępy, nie przekona sobie podobnych. Im potrzeba głupoty błyskotliwej, Błyskotliwość jest wdziękiem umysłu i wszystkich urzeka. Wystarczy duża ilość gładko zestrojonych słów, dobrze jeśli od czasu do czasu niezrozumiałych, aby zyskać powszechny aplauz dla tezy wieńczącej mowę. Durnie cmokają wtedy i chwalą: ale ma gadane!
W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na durniów niepoślednich, wybijających się ponad resztę, inteligentnych i utalentowanych, mających swych fanów, którzy ich uważają za nie w ciemię bitych – można by powiedzieć bęcwałów wybitnych, ryzykując że ten oksymoron będzie niewłaściwie odczytany. Spróbuję to za chwilę wyjaśnić.
Siła oddziaływania durniów błyskotliwych we własnym środowisku jest znaczna, a jeśli przenikną do mediów, pole ich rażenia ma niebagatelny wymiar społeczny, bowiem skutecznie rozbawiają inteligentów nie mających głowy do refleksji (zajętych bez reszty mrówczym biznesem) i wielu mówi z zachwytem: Ale jaja! Dostają więc brawa inteligenckiej gawiedzi, co w czasach magii oglądalności doskonale wzmacnia ich pozycję. Ich nazwiska ze zrozumiałych względów zmilczę. Wolę w tym miejscu przedstawić w punktach ich syntetyczny portret, czyli – po czym ich rozpoznaję.
Tak więc głupek wyrafinowany:
1. Posiada niebywałą pewność siebie. Wszelkie sądy wygłasza mocnymi zdaniami twierdzącymi, nawet nie otwierając pola dla dyskusji. Wahania i wątpliwości wobec własnych sadów są mu kompletnie obce. Mądrego poznać i po tym, że jest gotów przyznać się do błędu, bowiem już w chwili wypowiadania jakiegoś sądu, zakłada cicho możliwość pomyłki. Rzecz jasna wypowiada zdania twierdzące, lecz nie stawia jak głupi mocnej po nich kropki. Jest to raczej kropka blada, podobna trochę do znaku zapytania. Kropka sceptyczna – brakuje w ortografii takiego znaku.
Mądry jest zawsze otwarty na dyskusję; nie tyle poucza, co skłania do myślenia. Nie nazywa myśleniem siłowego zmagania, którego celem jest nie prawda, lecz wygrana za wszelką cenę. Unikajmy ludzi, którzy zamykają wypowiedź słowami: koniec, kropka i tyle!
2. Głupi a sprytny, doskonale opanował chwyty erystyczne; jest mistrzem sofistyki, czyli rozumowań pozornie poprawnych. Jako wytrawny sofista nie daje przeciwnikowi oddechu, mówi dużo i szybko, zasypując go gradem słów. Nie jest snajperem, lecz strzela karabinem maszynowym w nadziei, że jakaś kula trafi. Jak mówią wojskowi, przygniata przeciwnika do ziemi ogniem. Wystrzegajmy się szybko mówiących!
3. Irytuje się, gdy zostanie w dyskusji precyzyjnie draśnięty. Wtedy nie broni się celną ripostą (szpady już dawno odłożone) lecz wytacza najcięższe działa. Podnosi głos i wali na oślep grubymi inwektywami. Przy określonym audytorium słusznie stawia na siłę emocji, a nie rozumu. Strońmy od rozedrganych emocjonalnie i wrzaskliwych!
4. Jest skłonny do pośpiesznych, radykalnych sądów o ludziach, ale też o ideach. Wygłasza je lapidarnie tonem nie znoszącym sprzeciwu, a więc siłą rzeczy nie dopuszczającym dysputy. Byłby świetnym członkiem wojskowych sądów doraźnych. Nie dajmy się łatwo porwać rewolucjonistom!
5. Myli chamstwo z męskością. Brak brutalności (delikatność) przypisuje kobietom i pedałom. Myślę tu o brutalności psychicznej, a nie fizycznej. Przyciśnięty do muru bluzga wyłącznie obelgami. Trzymajmy się z dala od chamów!
6. Przy tych wszystkich cechach, jakby dla zmoderowania swojej „męskości” z lubością powtarza słowo pokora i miłosierdzie. Wtłukuje nam te wredne słówka do głowy, chcąc nas chyba skłonić do pokory i miłosierdzia. Głównym jednak celem jest przedstawienie siebie jako człowieka, będącego nosicielem obu tych „wartości moralnych”. Jednorazowe ich użycie mogę potraktować jako potknięcie, ale nagminne akcentowanie winno wzbudzić naszą nieufność. Często pochyla się z troską, lubi też mówić o wrażliwości i miłości. Bądźmy czujni wobec hipokrytów!

Pisząc powyższe, za wzór brałem (prócz kilku znanych mi osobiście) osoby z mediów, niekiedy z tytułami profesorów. Przypuszczam, że jeśli komuś powyższe charakterystyki przywołają określone osoby, mogą to być osoby inne od tych, które ja miałem na myśli.

Czesław Kabala


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *